2003-01-14
Poza Unią też jest życie
Miłosz Marczuk
Odrzucenie członkostwa w Unii
Europejskiej nie musi oznaczać zerwania gospodarczych więzów z
krajami Europy Zachodniej, jak piszą kłamliwie prounijni publicyści,
strasząc nas Białorusią. Po polskim "nie" w referendum na temat
przystąpienia do wspólnot europejskich, zamiast w Unii znajdziemy
się zapewne w Europejskim Obszarze Gospodarczym (EEA), który łączy
wspólny rynek unijny z rynkiem krajów Europejskiego Stowarzyszenia
Wolnego Handlu (EFTA).
Taki
wariant współpracy z Unią wybrały: Norwegia, Islandia oraz
Liechtenstein. Jest on o tyle korzystny, że pozwala na wolny handel
z krajami całej niemal Europy, osiedlanie się naszych obywateli w
dowolnym państwie Unii oraz EFTA (poza Szwajcarią), przy
równoczesnym odstąpieniu od uczestnictwa we Wspólnej Polityce Rolnej
- najgłupszym systemie rolniczym świata - oraz od Wspólnej
Europejskiej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony (CESDP), uczestnictwo
w której może z kolei narazić nas na konflikt ze Stanami
Zjednoczonymi. Byłaby to sytuacja wręcz komfortowa zarówno dla
naszej gospodarki, jak i polityki zagranicznej. I tania - za udział
w EEA zapłacilibyśmy około 30 milionów euro rocznie. Poza tym nasze
uczestnictwo w EEA jest już właściwie wynegocjowane.
Tydzień
temu postawiłem tezę, że przy nadciągającym kryzysie finansów
publicznych jedyną rozsądną rzeczą jest zafiksowanie obecności
polskiej gospodarki w strukturach wymuszających otwarcie naszych
granic celnych. Najlepiej gdyby była to NAFTA. Patrząc jednak
realistycznie na pęd naszych polityków do Brukseli, skonstatowałem,
że będzie to jednak zapewne unijny wspólny rynek. Wspólnotowe stawki
celne ze Stanami Zjednoczonymi są zresztą o wiele niższe niż między
Polską a Stanami, co byłoby niewątpliwie korzystne dla naszej
gospodarki. Oczywiście nie wierzę w żadne dobrodziejstwa ze
sztucznie, jakby wbrew regułom gospodarki tworzonych unijnych
funduszy strukturalnych czy dopłat bezpośrednich dla chłopów,
którymi obracają biurokraci. Wspólny rynek to przede wszystkim
inwestycje, również amerykańskie, które pozwolą nam w krótszej
perspektywie niż bez uczestnictwa w nim wyjść z nadciągającej już
burzy. Ale we wspólnym rynku możemy znaleźć się i bez wstępowania do
Unii.
Bez Unii
Będąc w Unii,
automatycznie stajemy się sygnatariuszami traktatu o Europejskim
Obszarze Gospodarczym (EEA). Został on podpisany przez kraje EWG i
kraje EFTA w maju 1992 roku. Po odrzuceniu go przez obywateli
Szwajcarii w marcu 1993 roku dodano do niego protokół usuwający
Helwetów z wykazu stron traktatu. Porozumienie weszło ostatecznie w
życie 1 stycznia 1994 roku. Przed wstąpieniem do UE w 1995 roku, do
EEA należały też Austria, Finlandia i Szwecja.
Artykuł 128
umowy o EEA stanowi, że musi w nim się znaleźć każdy nowy kraj UE.
Postawmy pytanie: na ile realne jest znalezienie się Polski w EEA
bez wstępowania do Unii (czyli de facto do Europejskiej Wspólnoty
Gospodarczej)? Tutaj należałoby przywołać dwa przykłady. Pierwszy to
przypadek Turcji. Krajom tworzącym EWG nie zależy specjalnie na
członkostwie Turcji w jej strukturach. Równocześnie rządy tych
krajów nie proponują Turcji obecności w EEA. Ostatecznie Turcji
zaproponowano jedynie ustanowienie zerowej stawki celnej na produkty
nierolnicze. Na więcej wspólnoty europejskie i ich partnerzy z EFTA
się nie zdobyły. A czym prócz unii celnej jest EEA? Przede wszystkim
ustanawia swobodny przepływ kapitału i ludzi. Każdy Norweg
osiedlający się na przykład we Francji jest traktowany tam jako
pełnoprawny obywatel (oprócz biernego prawa wyborczego w wyborach
samorządowych oraz wszelkiego prawa wyborczego w wyborach do
parlamentu czy też prezydenckich). Może podjąć pracę, założyć własny
biznes itd. Kraje EEA nie zgadzają się nadać takiego statusu
obywatelom Turcji.
Drugi przykład to Norwegia. Dziś mało kto
pamięta, że gdyby nie prezydent Francji Karol de Gaulle i jego
niechęć do Brytyjczyków, Norwegia dawno byłaby w EWG, Euroatomie i
Wspólnocie Węgla i Stali, czyli właśnie we wspólnotach europejskich,
które de iure tworzą Unię Europejską. Norwegowie aplikowali pierwszy
raz o wejście do wspólnot w roku 1962, razem z rządem Wielkiej
Brytanii i Danii (należącymi do EFTA od roku 1960, kiedy to powstała
ta organizacja). Francja zawetowała decyzję o przyjęciu Brytyjczyków
i przez to wniosek akcesyjny Norwegii też został wrzucony do kosza.
Gdyby referendum w sprawie przystąpienia do EWG odbyło się w 1963
roku, większość Norwegów opowiedziałaby się za członkostwem.
Norwegowie nie odpuścili. Razem z Wielką Brytanią i Danią ponownie
złożyli podanie o przyjęcie w roku 1967. Znów Francja zawetowała
Brytyjczyków, co równało się odrzuceniu papierów Norwegii. Trzeci
raz ten sam wniosek trafił z Oslo do Brukseli w roku 1970, również
wraz z brytyjskim i duńskim.
I paradoksalnie, to właśnie te
dwa kraje weszły wkrótce potem do EWG, a nie Norwegia. Urażeni
dwukrotnym podaniem im czarnej polewki Norwegowie w referendum z
1972 roku opowiedzieli się przeciwko członkostwu we wspólnotach.
53,6 procenta biorących udział w głosowaniu powiedziało "nie".
Trzeba było ponad dwudziestu lat, by rząd Norwegii znów aplikował o
członkostwo we wspólnotach. 5 kwietnia, dwa miesiące po Austrii,
Finlandii i Szwecji, Norwegowie rozpoczęli na nowo negocjacje z
krajami "dwunastki". Referendum z roku 1994 znów zakończyło się
zwycięstwem przeciwników: 52,3 procent biorących udział w głosowaniu
powiedziało "nie".
Było to jednak zupełnie inne głosowanie
niż to w roku 1972. W tym czasie bowiem zmieniło się dużo i w
obrębie samych wspólnot, jak też w stosunkach gospodarczych Norwegii
ze wspólnotami. Od roku 1984 EWG zaczęła budować "wspólny rynek",
czyli jednolity obszar gospodarczy - najwyższą formę współpracy
gospodarczej. Ostatecznie sprawę wspólnego rynku przypieczętował
Jednolity Akt Europejski podpisany w roku 1987. Zaś w praktyce
wspólny rynek zaczął działać od 1993 roku. Kraje EFTA w trakcie tak
zwanego procesu luksemburskiego uzgadniały wejście ich gospodarek do
wspólnego rynku. Ostatecznym efektem tych uzgodnień było powstanie
Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EEA). W październiku 1992 roku
parlament Norwegii (Storting) zdecydował o ratyfikacji traktatu o
EEA. Ponieważ traktat cedował część procesów decyzyjnych z
instytucji norweskich na ponadnarodowe, potrzebne było trzy czwarte
głosów do jego przyjęcia. W praktyce było potrzebne 128 głosów. Za
traktatem zagłosowało 130 posłów. 35 było przeciwko. Głosowanie w
referendum 1994 roku w sprawie przystąpienia do wspólnot odbywało
się więc w specyficznej sytuacji. Norwegia ekonomicznie właściwie
już w nich była. Bowiem jedynymi obszarami, które nie zostały objęte
wspólnym obszarem celnym było rolnictwo oraz rybołówstwo. Norwegowie
od lat dopłacają swoim rolnikom do ich dochodów z budżetu państwa.
Robią to jednak w taki sposób, by za wszelka cenę podtrzymywać przy
życiu małe gospodarstwa. Nie płacą też "pod produkcję", jak czyni to
Unia, czego efektem są tony zboża i BSE, a "pod ekologię", czyli za
samo uprawianie ziemi czy hodowlę zwierząt. Jeśli zaś chodzi o
rybołówstwo, to Norwegia nie zgodziła się na przyjęcie unijnej
wspólnej polityki rybnej ze względu na niechęć do wpuszczania na swe
łowiska kutrów z krajów Unii.
Przyjęcie pozostałych reguł
ekonomicznych Unii uruchomiło wielkie możliwości norweskiemu
przemysłowi wydobywczemu. Unijny wspólny rynek energetyczny
zaowocował tym, że ponad 70 procent eksportu Norwegii trafia na
rynek EWG. A 46 procent tego eksportu to gaz i ropa. Tak zwany
Fundusz Petrolowy, na którym przezorni Norwegowie zbierają pieniądze
dla przyszłych pokoleń, bo przecież złoża się kiedyś skończą,
wynosił na koniec 2001 roku 73,5 miliarda euro.
Nic więc
dziwnego, że w roku 1991 norweskie Ministerstwo Ropy i Energii w
szerokim studium konkludowało, że unijne dyrektywy i rozporządzenia
tworzące wspólny rynek energii są zgodne z narodowym interesem tego
kraju i rekomendowało pozytywne zakończenie rozmów o wstąpieniu do
EEA. Ostatecznie wszystkie akty prawne dotyczące wspólnego rynku
energii w sekcji gazowej i ropy znalazły się w traktacie o EEA.
Wolny rynek przesyłu gazu i ropy był wielką szansą dla przemysłu
wydobywczego Norwegii. Co zaś się tyczy sektora elektrycznego, to
Norwegia była wzorem dla całej Unii w wypracowaniu liberalnego
modelu rynku energii. Norweski prąd wytwarzany jest przez 337
kompanii wykorzystujących siły natury, czyli wodę i wiatr. Norwegia
jeszcze przed powołaniem EEA miała wspólny rynek energetyczny ze
Szwecją, była więc i tutaj dobrze przygotowana na konkurencję
unijną.
Model wejścia Norwegii do wspólnego rynku jest
oczywiście kuszący dla Polski. Myślę, że po pewnym okresie trudności
w negocjacjach z krajami EEA w końcu znaleźlibyśmy się w Europejskim
Obszarze Gospodarczym. Pewne problemy napotkalibyśmy pewnie w
obszarach przesądzających o swobodnym przepływie osób i kapitału.
Pamiętamy bowiem długie targi o okres przejściowy w obszarze
"swobodny przepływ osób", dotyczącym karencji dla naszych obywateli
w dostępie do unijnego rynku pracy. Skoro tak trudno rozmawiało się
o tym w pakiecie spraw, gdzie mogliśmy w czymś w zamian ustąpić,
gdzie pewne zapisy wynikają wprost z Traktatu Rzymskiego o EWG, to
można założyć, że takie rozmowy w ramach EEA byłyby jeszcze
trudniejsze, podobnie jak o swobodnym przepływie kapitału. Ale w
końcu zakończyłyby się po naszej myśli. Bo taki jest też interes
Europy Zachodniej. Bez tych dwóch rzeczy pozostawałaby właściwie
unia celna, czyli powielenie przypadku Turcji. Takiego scenariusza
kraje EEA nie chciałyby powielić, bo mają duże interesy gospodarcze
w naszym kraju. Za dużo ich obywateli męczy się teraz w Polsce z
niedogodnościami związanymi z legalizacją pracy i pobytu w Polsce,
oczekując z wytęsknieniem zakończenia tych mąk po wejściu Polski do
Unii (są to czasem całe managementy dużych konsorcjów europejskich),
by odrzucić wniosek Polski o przyjęcie do
EEA.
Podrożeje łosoś
Zresztą Polska i
pozostałe nowe kraje Unii teraz właśnie negocjują warunki wejścia do
EEA, przed planowanym na połowę kwietnia podpisaniem traktatu
akcesyjnego do Unii. Z formalnego punktu widzenia pod koniec marca
będą już znane warunki naszego przystąpienia do tej struktury. Wraz
z podpisaniem traktatu o członkostwie we wspólnotach europejskich,
podpiszemy też traktat o EEA. Referendum zaś ma przesądzić jedynie o
członkostwie we wspólnotach. Odrzucając więc to członkostwo, nie
odrzucamy EEA. Co więcej, mamy już wynegocjonowane warunki naszego w
nim uczestnictwa. Oczywiście na te warunki składałyby się również
wyniki negocjacji z Unią, niemniej jednak bez rozdziałów
"rolnictwo", "polityka strukturalna" oraz "budżet i finanse", czyli
najbardziej zbiurokratyzowanych i najdroższych obszarów działania
Unii. Byłoby to więc uczestnictwo we wspólnym rynku jedynie w
obszarach, które sama Unia stara się liberalizować, urynkawiać i
przygotowywać na konkurencję wymuszoną globalizacją. Jak już
pisałem, traktat o EEA znosi wszelkie bariery w przepływie ludzi,
towarów, usług i kapitałów między Unią a jego pozostałymi członkami,
ale nie dotyczy to rybołówstwa i rolnictwa.
Płacą za
wolny rynek
Podczas negocjacji pojawiły się
oczywiście problemy. Unia bowiem chce przy okazji wyszarpnąć od
Norwegii, Islandii i Liechtensteinu wyższy haracz za możliwość
uczestnictwa w unijnym wspólnym rynku. W zamian za dostęp do rynku
wspólnotowego Norwegia, Islandia i Liechtenstein płacą na pomoc
finansową dla uboższych państw Unii 120 mln euro w latach 1998-2003.
Unia chce teraz zwiększyć wpisowe, bo twierdzi, że musi nim objąć
Polskę i innych nowych członków. Mówi się nawet o zwiększeniu tego
funduszu do pół miliarda euro rocznie (wówczas 200-250 mln
przypadłoby Polsce), ale Norwegia, Islandia i Liechtenstein nie chcą
się na to zgodzić. Unia obchodzi właśnie dziesięciolecie działania
wspólnego rynku. Przy tej okazji Komisja wyliczyła, że dodatkowe
bogactwo związane z istnieniem od 1 stycznia 1993 r. wspólnego rynku
i jego swobód oszacować należy na 877 mld euro, czyli ok. 5,7 tys.
euro na jedno gospodarstwo domowe. Dzięki integracji rynkowej unijny
eksport do krajów trzecich wzrósł z 415 mld euro w 1992 r. do 985
mld w 2002 r., a unijne inwestycje bezpośrednie poszybowały w górę z
18 mld do 206 mld euro. Według szacunków Brukseli, bez istnienia
jednolitego rynku unijne PKB w 2002 r. byłoby o 1,8 pkt. niższe.
Wspólny rynek wymusił obniżkę taryf telekomunikacyjnych o 40-50
proc. i cen biletów lotniczych o 41 proc. Przedstawiając te
wyliczenia, kraje "15" stosują nacisk na nieunijnych członków EEA,
pokazując im, ile skorzystali na integracji
gospodarczej.
Polskie negocjacje dotyczą rozciągnięcia na nas
umów łączących UE z pozostałymi państwami EEA w zakresie rolnictwa i
rybołówstwa. Norwegia i Islandia byłyby skłonne zapłacić nieco
więcej Brukseli, gdyby zachowały korzystne warunki dostępu dla
swoich produktów rybnych do rynków Polski i innych nowych członków
Unii. Problem polega na tym, że "Piętnastka" ogranicza dostęp do
swojego rynku - i oczekuje tego od nowych członków - w odpowiedzi na
restrykcje w dostępie jej rybaków do łowisk norweskich i
islandzkich.
Do tej pory, dzięki umowie z krajami EFTA,
polskie firmy mogą sprowadzać ryby z Norwegii bez ograniczeń, po
zerowej stawce celnej. Bez dostaw z tego kraju dość prężnie
działające polskie przetwórnie - które sprowadzają z Norwegii prawie
tyle ryb do obróbki (głównie śledzi i makreli), ile wyławiają polscy
rybacy - mogą mieć kłopoty. Samych tylko łososi importujemy z
Norwegii ok. 10 tys. ton rocznie. Kraje UE, a wśród nich zwłaszcza
producenci tej ryby, jak Francja czy Wielka Brytania, bronią się
cłami przed importem norweskiego łososia. Wchodząc do EEA i UE,
Polska będzie musiała dostosować się do unijnego reżimu i wprowadzić
cła. Wprawdzie zgodnie z regułami Światowej Organizacji Handlu
dostaniemy bezcłowy kontyngent na import ryb z Norwegii w wysokości
średniej importu z ostatnich kilku lat. Kontyngentem tym Polska
będzie jednak musiała się podzielić z 24 pozostałymi członkami UE.
Dlatego też Polska będzie starać się o zwiększenie potencjalnego
kontyngentu o 20 proc. i skierowanie go głównie do Polski. Ale to na
pewno się nie uda.
Najwyższy Czas