2002-08-22
Norma ponad wszystko
Dominika Żukowska
Rząd Belgii, mając na względzie
zdrowie swoich obywateli, zadeklarował chęć wycofania ze sprzedaży
wszystkich produktów zawierających fluor, który jak wykazały badania
przynosi więcej szkód niż pożytku. Nie będzie to jednak takie
proste, ponieważ usankcjonowanie zakazu okazuje się być sprzeczne z
"normą europejską" odnośnie dopuszczalnej ilości związków
mineralnych w produktach, w tym również fluoru. Powstaje więc
pytanie: dla kogo unijne prawo?
Wydawać by się mogło, że
problemy takie, jak pozwolenie na sprzedaż szprotek, o długości
określonej przez normy europejskie, prawo do sprzedaży kapusty
kiszonej, czy też normy odnośnie handlu, dotyczące kształtu i
wielkości owoców i warzyw, nie powinny zajmować polityków unijnych.
Tym bardziej, że na rozstrzygnięcie czekają bardziej palące problemy
jak: rosnące bezrobocie, socjalne zabezpieczenie obywateli, czy w
ogóle troska o rozwój gospodarczo - ekonomiczny.
Zajęcie
dla unijnych urzędników
Okazuje się jednak, że 20 tysięcy
urzędników, którzy pracują w Komisji Europejskiej (i ciągle ich
przybywa!), być może aby uzasadnić swoją przydatność, mają czas i
konieczne ku temu pieniądze na opracowywanie coraz to nowych
zakazów, nakazów i norm. Przykładowo, normie europejskiej podlega
krzywizna bananów i ogórków, a marchew, którą od wieków nazywaliśmy
warzywem, w Unii zakwalifikowano jako ... owoc.
Oczywiście,
każda z dyrektyw ma swoje odpowiednie (pisemne) uzasadnienie.
Ograniczono kształt bananów i ogórków jakie można sprzedawać, aby
ujednolicić a przez to rzekomo ułatwić swobodny handel na rynku
unijnym, między producentami z różnych państw. Z kolei dżem z
marchwi zaliczono do przetworów owocowych, aby zagwarantować, że
jest on zgodny z unijnymi standardami jakości i bezpieczeństwa
żywności.
Jak widać, niektóre z przepisów - pomimo uzasadnienia
- wydają się być absurdalne i pozbawione sensu. Czy tworząc takie
prawo z jednej strony, a poszukując sprzymierzeńców z drugiej, nikt
nie zastanawia się, jaki kreuje to obraz Unii Europejskiej? I czy
jest to korzystne dla jej wizerunku - Wspólnoty silnej, opartej na
niezachwianych podstawach, czy też społeczeństw jednoczących się
przez wprowadzenie bezsensownych norm i zakazów...
Ten
dobry, zły fluor
Normy o których mówimy, czasem wzbudzają
tylko nasz śmiech, czasem uprzykrzają życie producentom i
przemysłowcom, czasem jednak jak w przypadku Belgii, ewidentnie
działają na szkodę obywateli. Kraje UE, w tym również i Belgia,
zaakceptowały przepisy dotyczące zawartości witamin i soli
mineralnych w pokarmach, jak guma do żucia i artykułach, takich jak
pasta do zębów. Przepisy te wchodzą w życie 31 lipca 2003 roku.
Ponieważ normy te zostały już przez Belgię zatwierdzone, państwo to
nie ma prawa wycofać z rynku uznanych przez siebie za szkodliwe,
produktów zawierających fluor. W przeciwnym wypadku producenci
artykułów z fluorem będą mieli prawo zaskarżyć Belgię przed
Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości.
Mimo to zakaz sprzedaży
pewnych artykułów z fluorem ma wejść w życie pod koniec sierpnia
tego roku. Argumentując swoją decyzję belgijska minister zdrowia
Magda Aelvoet powoływała się na badania wskazujące na uboczne skutki
stosowania fluoru dla organizmu człowieka. Wśród nich wymieniono
zmiany szkieletowe, osteoporozę, zapalenie stawów, a nawet raka
kości. Fluor może również negatywnie oddziaływać na układy: nerwowy,
immunologiczny. Szkodliwie może wpływać na dzieci powodując
zmęczenie, niski współczynnik inteligencji, ospałość i
depresję.
Już płacimy za unijne głupoty
Być
może, ustalanie normy wielkości i jakości niektórych towarów służyć
ma zatem nie tyle trosce o zdrowie konsumenta, ale w większym
stopniu ograniczyć, bądź wręcz o wyeliminować konkurencję spoza
państw Piętnastki. I rzeczywiście, sprawdza się to na przykładzie
Polski. Nawet jako kraj kandydujący do członkostwa, nie mamy szans
na wysoko nakładowy eksport naszych towarów. W odwrotnym zaś
kierunku, zalewają wręcz nas towary z krajów unijnych, przy
jednoczesnym spadku produkcji rodzimej. A kolejne zakłady i
przetwórnie upadają. Co się stanie po wejściu Polski do UE i czy
wspólna gospodarka okaże się korzystna również dla nas, nie wiadomo.
Wiadomo za to, że po przystąpieniu do wspólnoty 10 nowych państw,
liczba urzędników zwiększy się do 24 tysięcy (wzrost aż o 20
procent!), z czego z Polski zatrudnionych będzie 1200 - 1800 osób.
Pozostaje nam czekać, jakie nowe przepisy wprowadzą i jaki będzie na
nie wpływ Polski, jako przyszłego państwa członkowskiego. Czy
wzbudzą one nasz śmiech czy obawy?
Polskie Jutro