2003-03-24
A jednak wojna
Maria K. Kominek OPs
Rozpoczęła się
"Operacja Wolność dla Iraku". Celem tej "operacji" jest ustanowienie wolności
dla narodu irackiego i "fizyczne wyeliminowanie Saddama Huseina". Słowa pełne
obłudy. W języku nowomowy wojnę nazywa się operacją, zabicie - fizyczną
eliminacją, a dominację nad polami naftowymi - ustanowieniem wolności. Podobnie
mówi się o wyzwoleniu narodu, nie mówiąc o zabijaniu ludzi.
Ta wojna jest
bardziej obrzydliwa od "Pustynnej Burzy", bardziej obrzydliwa od "poszukiwań Bin
Ladena" i niszczenia Afganistanu. Przywódca Stanów Zjednoczonych wydaje się być
ogarniętym amokiem wojny i stawia się w jednym szeregu ze Stalinem i Hitlerem.
Pod tym względem, kto wie, czy Hitler nie był uczciwszy - on przynajmniej
otwarcie głosił, że chce zabijać, bo jedni mu się nie podobają, a drudzy mu
przeszkadzają. Tym razem jednak mówi się o demokracji, wolności, swobodach
obywatelskich i wielu jeszcze innych nie istniejących rzeczach. Nie mówi się
wcale o tym, że chodzi o pola naftowe, o pieniądze i o władanie nad światem.
Od lat wmawia się nam, że demokracja, to taki ustrój, w którym wiele do
powiedzenia ma społeczeństwo. Podobno wybieramy swoich przywódców, a oni -
demokratycznie wybrani - reprezentują nasze pragnienia i interesy. W związku z
tym od czasów przemian politycznych w Polsce, żyjemy z poczuciem winy. Wmawia
się nam lub sami sobie wmawiamy, że nie potrafimy głosować, że sami sobie
jesteśmy winni, bo takich mamy przywódców, jakich wybraliśmy (lub zgodziliśmy
się na ich wybór nie głosując). Pewna prawda w tym jest i takie stwierdzenia
byłyby całkiem słuszne, gdyby nie to, że stawiając sobie za wzór osławione
demokracje zachodnie, uważamy, że tam osiągnięto ideał demokracji i do takiego
ideału mamy dążyć. I tak patrzymy z podziwem na Stany, gdzie "demokracja
osiągnęła swój szczyt" i wzdychamy do swoich wyidealizowanych wyobrażeń o
ustroju amerykańskim. Zachodnia Europa jest dla nas też wzorcem. Może nie w
takim stopniu jak Stany, ale zawsze zachwycamy się demokracją. I co się okazuje
- statystyki na dwa dni przed wojną z Irakiem (pardon - przed operacją o
wyzwolenie), pokazują, że w każdym z krajów popierających Stany ponad 85%
obywateli jest przeciwko wojnie. W samych Stanach ten procent, choć trochę
niższy, jest zbliżony. Od dłuższego czasu nie ustają protesty i demonstracje. Na
różnych stronach internetowych zabrano setki tysięcy podpisów i wysłano do
różnych przywódców. Wola ludu jest wyraźna. No i co z tego? Wojnę zaplanowano i
musi być. Taka jest prawda o demokracji.
W tym wszystkim dla nas najbardziej
przykre jest to, że nasi przywódcy uwikłali nas w wojnę, która jest
niesprawiedliwa i w której my jesteśmy agresorem. Obłudnie uspakajają nas, że to
wojna prewencyjna (jeszcze jedno słówko z nowomowy) i że naszych żołnierzy
pojedzie tylko 200. Tak jakby liczba żołnierzy mogła zmienić fakty. Jesteśmy
znowu u boku swego wielkiego sojusznika, tak jak byliśmy w 1968 roku, gdy
wchodziliśmy do Czechosłowacji.
Zmuszono nas wejść do brudnej wojny, musimy
wstydzić się za swoich przywódców, za tych, którzy dla swoich i obcych interesów
wysyłają polskich żołnierzy tam, gdzie nic nie mamy do roboty.
Piszę te
krótkie słowa kilka godzin po rozpoczęciu wojny. Jeszcze parę godzin temu moi
znajomi zastanawiali się czy Polska jest w stanie wojny czy nie. Czy tych 200
żołnierzy nie jest za mało, by mówić o wypowiedzianej wojnie? Otóż, jeśli ktoś
miał wątpliwości, myślę, że prezydent Bush mu je skutecznie rozwiał. Ogłosił
bowiem, że armie sojusznicze rozpoczęły "operacje". Oczywiście pod przywództwem
Stanów Zjednoczonych. Jesteśmy w tym wszystkim trochę jak to gówno
(przepraszam), które uczepiło się statku Batory i dumnie krzyczało do wszystkich
napotkanych statków: "płyniemy!". Ano, płyniemy!
Internetowa Gazeta Katolików