2003-02-11
Dopłacimy miliard euro
Miłosz Marczuk
Projekt Traktatu Akcesyjnego
Polski do UE przeszedł przez COREPER - czyli stałą radę ambasadorów
krajów należących do Unii w Brukseli. Nasz rząd postanowił dołączyć
do Traktatu kilka deklaracji. Nie mają one żadnego znaczenia
prawnego, o czym informują rządy "15" w kontrdeklaracji. Te śmieszne
gesty mają pomóc przekonać ludzi do głosowania "tak" w unijnym
referendum.
Ambasadorzy "Piętnastki"
zgodzili się z niesmakiem na dołączenie do traktatu 20 jed
nostronnych deklaracji zgłoszonych przez państwa przystępujące do
Unii. Wśród trzech polskich deklaracji jest i ta "o moralności
publicznej". Zastrzega ona, że w rozumieniu polskiego rządu prawo
unijne nie przeszkodzi Polsce w "regulowaniu kwestii o znaczeniu
moralnym i odnoszących się do ochrony życia ludzkiego". Podkreślmy -
"w rozumieniu polskiego rządu".
Druga polska deklaracja
dotyczy owoców miękkich - wiśni i jabłek. Rząd podkreśla w niej, że
poprosi o pilne zastosowanie środków ochrony rynku tych owoców,
jeżeli konieczność wprowadzenia unijnych preferencji w imporcie z
niektórych krajów (np. dawnej Jugosławii) zagrozi konkurencyjności
polskich owoców. Jest to oczywista bzdura. I aż żal czytać tego typu
niedorzeczności. Ktoś po prostu nie doczytał reguł, jakim rządzi się
Wspólna Polityka Rolna w części dotyczącej mechanizmów rynkowych.
Żadna ochrona rynku kraju członkowskiego przed konkurencją krajów, z
którymi Unia ma umowy handlowe, nie może być stosowana. Co prawda
Unia, na wniosek Polski, wyraziła zgodę na umieszczenie w Traktacie
Akcesyjnym postanowień dotyczących klauzuli ochronnej w rolnictwie,
która może być "uruchomiona w przypadku wystąpienia poważnych i
długotrwałych utrudnień w funkcjonowaniu sektora rolnego albo
powodujących istotne pogorszenie sytuacji w tym sektorze. Biorąc pod
uwagę specyficzne problemy sektora rolnictwa w Polsce, środki
stosowane przez Komisję Europejską dla zapobieżenia zakłóceniom na
rynku mogą obejmować monitorowanie strumieni handlu między Polską a
innymi państwami członkowskimi UE". Po pierwsze, nie ma tam jednak
nic o handlu z krajami spoza Unii. Po drugie, Unia ma straszak w
postaci wpisania do Traktatu specjalnej klauzuli, w myśl której
jakiekolwiek niedostosowanie Polski do reguł Unii wyklucza nas z
danej polityki wspólnotowej. W tym wypadku rolnej. Automatycznie,
żegnajcie więc dopłaty bezpośrednie, eksportowe, skupy interwencyjne
itd. I kto się na to odważy? Nawet w przypadku deszczu truskawek z
Serbii. Ktoś widocznie nie doczytał, że Polska będzie zobowiązana do
przyjęcia zewnętrznej taryfy celnej UE oraz zasad wspólnej polityki
handlowej UE obowiązującej w handlu z krajami trzecimi.
Na
marginesie, przyjęcie przez Polskę zewnętrznej taryfy celnej Unii
Europejskiej oznacza obniżenie stopnia ochrony polskiego rynku
towarów przemysłowych w handlu z krajami trzecimi o ok. 6 punktów
procentowych. Jak wynika bowiem z zobowiązań Unii Europejskiej w
ramach WTO, średni poziom ochrony celnej w handlu towarami
przemysłowymi ulega zmniejszeniu z 5,7% do 3,6%, natomiast z
zobowiązań Polski w stosunku do WTO wynika że taryfa celna ulega
obniżeniu średnio z poziomu 16% do 9,9%.
Wreszcie, w trzeciej
jednostronnej deklaracji Polska zastrzegła, że krajowe leki, które
muszą być ponownie zarejestrowane - tym razem już zgodnie z wymogami
unijnymi - mogą pozostać w sprzedaży przez cały pięcioletni okres
przejściowy (do końca 2008 roku) na podstawie starego certyfikatu.
Tu też ktoś przeraził się, że po prostu nie będzie można wkrótce
handlować w polskich aptekach polskimi lekami, bo proces rejestracji
zgodnej z regułami unijnymi - leży. Ale nic tu nie pomogą żadne
deklaracje. Tak po prostu będzie, bo tak jest zapisane w Traktacie.
Na te i inne oświadczenia przyszłych członków "Piętnastka"
odpowiedziała deklaracją następującej treści: "Obecne państwa
członkowskie podkreślają, że deklaracje dołączone do Aktu Końcowego
nie mogą być interpretowane ani stosowane w sposób sprzeczny z
obowiązkami państwa członkowskiego, wynikającymi z Traktatu i z Aktu
przystąpienia".
Prócz przyszłych państw członkowskich swoje
oświadczenia dołączyły do traktatu również obecne kraje Unii. Niemcy
i Austria dołączyły na przykład oświadczenie, w którym podkreślają,
że oba rządy uzgodniły z Komisją Europejską taką interpretację
wyników negocjacji, która pozwoli im rozciągnąć na terytorium całego
kraju obostrzenia wobec pewnych kategorii usługodawców z nowych
państw członkowskich przewidziane jedynie w "pewnych regionach"
Niemiec i Austrii. Czyli piekarze ze Zgorzelca, których tak bardzo
boją się koledzy po fachu z Görlitz, nie tylko nie będą mogli
sprzedawać swych bułek w Saksonii, ale również w całych Niemczech, a
nawet i Austrii. W czasie negocjacji była mowa tylko o regionach
przygranicznych, a więc w wypadku Niemiec dotyczyłoby to co najwyżej
dawnej NRD czy Bawarii. Zgodnie z własnym rozumieniem tego zapisu
traktatowego, Niemcy zastrzegają sobie jednak prawo do wprowadzenia
tych obostrzeń nawet w Hamburgu czy Zagłębiu
Ruhry.
Wynegocjowany po angielsku tekst Traktatu Akcesyjnego,
liczący 5,5 tysiąca stron, zostanie teraz przetłumaczony na
wszystkie języki oficjalne poszerzonej Unii, w tym na polski, i
przekazany do zaopiniowania Komisji Europejskiej, a następnie do
zatwierdzenia Parlamentowi Europejskiemu.
Wydanie opinii
przez Komisję, planowane na 19 lutego, to czysta formalność, gdyż
czynnie uczestniczyła ona w pracach redakcyjnych nad
traktatem.
Już znane pełne warunki finansowe
Ministerstwo Finansów za najbardziej
zdeterminowany wydatek najbliższych budżetów państwa uznaje składkę
na rzecz budżetu Unii Europejskiej. Od połowy przyszłego roku
składka zwiąże kilkanaście procent zgromadzonych przez budżet
państwa dochodów, ograniczając możliwość wzrostu innych wydatków. W
2004 r. polski wkład do budżetu unijnego wyniesie 7 mld zł, a w 2005
r. i następnych latach - po 11 mld zł. Są jeszcze inne transfery:
wpłaty do Europejskiego Banku Inwestycyjnego i Europejskiego Banku
Centralnego (0,4 miliarda zł rocznie) czy na przystosowanie naszej
granicy do wymogów unijnych. Na prefinansowanie dopłat dla rolników
potrzebujemy w przyszłym roku ok. 2,5 mld zł, na współfinansowanie
funduszy strukturalnych - kolejny miliard w przyszłym roku, w 2005
r. - 2 miliardy, a w 2006 r. - 4,1 miliarda. Przygotowanie projektów
inwestycji będzie kosztować nas w latach 2004-2006 ponad 2,5
miliarda euro.
W sumie na integrację z Unią polski podatnik
wyda 11,5 miliarda złotych w 2004 roku, 14,8 miliarda w roku 2005 i
17,5 miliarda w roku 2006. To oznacza spore ograniczenia wiążące
ręce przy wydatkach krajowych budżetu państwa. Tymczasem na pewno
nie możemy finansować unijnych przepływów, powiększając deficyt
budżetowy, bo nigdy nie wejdziemy do unii gospodarczej i walutowej.
Już teraz musimy być czujni, skoro nasz dług publiczny przekroczył
praktycznie 50 proc. PKB. Poniższa tabela pokazuje, jaki jest koszt
integracji. Rząd musi zdecydować, co zrobić, aby znaleźć pieniądze
na pełną integrację. Inaczej będzie to członkostwo
pozorne.
Równocześnie szacuje się, że w latach 2001-2004
nominalny przyrost państwowego długu wyniesie 147,0-159,3 mld zł
(52,4-56,8%), a po uwzględnieniu kwoty przewidywanych wypłat z
tytułu poręczeń i gwarancji 154,1-166,4 mld zł (53,2-57,4%). W tym
samym czasie wzrost nominalnego PKB ma wynieść, według szacunków
ministerstwa, 157,8 mld zł (23,0%). Tempo wzrost długu publicznego
jest więc znacznie większe niż tempo wzrostu PKB, co powoduje wzrost
relacji długu do PKB. Według optymistycznych danych Ministerstwa
Finansów, sukcesywne przyspieszenie wzrostu gospodarczego w latach
2003-2005, przy stabilizacji inflacji na niskim poziomie, spowoduje
spadek relacji długu do PKB dopiero w 2005 r.
Policzmy realne
transfery z budżetu wspólnot do Polski w latach 2004-2006. Na
fundusze strukturalne dla Polski Unia przeznaczyła 8,63 miliarda
euro. Około miliarda z tego Bruksela przekaże nam bezpośrednio do
budżetu państwa. Pozostaje więc około 7,5 miliarda. Realne
wykorzystanie tych pieniędzy w wariancie optymistycznym będzie
oscylować w tych latach w granicach 20%, co daje sumę około 1,6
miliarda euro. Większość z tych pieniędzy zostanie jednak, zgodnie z
obecnie obowiązującym prawem wspólnotowym, przeniesione na dalsze
lata. Choć nie jest to takie pewne w świetle najnowszych propozycji
Komisji, o czym będzie poniżej.
Na dopłaty bezpośrednie miało
pójść 2,3 miliarda euro. Do tej sumy należy jednak dołożyć jeszcze
około pół miliarda przesuniętych z tak zwanego II filaru Wspólnej
Polityki Rolnej, czyli funduszy na rozwój obszarów wiejskich. Razem
- 2,8 miliarda. Równocześnie jednak z funduszy na rozwój wsi należy
te pół miliarda odjąć, co daje kwotę 2,1 miliarda euro. Unia
zgodziła się na dopłacanie do dopłat bezpośrednich dla polskich
rolników. Do tej operacji można będzie użyć część unijnych funduszy
rozwoju wsi.
Zważywszy skomplikowane procedury odbioru
funduszy wiejskich w części strukturalnej (nazwijmy to SAPARD-em, bo
procedura i cel jest identyczny), rozsądnym jest przyjąć założenie,
że zdołamy wyciągnąć połowę z nich, to znaczy około miliarda
euro.
Po zsumowaniu wychodzi, że w latach 2004-2006
dostaniemy około 6,5 miliarda euro. Zapłacimy zaś około 30 miliardów
złotych (nie wliczam w to wkładu do projektów strukturalnych), czyli
około 7,5 miliarda euro. W pierwszych trzech latach członkostwa
będziemy więc zdecydowania na minusie.
A potem - nie wiadomo.
Bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że przejdzie propozycja
Komisji, w myśl której fundusze strukturalne nie wykorzystane w
danym roku będą przepadać w całości. Wystarczyłoby zresztą
powiększyć pułap wymogu ich wykorzystania i zwiększyć procent
przepadku "spod progu", by Polska z obiecywanych 8 miliardów dostała
kilkanaście procent tej sumy. Nawet zresztą przy tych regułach,
które obowiązują obecnie, przepadek będzie znaczny.
Policzmy. Z 7,5 miliarda euro funduszy wykorzystamy 20
procent (co jest realne), czyli około 1,5 miliarda. Wymóg
wykorzystania wynosi obecnie 75 procent, czyli 5,6 miliarda. Do
wykorzystania prawidłowego brakuje nam 4,1 miliarda. Jesteśmy więc
55 procent "pod progiem". Jedna trzecia z tej sumy przepada. Czyli w
roku 2007 obcinane jest nam prawie 3 miliardy euro (dokładnie 2,73).
De facto będzie to większe manko, bo ja liczę to hurtowo na trzy
lata, podczas gdy należy to policzyć rok po roku i procenty zjadają
procenty. Dlatego właśnie Jan O'Rourke, pierwszy radca unijnego
przedstawicielstwa w Polsce, przestrzegł, że Polska musi dobrze
wykorzystać fundusze, bo "będzie to brane pod uwagę przy pracach nad
kolejnym budżetem Unii na lata 2007-2013".
Niemcy mogli więc
sobie pozwolić na zgodę na bezpośrednią wpłatę miliarda euro do
naszego budżetu z kasy Unii, bo wiedzą, że ze względu na niemożność
wykorzystania największej puli, czyli funduszy, pieniądze i tak
wrócą do ich budżetu. Komisja bowiem co roku zwraca płatnikom netto
środki nie wykorzystane przez kraje Unii.
Najwyższy Czas