2003-01-02
Kiedy zbankrutujemy? Czyli jakie mogą być efekty naszego wejścia do UE
Tomasz Sommer
Ewentualne wejście do Unii Europejskiej postawi polskie finanse
publiczne w sytuacji rozpaczliwej. W efekcie, za kilka lat może się okazać, że
"integracja", a wcześniej polityka rządów SLD i AW"S"-UW -
doprowadziły nasz kraj do stanu, w jakim obecnie znajduje się
Argentyna. Paradoksalnie "tak" w euroreferendum może oznaczać więc
nie tyle wejście do ekonomicznego raju, co zgodę na zupełną
nędzę.
Zanim przejdę do szczegółowej analizy
sytuacji polskich finansów publicznych w kontekście kolejnego,
podpisanego właśnie przez Aleksandra Kwaśniewskiego budżetu na 2003
rok oraz tzw. integracji, chciałbym odpowiedzieć na często stawiane
pytanie: "czy państwo może zbankrutować?".
Otóż formalnie rzecz biorąc, nie jest to możliwe. W polskim prawodawstwie, jak i w
prawodawstwach innych państw europejskich nie znajdziemy takiej
możliwości. Wydaje się to sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, bo
przecież państwo jest także przedmiotem gry rynkowej i może się
znaleźć w sytuacji rzeczywistego bankructwa. Powinny więc istnieć
jakieś normy postępowania odnoszące się do takiej
sytuacji.
Takich norm jednak nie ma i koszty bankructwa
przenoszone są na obywateli czy to poprzez konfiskatę ich
oszczędności - jak to miało miejsce w Argentynie, czy poprzez
dynamiczny wzrost podatków - co z kolei jest zwykle krokiem wstępnym
i czego jesteśmy świadkami w dzisiejszej Polsce. Oczywiście politycy
odpowiedzialni za bankructwo, w przeciwieństwie do biznesmenów
znajdujących się w podobnej sytuacji, nigdy nie ponoszą żadnej
odpowiedzialności, co więcej - często utrzymują się u władzy, bo
ludzie w większości nie rozumieją, że istnieje bezpośrednie
przełożenie pomiędzy politycznym planem budżetowym a ich dobrobytem.
Widać to doskonale właśnie w Argentynie, gdzie politycy, którzy
zniszczyli dokumentnie swój kraj, niezagrożeni przez nikogo i w
wyniku tzw. demokratycznych procedur cały czas pozostają u władzy. I
z wielkim zapałem walczą obecnie z ubóstwem.
Wydaje się, że dobrym pomysłem byłoby ustawowe usuwanie od władzy polityków, którzy
doprowadzili kraj do bankructwa - ponieważ jednak nie istnieją żadne
normy ustalające maksymalny próg opodatkowania, jest to jak na razie
polityczne SF.
Tak więc państwo jako takie nie może
zbankrutować, nawet jeśli realnie rzecz biorąc jest bankrutem. To
niemożliwe bankructwo przekłada się jednak na całkiem prawdziwe
bankructwo jego obywateli, którzy przygnieceni podatkami i w obliczu
załamania się wszelkich rynków, po prostu idą z torbami. Żyją z
groszowej "pomocy społecznej", a tak naprawdę z własnych
oszczędności, które oczywiście wcześniej zabrało im i w dużej części
- zmarnowało, państwo.
Polski dług publiczny - czyli drugi plan Balcerowicza
W ekonomii
istnieją co najmniej dwie, oczywiście sprzeczne ze sobą teorie
dotyczące długu publicznego. Teoria, którą dla uproszczenia nazwę
"interwencjonistyczną" zakłada, że państwo, tak jak inne podmioty
gospodarcze, nie tylko może się zadłużać, ale wręcz powinno to
czynić, by osiągnąć określone efekty, dojście do których drogą
zrównoważonego budżetu byłoby zbyt długotrwałe. Istotną słabością
tej teorii jest niemożliwość podania jakichkolwiek racjonalnych
warunków brzegowych - czyli nie wiadomo, gdzie znajduje się granica
potencjalnego zadłużenia. Tymczasem, jak wspomniałem, choć nie ma
ustaw regulujących kwestię bankructwa państw, z praktyki wiadomo, że
takie bankructwa się zdarzają, a zadłużenie bankrutujących państw
było różne i nie pozwala na ustalenie choćby najbardziej
elementarnych reguł.
Teorię tę wprowadzają w życie rozmaite
bantustany i republiki bananowe - z wiadomym skutkiem. Niestety,
obowiązuje ona także wśród wielu europejskich ekonomistów-praktyków
- w rezultacie większość europejskich krajów jest pozadłużana na
poziomie blisko 100 proc. PKB.
Druga teoria, nazwijmy ją
"wolnościową", uznaje, że zadłużanie państwa jest bardzo szkodliwe,
bo w sytuacji demokratycznej, gdy zmieniające się ekipy rządowe mają
rozmaite cele, zadłużanie się, by realizować jakiekolwiek
długoterminowe polityki, jest bez sensu i powoduje tylko
marnotrawienie pieniędzy podatników. Teorii tej dali wyraz
amerykańscy ustawodawcy, którzy za czasów prezydenta Ronalda Reagana
wprowadzili poprawkę do amerykańskiej konstytucji zakazującą
zwiększania deficytu budżetowego. W efekcie od kilku lat amerykański
budżet może mieć tylko tzw. deficyt obrotowy (czyli wynikający nie z
założenia większych wydatków niż dochody, tylko z nieścisłości
obliczeń albo nieświadomego niedoszacowania jakichś dochodów czy
wydatków).
Zwolennicy obydwu teorii zgodni są co do jednego -
dług publiczny to, tak czy inaczej, poważne obciążenie dla
gospodarki państwa, które będą musieli, wcześniej czy później,
odpracować podatnicy. Często podatnicy, którzy z tym długiem nie
mieli i nie mają dokładnie nic wspólnego.
Trudno jest
jednoznacznie zracjonalizować zachowanie polskich polityków względem
długu publicznego. Generalnie przed przełomem 1989 roku kwestię
zadłużenia rozwiązywano poprzez kroczącą inflację.
Po przełomie
specjaliści mieli na początku niemal czyste konto i prawdopodobnie
doszli do wniosku, że nie stanie się nic złego, jeśli jakiś deficyt
finansów publicznych zaistnieje.
W założeniach nie mieli jednak
oczywiście aż takiego deficytu jak obecnie. Faktem jest jednak, że
pierwsze obligacje zaczęły wychodzić za tzw. pierwszego Balcerowicza
- i to właśnie nazywam "drugim planem Balcerowicza". Faktem jest
także, że to właśnie za rządów tego polityka w Ministerstwie
Finansów doszło do pierwszego załamania budżetowego - pod koniec
1999 roku okazało się, że deficyt w roku następnym wzrośnie o
połowę, co zakończyło się dymisją obecnego szefa NBP. Lata 1998-2002
to okres, w którym dług publiczny urósł do ogromnej wartości
ponad
90 mld dolarów, a stopa jego wzrostu osiągnęła
astronomiczny poziom
12 proc. rocznie.
Taki poziom
długu nie wynika oczywiście z jakichkolwiek planów. Jest raczej
efektem nacisków na wzrost wydatków z jednej strony i malejących
realnych dochodów z drugiej, a obie te tendencje zostały wzmocnione
przez zbytni optymizm planistów szacujących przychody z
podatków.
Stan na dziś
W jakiej więc
sytuacji znajdują się obecnie nasze finanse publiczne? Otóż nowy
budżet zakłada wydatki na poziomie 193,5 mld złotych i dochody równe
154,8 miliarda. Deficyt w roku obecnym wynosi więc 38,7 mld (tak
naprawdę jest znacznie większy w związku z wydatkami unijnymi oraz
tzw. gwarancjami skarbu państwa, które tylko na początku są
bezgotówkowe).
Oprócz tego mamy na karku dług publiczny,
który według (bardzo ostrożnych) danych Ministerstwa Finansów na
wrzesień 2002 r. wynosił dokładnie 366 miliardów złotych, czyli
połowę PKB.
Dosyć szokująca jest struktura wydatków
budżetowych. Otóż aż 27,3 mld złotych, czyli prawie 18 proc.
dochodów i trzykrotny budżet wojska, to spłata wcześniejszego
zadłużenia. Mimo tak olbrzymich spłat, dług przyrasta w tempie ok. 1
proc miesięcznie. Jeśli takie tempo się utrzyma, to zadłużenie
podwoi podwoi się w ciągu czterech lat i Polska niemal na pewno
zbankrutuje. Powstaje pytanie: czy da się coś zrobić, by do tego nie
doszło?
Perspektywa
bankructwa
Oczywiście da się wiele zrobić.
Najprostsza, choć w obecnej konfiguracji politycznej niemożliwa do
zastosowania recepta, to obniżenie wydatków i stopniowe spłacanie
obciążeń.
Rozwiązanie drugie to balansowanie nad przepaścią
i próba takiego rozłożenia długu, by w przypadku pomyślnej sytuacji
gospodarczej kiedyś je spłacić. To rozwiązanie proponuje minister
Grzegorz Kołodko. Na stronie Ministerstwa Finansów znajduje się
opracowana przez jego podwładnych "Strategia zarządzania długiem
sektora finansów publicznych w latach 2003-2005", która zakłada
spadek wysokości długu liczonej jako procent PKB w związku z
dynamicznym wzrostem gospodarczym który ma się rozpocząć już w tym
roku. Ze strategii wynika jednak, że nasze władze zakładają mimo
wszystko, że dług liczony w wartościach bezwzględnych cały czas
będzie przyrastał.
Rozwiązanie trzecie, najbardziej
prawdopodobne, to szybkie brnięcie w coraz większe długi. Narzuca
się ono dość mocno, jeśli spojrzeć na harmonogram spłat. Otóż w roku
2003 zapadalność papierów skarbu państwa wynosi ni mniej ni więcej
tylko 67 miliardów złotych. Oczywiście większość tego długu zostanie
"przerolowana", czyli przesunięta w czasie. Z kolei w roku 2004
zaczynamy stopniowo spłacać zadłużenie zagraniczne. Teoretycznie już
w roku 2003 powinniśmy spłacić jakieś
6 miliardów złotych, by
w 2008 r. płacić ponad 11. By tylko utrzymać zadłużenie na mniej
więcej tym samym poziomie, powinniśmy płacić ok. 40 mld rocznie,
czyli oddawać ponad jedną czwartą realnych dochodów
budżetu!
Budżet a UE
Tymczasem już w
2004 roku, jeśli referendum unijne zakończy się zgodnie z wolą
rządu, pojawią się wydatki związane z UE. Trzeba bowiem pamiętać, że
z wyjątkiem bezpośrednich wpłat do budżetu, na poziomie nieco ponad
4 miliardów złotych (w dodatku rozłożonych na 2,5 roku), ogromna
większość tzw. środków unijnych przepłynie pozabudżetowo. Tymczasem
polskie "dopłaty do dopłat", unijna składka itp. będą musiały być
uwzględnione w budżecie. Niezależnie więc od tego, jak ostatecznie
ułoży się ogólny bilans Polska-UE (według naszych obliczeń z
poprzedniego numeru, dopłacimy co najmniej pół miliarda euro),
polski budżet - a najprawdopodobniej także jego deficyt - już w roku
2004 powiększy się o co najmniej 10 miliardów złotych, a w roku
następnym o sumę dwukrotnie większą. Oznacza to, że trzeba będzie
realnie spłacać nie 40, a jakieś 60 miliardów złotych rocznie. Taka
suma jest jednak po prostu nie do udźwignięcia. Mówiąc wprost, przy
obecnej sytuacji finansowej polskiego budżetu na wejście do UE po
prostu nas nie stać i decydowanie się na tak wielkie koszty graniczy
z szaleństwem
Rząd może rozwiązać ten problem tylko na dwa
sposoby - albo pożyczać jeszcze więcej, albo... nie przyjmować
środków unijnych z uwagi na brak możliwości ich współfinansowania -
co zresztą wydaje się najbardziej prawdopodobne.
Wstąpienie
do Unii, a konkretnie koszty tego procesu, prawdopodobnie zupełnie
nieoczekiwanie dla polskich polityków, może się okazać gwoździem do
trumny naszej gospodarki. Mówmy o tym głośno, bo przecież miało być
zupełnie inaczej.
Tomasz Sommer
Dane
użyte w tekście pochodzą ze strony Ministerstwa Finansów
www.mf.gov.pl
Najwyższy Czas