Za sukces zapłacimy sami
Podczas szczytu w Kopenhadze nasza delegacja wywalczyła dla statystycznego Polaka dodatkowo dwa i pół euro. Spełnienia większości naszych postulatów przywódcy "15" odmówili. Jednak finał rokowań okazał się doskonałym zagraniem propagandowym, a to zapewne jest najważniejsze przed zbliżającym się referendum.
W polskim obozie z góry ustalono właśnie taki priorytet. Scenariusz rokowań został podporządkowany dwóm terminom: rocznicy wprowadzenia stanu wojennego i głównemu wydaniu telewizyjnych "Wiadomości". Sukces miał być ogłoszony na żywo, w bezpośredniej relacji telewizyjnej. Przynajmniej dwa miesiące przed szczytem zaplanowano przyjazd do Kopenhagi kilkudziesięcioosobowej ekipy telewizyjnej, która miała zapewnić funkcjonowanie "otwartego studia". Premier wyszedł z sali rokowań do dziennikarzy o 19.20. Odczekał kilka minut na rozpoczęcie edycji dziennika. Wygłosił patetyczne, krótkie przemówienie. Dziennikarzom nie pozwolono zadać pytań, bo te mogłyby zburzyć delikatną konstrukcję polskiego "sukcesu". Premier równie szybko jak przyszedł, schronił się przed dziennikarzami w "zakazanej" strefie centrum. Gdy w następnych godzinach szczegóły ustaleń wyjdą na jaw, będzie po głównych wydaniach dzienników telewizyjnych i radiowych. Relacjom nadano właściwy ton.
Unia mogła czekać
Taka strategia z góry jednak stawiała polskich negocjatorów na słabszej pozycji. Czas grał na niekorzyść Millera. Unijni przywódcy mogli bowiem czekać.
Polska ekipa słabo rozeznała szanse na porozumienie. Od prowadzenia rozmów został w ostatnich dniach odsunięty nasz główny negocjator Jan Truszczyński, który prawidłowo oceniał, co można rzeczywiście ugrać. Miller, po objechaniu w ostatnich dwóch tygodniach wielu unijnych stolic, wysnuł mylne wnioski: Unia pójdzie wobec Polski na daleko idące ustępstwa. Sporo zawinił także komisarz ds. poszerzenia Unii Gźnter Verheugen: do ostatnich godzin przekonywał, że "15" ma jeszcze w zanadrzu ponad dwa miliardy euro. Miller uwierzył mu na słowo, zapominając, że to nie komisarz podejmuje decyzje. Polska do Kopenhagi przyjechała z długą listą daleko idących żądań, ale nie przygotowano alternatywnych rozwiązań na wypadek, gdyby "15" ich nie przyjęła.
To znowu zostało doskonale wykorzystane przez naszych partnerów. Jeden z uczestników rozmów wspomina: "Gdy w piątek rano Miller pierwszy raz spotkał Rasmussena (premier Danii i gospodarz spotkania) napotkaliśmy mur wobec naszych głównych żądań: miliard euro dodatkowej gotówki, większy limit produkcji mleka, więcej pieniędzy dla rolników. Nie wiedzieliśmy, co robić. Zaczęło być bardzo nerwowo".
Polskie postulaty postanowiono skrzętnie ukryć przed mediami, szczególnie krajowymi. Równie dyskretna, rzecz jasna umyślnie, nie była jednak "15". Teraz po stronie Unii był już nie tylko atut czasu, ale także przekazu medialnego. Wiadomo było, że Miller zgodzi się na wszystko, co uratuje jego obraz "twardego negocjatora", który z Kopenhagi wróci z sukcesem. Michał Tober, rzecznik rządu, w południe przyznawał: "Do Warszawy musimy wrócić z tarczą". Od tego zależało powodzenie referendum w sprawie przystąpienia Polski do Unii i utrzymanie koalicji.
Bez alternatywnych rozwiązań
Zegar cykał. Późnym popołudniem kanclerz Schrder wyszedł niespodziewanie do dziennikarzy. Przedstawił sposób rozwiązania głównego polskiego dylematu, zanim dowiedział się o nim Miller. Po sali prasowej zaczęła krążyć zawiła formuła przyspieszenia płatności 500 milionów euro i zwolnienia polskiego budżetu z obowiązku współfinansowania unijnych funduszy strukturalnych z dalszych 500 milionów euro. Tekst był napisany po niemiecku: Schrder zaczynał przejmować rolę "ojca poszerzenia", tego, który "uratował w Kopenhadze członkostwo Polski w Unii".
Alternatywnych rozwiązań polscy negocjatorzy nie przygotowali. Na analizę niemieckiej oferty otrzymali mniej niż godzinę. W tym czasie nie zdążyli w pełni zrozumieć, o co w niej chodzi. Próba zorganizowania w ostatniej chwili spotkania Millera z Chirakiem, który od kilku tygodni deklarował chęć wyjścia naprzeciw polskim żądaniom, nie powiodła się: Francuzi odmówili.
Podczas ostatniej, dwugodzinnej rundy rokowań Miller siedział już sam na sam z Rasmussenem. Obecni byli jeszcze tylko tłumacze. Na wszystkie polskie postulaty duński premier proponował rozwiązania zgodne z "formułą Schdera": ustępstwa tylko dla opinii publicznej, ale nie w rzeczywistości. Trzeba przyznać, że cała "15" trzymała się już tego ustalenia do końca. Parę minut po siódmej szwedzki premier Goran Persson pierwszy wyszedł z sali obrad z przesłaniem: spełniliśmy wszystkie polskie postulaty.
Sposób ratowania twarzy
Faktycznie jednak najważniejsze nie zostały spełnione. Miliard euro zaliczek dla ratowania budżetu wypłaciliśmy... sobie sami. To bowiem pieniądze, które nam już Unia oferowała, tyle że później i na rozwój infrastruktury. Możemy zresztą za to zapłacić podwójnie, przyznają polscy negocjatorzy. Gdy przyjdzie do negocjowania pakietu funduszy strukturalnych w następnym budżecie UE 2007 - 2013, Polska może otrzymać znów miliard mniej. Występując wcześniej o ograniczenie funduszy, sama bowiem dowodzi, że nie jest w stanie wykorzystać więcej pieniędzy.
Z limitem produkcji mleka porażka była jeszcze większa. Unia nie przyznała w Kopenhadze Polsce ani litra więcej, choć do końca Miller walczył o... dwa miliony litrów ponad ofertę "15". Aby ratować twarz, polski przywódca pogodził się z przesunięciem w ramach tego samego limitu jednej kategorii mleka do drugiej. Gdy w wystąpieniu telewizyjnym mówił o zwiększeniu o półtora miliona ton mleka "hurtowego", na ten przymiotnik mało kto zwrócił uwagę, a tym bardziej go zrozumiał. "Nie mogliśmy nic innego zrobić" - przyznaje jeden z polskich negocjatorów. Gdyby Polska otrzymała więcej mleka, wystąpiłyby o to również Włochy, które z powodu niskich limitów otrzymanych w przeszłości muszą teraz importem zaspokajać jedną trzecią krajowej konsumpcji. A w Kopenhadze na otwarcie ustaleń Wspólnej Polityki Rolnej nie godził się nikt.
Pozorne ustępstwa
Podobnie z dopłatami dla rolników: podczas szczytu Miller nie uzyskał od Unii ani euro więcej. Rasmussen oferował raz jeszcze wyjście z twarzą: uzupełnienie dopłat... z polskich pieniędzy. Dzięki temu polski premier mógł ogłosić w "Wiadomościach" magiczne 55, 60 i 65 procent. Nie dodając, że za sukces zapłacimy... sami. I że obecny w Kopenhadze wicepremier Grzegorz Kołodko ostrzega: w budżecie państwa dodatkowych pieniędzy dla rolników nie ma.
Polscy negocjatorzy wpadli natomiast na zręczny pomysł uzupełnienia polskiej listy drugorzędnymi postulatami, na które Unia przynajmniej się zgodzi. To przede wszystkim czasowe niższe opodatkowanie usług budowlanych, co "15" przyznała już półtora roku wcześniej Czechom, bo wówczas, a nie na koniec rokowań, o to wystąpiły. Dla Unii sprawa jest w miarę obojętna: preferencyjnie opodatkowanych usług budowlanych nie można bowiem eksportować (kontrakty wykonane przez polskie firmy za granicą są objęte lokalną stawką). A zatem ustępstwo nie daje naszym firmom lepszej pozycji konkurencyjnej, a "15" nic nie kosztuje.
Podobnie z klauzulą ochronną, która pozwoli na monitorowanie importu żywności do Unii, gdyby okazało się, że po zniesieniu ceł jest on zbyt duży. Unia zaproponowała takie rozwiązanie, zastosowane zresztą przy poprzednich poszerzeniach wspólnoty nawet przy imporcie indywidualnych produktów (na przykład hiszpańskich truskawek) wiele tygodni wcześniej. Polscy negocjatorzy woleli jednak to przedstawić jako swoje osiągnięcie.
Jedyny realny sukces w Kopenhadze to dorzucenie 108 milionów euro do funduszu na uszczelnienie granicy wschodniej. Zależało na tym przede wszystkim Niemcom, którzy obawiają się przemytu i nielegalnej emigracji ze Wschodu.
Skąpa Bruksela
Negocjatorzy pozostałych krajów kandydackich natychmiast polski sukces przeliczyli: nieco ponad dwa euro na statystycznego Kowalskiego. To potwierdzało zasadność przyjętej przez nich strategii: niestawiania spraw na ostrzu noża, jak to uczyniła Polska, a także występowania z jednym czy dwoma postulatami, za to lepiej uzasadnionymi. W sumie na ostatnim etapie rokowań nasi sąsiedzi proporcjonalnie więcej ugrali. Niektórzy z nich, jak Węgrzy, mają także za złe, że w finale Polska ich opuściła w uzgodnionych wcześniej sprawach, jak dopłaty bezpośrednie. Jednak polscy negocjatorzy tłumaczą, że musieli grać "twardo", nawet jeśli miało to być nieskuteczne. Tego oczekiwała opinia publiczna w kraju.
Po szczycie w Kopenhadze pozostaje też gorycz z powodu postawy Unii. W
końcówce okazała się niezwykle skąpa, choć ogólnie oferowane Polsce
warunki nie są złe. Problemy budżetowe w Niemczech, Francji i innych
czołowych krajach "15" są na tyle poważne, że nawet w tak decydującym
momencie ich przywódcy nie są w stanie wysupłać choćby kilkuset
dodatkowych milionów euro. Nie ma co się łudzić: ten sam mur Polska
napotka, gdy wkrótce rozpoczną się negocjacje o kolejny budżet Unii na
lata 2007 - 2013. Walka o dobre miejsce naszego kraju we wspólnocie
dopiero się zaczyna.
Rzeczpospolita