Panie Doktorze, słowo jeleń oznacza w przenośni frajera, człowieka naiwnego. Czyżby pojawienie się jeleni na lotnisku, co opóźniło wizytę naszych posłów w Parlamencie Europejskim, stanowiło memento?
Rzeczywiście, zadziwiający zbieg okoliczności. Jeśli memento, to ma swoje podłoże w faktach. Mamy bowiem nową jakość akcesji - negatywną. Chodzi tu po pierwsze - o kolejne przesunięcie naszego przyłączenia do UE z 1 stycznia 2004 na 1 maja tego roku, po drugie - potraktowanie Polski jako członka drugiej kategorii, po trzecie - w rzeczywistości wstępujemy na okres próbny.
Żadnego okresu próbnego przecież nie zapisano, ani nie uzgodniono.
Wyznaczają go tzw. klauzule ochronne, dotyczące głównie czterech sfer: rynku wewnętrznego, sprawiedliwości, spraw wewnętrznych i ochrony granic. Mówią one, że Polska - nawet jeszcze przed akcesją - może być ukarana. Gdyby np. nastąpiło u nas załamanie całej branży na skutek zalewu produktami Unii, to nie wolno nam wprowadzić ceł dla ratowania naszych producentów. Klauzule mają wyraźnie dyskryminacyjny charakter, korzystny wyłącznie dla obecnych państw członkowskich, dają im prawie nieograniczone możliwości presji na nowych członków. Jeśli Polska nie wypełni swoich zobowiązań negocjacyjnych w którejś z dziedzin prawa unijnego zawarowanych klauzulami, to UE może wyłączyć Polskę z jakiegoś wspólnego rynku Unii, czy finansowania jakiejś dziedziny. Klauzula może być uruchomiona nawet w przypadku podejrzenia, iż istnieje "bezpośrednie ryzyko", że dany kraj złamie zobowiązania. Taką niespodzianką może nas powitać UE "na dzień dobry", tuż po wstąpieniu. Wystarczy, że któryś z krajów piętnastki stwierdzi na podstawie własnego monitoringu złamanie przez nas jakiegoś przepisu unijnego. Czas obowiązywania tych klauzul wynosi trzy lata, a więc bardzo długo. To ukryta forma restrykcji gospodarczych wobec słabszych członków UE.
Nie mamy też pewności, czy będziemy pełnoprawnym uczestnikiem konferencji międzyrządowej państw UE jesienią 2003 r....
A ma ona podjąć cały szereg kluczowych decyzji, w tym o nowych zasadach głosowania oraz kształcie budżetu rolnego Unii na lata 2007-2013. W co najmniej dwu zasadniczych kwestiach nie będziemy mieli prawdopodobnie głosu.
Przypomniano nam również, że oferta finansowa UE jest już nie do negocjacji.
Toteż nie bardzo wiadomo czym będą zajmowali się nasi negocjatorzy, chyba rokowaniami o warunkach uzyskania posad dla siebie i swoich rodzin w strukturach euro-biurokracji.
Nawet niedawni unio-entuzjaści zaczynają wyrażać wątpliwości czy akcesja do UE opłaca się Polsce.
I słusznie, choć szkoda, że połapali się tak późno. Bowiem rok 2004 r. może spowodować wręcz załamanie budżetu państwa. W 2004 r. musimy wpłacić do unijnej kasy 2,4 mld euro samej składki. Poza tym: na inwestycje strukturalne - ok. 1 mld euro, wdrażanie prawa unijnego i utrata ceł - 1 mld euro. W sumie obciążeni zostaniemy sumą ok. 4,5 mld euro, czyli 16-18 mld zł. A to nie koniec kosztów. Przez najbliższe trzy lata po wstąpieniu Polska wyda na "restrukturyzację" rolnictwa aż 13,5 mld zł, i to po uwzględnieniu pewnych ustępstw UE w zakresie norm sanitarnych i weterynaryjnych. Z tego rolnicy i przedsiębiorstwa branży spożywczej będą musieli wydać ponad 7 mld zł, a budżet państwa ponad 4 mld zł. Ponadto będziemy odprowadzać do budżetu brukselskiego ok. 3 mld zł z tytułu zebranego w kraju VAT. Jest to jedno podstawowych źródeł zasilania budżetu unijnego. W konsekwencji szereg obciążeń podatkowych wzrośnie. Już dziś można przewidzieć, że zostanie podniesiona akcyza na paliwa, papierosy, materiały budowlane.
A jak będą się przedstawiać świadczenia socjalne?
To jeszcze bardziej ukryte i dolegliwsze społecznie koszty wstąpienia do UE. Oprócz rolników, inkorporacja do Unii dotknie najbardziej emerytów i rencistów. Minister Finansów już poinformował o bardzo intensywnych pracach w celu "odsztywnienia" wydatków budżetowych. Przekładając ten bełkot na język polski oznacza to ograniczenie waloryzacji emerytur i rent oraz indeksacji zasiłków rodzinnych, rent i emerytur rolniczych, itp. Od 2004 r. zostanie wprowadzona zasada waloryzacji nie według wskaźnika inflacji zapisanego w budżecie, lecz według realnie wykonanej inflacji. Ponieważ inflacja wynosi u nas ok. 1 proc. i ma tendencję spadkową, to ta grupa społeczna nie otrzyma waloryzacji. Podobnie nie ulegną indeksacji zasiłki dla najuboższych - rodzinne, dodatki pielęgnacyjne, alimentacyjne itd.
Warunki postawione naszym negocjatorom świadczą o - skądinąd słusznym - przekonaniu władz Unii, że polskie elity polityczne zaakceptują każde warunki. To już nie wchodzenie na czworakach, to już nie pełzanie do Unii na brzuchu, to pokorne odbieranie kopniaków przez leżącego.
Taka sytuacja była do przewidzenia, ponieważ pozbawiły się one jakichkolwiek atutów w rokowaniach z Unią Europejską, wyprzedawszy najbardziej wartościowe segmenty gospodarki polskiej. Czołowi politycy koalicji i opozycji mówią dziś, że może to i dobrze, że zostaniemy przyjęci nie 1 stycznia 2004 r., lecz 1 maja, bo poniesiemy mniejsze koszty. W takim razie dlaczego nie wstrzymać naszej akcesji do roku 2006 czy 2007, wtedy jeszcze więcej zaoszczędzimy. W sumie koszty naszej akcesji już poniesione (od 1999 r.), ponoszone i te, które poniesiemy zamykają się sumą ok. 40 mld zł (ok. 10 mld euro), nie licząc deficytu handlowego z krajami Unii, który wynosi od momentu podpisania Układu Stowarzyszeniowego ca 65 mld USD.
Rachunek ekonomiczny nie ma więc tu nic do rzeczy.
Akcesja jawi się raczej jako operacja ideologiczno-polityczna niż ekonomiczno-handlowa. Narody państw wchodzących w skład UE zdecydowanie negatywnie oceniają poszerzenie Unii. Tylko Niemcom zależy na przystąpieniu nowych członków. Mają one bowiem gigantyczne problemy gospodarcze. Dla nich gospodarczy Drang nach Osten stanowi ucieczkę do przodu przed kryzysem. Kapitał niemiecki już tak spacyfikował Czechy, że kraj ten ekonomicznie stanowi de facto nowy land RFN. Podobna sytuacja zarysowuje się wyraźnie na polskich Ziemiach Zachodnich i Północnych oraz w Wielkopolsce. Charakterystyczne, że obecnie w Wielkopolsce jest wydawanych mniej polskich gazet niż w okresie zaborów!
Jak Pan ocenia 25-procentowe dopłaty do rolnictwa polskiego, w tym uwzględnienie małych gospodarstw?
Oferta 25-procentowych dopłat do rolnictwa sama w sobie jest karykaturalna. A i tak będą one prawdopodobnie mniejsze, bo wiążą się z kwotami produkcyjnymi, które Polsce wyznaczono na śmiesznie niskim poziomie. Aby jednak kupić głosy polskich rolników w referendum Unia proponuje dopłaty nawet do gospodarstw o powierzchni 0,3 ha. To zabieg podobny do ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji przedsiębiorstw, w której przewidziano 15 proc. akcji dla załóg, aby nie protestowały. Potem większość z tych posiadaczy akcji znalazła się na bruku, a akcjami mogli sobie wytapetować ściany...
Czy można określić ile statystyczny Polak otrzyma z UE po naszym ewentualnym wejściu?
W ciągu pierwszych trzech lat członkostwa ok. 400 euro brutto. Po odliczeniu składki wynoszącej ok. 200 euro na głowę zostanie 200 euro. Z całościowego rachunku wynika, że każdy obywatel RP otrzymałby ok. 66 euro rocznie, tzn. ok. 256 zł. Gdyby nie opóźnienie w planowanym przyjęciu stalibyśmy się w pierwszych latach członkostwa płatnikiem netto do unijnej kasy. W przybliżeniu oznacza to 800-900 mln euro w skali roku dla całego kraju. Gdyby Polska nie importowała z Unii takich artykułów jak śrubki, nakrętki, wyroby papiernicze i tekstylia, to właściwie nic by nie zmieniło się w sensie finansowym. Tych produktów importujemy za setki milionów euro rocznie, chociaż doskonale potrafimy sami je wytwarzać.
Poprzednie elity, najpierw Unii Wolności (obecnie Platforma Obywatelska) i SLD - przede wszystkim, jak również AWS zrobiły wszystko, by nie było u nas poważnej, naukowej, eksperckiej dyskusji na podstawowe tematy związane z ewentualną akcesją do UE: czy do Unii, kiedy do Unii i za ile do Unii, ale nade wszystko - co ewentualnie w tej Unii?!
W rezultacie, jeśli wejdziemy do Unii, to na warunkach członka drugiej czy wręcz trzeciej kategorii. Wówczas rok 2004 czy 2005 może okazać się katastrofalny dla naszych warunków życia. Tych, którzy uwierzyli w bajki o unijnym deszczu pieniędzy spotka szok. Przypomnę, że Hiszpania przed wejściem do UE miała bezrobocie na poziomie ok. 5 proc. W pierwszym roku przystąpienia do Unii wskaźnik ten wzrósł do 15, a następnie 17 proc. Podobnie sytuacja wyglądała w kilku innych krajach. Polskie bezrobocie wynosi już dziś 18 proc. oficjalnie. Oznacza to, że po wstąpieniu do UE bezrobocie przybierze charakter klęski społecznej, bo w ciągu kilku lat wzrosnąć musi. Czeka nas więc nałożenie się obecnego kryzysu ekonomiczno-finansowego z nowymi obowiązkami finansowymi i niemożnością uzyskania nowych źródeł dochodów. Sprzedać praktycznie nie mamy już co. Obciążeń podatkowych nie można zwiększać, bo są absurdalnie wysokie. Z kolei szanse na dynamiczny polski eksport maleją z dnia na dzień.. Nie wykorzystamy także funduszy unijnych, takich jak AJAX, PHARE. Wstępujące przed nami kraje, przecież bez komunistycznej przeszłości, wykorzystywały te fundusze w pierwszych latach członkostwa w granicach 5-25 proc.
Czy ewentualne wejście Polski do UE odbije się także na cenach?
To oczywiste. Mimo że ceny dla większości Polaków są horrendalnie wysokie, część artykułów jest u nas o wiele tańsza niż w UE. Na przykład: niektóre asortymenty mięsa - o ok. 50 proc., chleb i produkty zbożowe - o ok. 40 proc., mleko, ser i jaja - ok. 40 proc., owoce - ok. 40 proc., papierosy - 50 proc., paliwa - ok. 30 proc. Po akcesji wzrosną ceny produktów i usług o ok. 40-50 proc.
Po wejściu do Unii zniknie wiele polskich firm. Co je czeka?
Liczyć się należy z krachem wielu przedsiębiorstw, szczególnie małych i średnich, niekonkurencyjnych w stosunku do zachodnich. (A przecież małe i średnie firmy w krajach Unii są wspomagane oficjalnie lub w sposób ukryty.) Obliczam, że w branży przetwórstwa rolno-spożywczego nastąpi upadek ok. kilku tysięcy przedsiębiorstw, ponieważ nie będzie ich stać na zastosowanie norm unijnych.
Z naszej rozmowy wynika, że prawdziwe problemy zaczną się dla Polski dopiero po ewentualnej akcesji, tak jakby dotychczasowych było za mało.
Również problemy polityczne, bo nastąpi wówczas niewątpliwa radykalizacja nastrojów społecznych, a te elity, które wprowadzą Polskę na takich warunkach do Unii poniosą klęskę w najbliższych wyborach - 2005 r., a ewentualnie wcześniejszych. Być może jelenie, które utrudniły rozpoczęcie wizyty polskim parlamentarzystom w unijnym parlamencie przypomniały im, że "nowe przysłowie Polak sobie kupi, że i przed szkodą i po szkodzie głupi". Aby zadać kłam temu powiedzeniu, najwyższy czas odsunąć do lamusa obecne elity i dać szansę tym, którzy potrafią targować się o polskie interesy.
Rozmawiał: Józef Michał Janowski