2001-12-01
Polski Kościół o Unii Europejskiej - O autorytetach i cwaniakach
Spotkanie prymasa Józefa Glempa z unijnym komisarzem Günterem
Verheugenem było drugim - po słynnej w 1997 r. wizycie naszych biskupów w Brukseli -
oficjalnym spotkaniem najwyższych przedstawicieli polskiego Kościoła katolickiego i
Unii Europejskiej. Pointą spotkania było szeroko cytowane wyznanie kardynała Glempa o
tym, że wejście Polski do unijnych struktur jest "historyczną koniecznością".
Prymas powtórzył później swoje stanowisko w kwestii integracji naszego kraju z Unią w
wywiadzie dla telewizji; w tym samym duchu wsparli go abp. Tadeusz Gocłowski i abp. Józef
Życiński. Przeciwnicy wejścia Polski do UE szukający wsparcia dla swej idei na różnych
szczeblach polskiego Episkopatu nie powinni więc
MIEĆ JUŻ ZŁUDZEŃ.
Choć są w Polsce biskupi i księża eurosceptycy, to jednak ich głos (np. tak doniosły
jak Radio Maryja) blednie w obliczu jasnych deklaracji kardynała Glempa i innych pasterzy
Kościoła. Tym bardziej że prounijne świadectwo najwyższych przedstawicieli
katolickiej hierarchii jest skrzętnie wychwytywane i nagłaśniane w mediach o największym
w Polsce oddziaływaniu.
Co ciekawe, w kontekście owych deklaracji nie pojawiają się ze strony lewicy żadne
zarzuty, tak powszechne w innych okolicznościach, że Kościół "miesza się do
polityki". A przecież sprawa wejścia lub nie do Unii Europejskiej jest przede
wszystkim sprawą o charakterze politycznym.
Jest to tym bardziej godne odnotowania, iż pasterze Kościoła dosadnie - jak na pasterzy
- skrytykowali np. funkcjonowanie Ligi Polskich Rodzin, partii ewidentnie sprzeciwiającej
się przystąpieniu Rzeczypospolitej do struktur UE. Abp. Gocłowski prosił dziennikarkę
Radia Zet o zwolnienie go od wypowiadania "komentarzy dotyczących kiepskich ugrupowań
politycznych" (chodziło o zachowanie działaczy LPR, którzy interpretują
wypowiedzi Papieża i Prymasa w duchu antyunijnym - przyp. D.H.).
Podobnie zachował się abp. Życiński. Na stwierdzenie dziennikarza
"Wyborczej", że ani Papież ani Prymas nie przekonali polityków LPR do sprawy
wejścia Polski do Unii Europejskiej, odrzekł: "Żadna partia polityczna nie jest
upoważniona do autoryzowania tekstów papieskich. Żałosne są dla mnie wypowiedzi tych
polityków, którzy nieudolnie interpretują słowa Ojca Świętego, które są w swej treści
dostatecznie jasne".
Nie ma wątpliwości, że lewica wytacza działa pod hasłem "Kościół miesza się
do polityki" tylko i wyłącznie wtedy, kiedy wypowiedzi ludzi Kościoła są
SPRZECZNE Z KANONEM
obowiązującym na lewicy. Bo kiedy Kościół krytykuje jednych polityków za promowanie
aborcji, przymusowych lekcji wychowania seksualnego w szkołach czy legalizacji związków
homoseksualnych, to wtedy jest niedobry, bo "miesza się do polityki". Ale kiedy
krytykuje innych polityków za ich sprzeciw wobec Unii Europejskiej, aaa... to co innego,
wtedy nie ma problemu, tu Kościołowi wolno "mieszać się do polityki".
Jest to oczywiście perfidny, cwany instrumentalizm. Ten związany z Unią Europejską
jest aż nadto czytelny w swoim przekazie: "Jesteś katolikiem i jesteś
przeciwnikiem wejścia Polski do Unii Europejskiej? Tak nie można, bo przecież i Papież
i Ks. Prymas, i inni hierarchowie polskiego Kościoła są zwolennikami naszego wejścia
do struktur unijnych".
W tym właśnie duchu wypowiedział się na pierwszej stronie "Gazety Polskiej"
nawet p. Piotr Wierzbicki (co wychwyciła i przedrukowała czujna "Wyborcza"):
"Po oświadczeniu Jana Pawła II, po deklaracji biskupów Kościół jeszcze raz, tym
razem ustami Prymasa Polski, uznał konieczność naszego wejścia do Unii Europejskiej.
Dla polityków z Ligi Polskich Rodzin (może być: każdego katolika - przyp. D.H.) nie ma
to żadnego znaczenia, skoro ich ojciec duchowy, ks. Rydzyk (może być: ktokolwiek inny -
przyp. D.H.), jest w tej sprawie innego zdania". Red. Wierzbicki pisze tak, jakby
chciał zakomunikować, że Kościół ogłosił właśnie jakiś dogmat albo uznał cud,
przed którym wszyscy musimy padać na kolana, a ci katolicy - politycy mający zdanie
odmienne - to jacyś prawie religijni heretycy.
Tego rodzaju myślenie to
TYPOWY BŁĄD
nieuprawnionego przenoszenia autorytetu. Przedstawiciele hierarchii Kościoła są
autorytetem w dziedzinie wiary i moralności, a wykorzystywanie go "z marszu" w
dziedzinie konkretnych rozwiązań politycznych jest po prostu nieuzasadnione. O fakcie,
że zbawienie wieczne nie zależy od tego, czy będziemy w Unii, czy też poza jej
strukturami, nie trzeba chyba pisać...
Wejście lub nie Polski do Unii Europejskiej jest dobre dlatego, że jest dobre (bo np. w
UE miałaby być większa wolność osobista i gospodarcza, jest mniej biurokracji, są
mniejsze podatki, poszczególne rządy permanentnie samoograniczają się na rzecz
obywateli - niestety nic z tego nie jest prawdą), a nie dlatego, że opowiedział się za
tym lub nie Papież, Ksiądz Prymas czy dany arcybiskup. Tym bardziej że argument
autorytetu jest w teorii poznania argumentem najsłabszym...
Oczywiście w żadnym wypadku nie oznacza to, by lekceważyć w kwestii politycznej przyszłości
Polski tego, co ma do powiedzenia Ksiądz Prymas czy inni przedstawiciele Episkopatu.
Biada jednak temu, kto chciałby instrumentalnie ów autorytet wykorzystać: "Skoro
Ksiądz Kardynał do Unii, to ty też, katoliku, musisz iść w tym samym kierunku".
Byłby ów agitator zwykłym politycznym cwaniakiem, któremu wcale nie musi zależeć na
dobru Kościoła i Jego autorytecie.
Według ostatnich badań CBOS-u (z maja br.) tylko 54 procent Polaków popiera nasze wejście
do UE. Dla porównania w maju 1996 r. euroentuzjastów było aż 80 procent. Nie wydaje się,
by poparcie
WŚRÓD POLSKIEGO DUCHOWIEŃSTWA
na rzecz wchłonięcia nas w struktury Unii odbiegało w sposób znaczący od tych liczb.
Według jedynych jak do tej pory badań postaw duchowieństwa w kwestii przystąpienia
Rzeczypospolitej do Unii Europejskiej (CBOS, przełom 1997 i 1998 r.), zwolenników
takiego rozwiązania było 84 procent. Obecnie zgodnie z ogólnopolską tendencją liczba
ta kształtuje się zapewne na poziomie 50-paru procent.
Warto przy tym zauważyć, że katoliccy księża w sondażu CBOS-u w sposób zdecydowany
popierali "Europę ojczyzn" - zachowujących własną niezależność, suwerenność
i tożsamość, a nie Unię będącą formą megapaństwa. A przecież taki byt może
ostatecznie powstać, gdy analizuje się wypowiedzi i działania przedstawicieli "Piętnastki"
(vide: ubiegłoroczna wypowiedź Józia Fischera o konieczności utworzeniu państwa
federalnego złożonego docelowo z ok. 30 krajów czy ostatnie doniesienia z Francji o
potrzebie wprowadzenia jednolitych dowodów osobistych dla wszystkich członków UE oraz
stworzenia unijnej konstytucji).
Tak czy inaczej antyunijne partie polityczne, które uzależniają swoje postępowanie od
niezobowiązujących przecież w sumieniu wypowiedzi hierarchów Kościoła, będą miały
nie lada kłopot. Jeśli bowiem Ksiądz Prymas nazwał naszą obecność w Unii
Europejskiej "historyczną koniecznością", ugrupowania w stylu Ligi Polskich
Rodzin musiałyby dokonać jakichś nieprawdopodobnych łamańców semantycznych, by dowieść
tezy, że Kardynał Glemp miał w gruncie rzeczy na myśli zupełnie coś innego.
Przypomnieć należy, że już na początku 2000 r. Episkopat Polski stwierdził, iż nie
ma alternatywy dla integracji europejskiej. Stanowisko to zostało wyartykułowane na 302
Konferencji Episkopatu Polski w Częstochowie, której gościem był ówczesny negocjator
Polski w rozmowach z Unią Europejską - Jan Kułakowski. Kułakowski został wtedy bardzo
ciepło przyjęty - biskupi nagrodzili go nawet burzliwymi oklaskami.
Czy Kościół słusznie
ANGAŻUJE SWÓJ AUTORYTET
w promowanie wejścia Polski do UE? Moim zdaniem: nie. Kościołowi bowiem do spełniania
swej nadprzyrodzonej misji Unia Europejska jest tak samo potrzebna, jak: NAFTA, CEFTA,
OJA, NATO czy WNP. Kościół istniał zanim te polityczne twory powstały i będzie
istniał po nich. Kościół ze swą misją zbawienia poradzi sobie, obojętnie czy Polska
będzie w UE, czy też będzie poza nią. Po co więc agitować za Unią, tym bardziej że
Naród może podczas referendum akcesyjnego - mimo zmasowanej europropagandy - opowiedzieć
się przeciwko wchodzeniu do struktur "Piętnastki".
Niech nie łudzą się też ci wszyscy naiwni katolicy, że oto kiedy Kościół ustami
swoich hierarchów zadeklarował potrzebę wejścia Rzeczypospolitej do UE, będzie się
odtąd cieszył taryfą ulgową w oczach "postępowych" europiewców. Nic z
tego. Atak na instytucję Kościoła będzie trwał dalej, a żądanie rozmiękczania
katolickiej Prawdy wcale nie zmniejszy się.
Bardzo często katoliccy hierarchowie przekonują, że polski Kościół wchodząc do UE,
spełni misję
RECHRYSTIANIZACJI EUROPY.
Mówił o tym w wywiadzie dla TVN Kardynał Glemp, wspominając, że zsekularyzowana Unia
jest wyzwaniem dla polskiego Kościoła czy też, że Polska winna wnieść do Unii wartości
chrześcijańskie. O apostolskiej misji mówił także tuż przed brukselską wizytą
naszego Episkopatu w 1997 r. biskup Tadeusz Pieronek (znany orędownik UE): "Kościół
będzie dążył do przywrócenia Europie chrześcijańskiej świadomości, która stanowiła
i może stanowić nadal ducha Europy, o którego upominają się dzisiaj jej przywódcy".
Podobnie o specjalnej misji ewnagelizacyjnej polskich katolików wśród zlaicyzowanej
"Piętnastki" wypowiadają się inni hierarchowie, chociażby wspomniany już
abp. Życiński.
Ale przecież do prowadzenia tej zaszczytnej działalności nie potrzeba wcale, by Polska
stała się członkiem Unii. Kościół może swobodnie organizować w krajach Europy
Zachodniej pracę ewangelizacyjną (polscy duszpasterze robią to zresztą wyśmienicie),
a warunkiem do jej prowadzenia nie jest chyba obowiązek uprawiania europropagandy na
terenie Polski. Przecież tzw. klauzula kościelna zawarta w Akcie Końcowym Traktatu
Amsterdamskiego (1997) stanowi, że "Unia Europejska przestrzega oraz nie narusza
statusu, jakim cieszą się Kościoły i wspólnoty religijne w państwach członkowskich
zgodnie z odpowiednimi przepisami prawnymi".
Czy dzięki politycznej obecności Polski w UE działalność ewangelizacyjna Kościoła
na terenie Europy się poprawi? A co ma wspólnego jedno z drugim? - można odpowiedzieć
pytaniem na pytanie. Dla mądrych przecież hierarchów polskiego Kościoła nie jest
chyba problemem - w przeciwieństwie do wielu naszych zakompleksionych polityków-snobów
- sytuacja, że księża czy siostry zakonne muszą dziś stać na europejskich przejściach
granicznych w kolejkach dla "non-EU citizens". Przecież mają Chrystusa w
sercu. A to wystarczy.
Najwyzszy Czas nr 48/2001