2002-12-17
W godzinie prawdy
Stanislaw Michalkiewicz
Targają mną mieszane uczucia, bo z jednej strony przyjemnie jest przekonać się o prawdziwości tego, w co się wierzy, ale z drugiej znowu, przykro patrzeć, jak ta prawda objawia się w co najmniej upokorzeniu własnej ojczyzny. Mam oczywiście na myśli gorączkową lataninę pana premiera Leszka Millera, którą lizusowskie media usłużnie nazywają "ofensywą dyplomatyczną".
Kiedy zatem zbliżyła się godzina prawdy i wyszło na jaw, że Polska została w negocjacjach z Unią Europejską przecwelowana, rzucono się rozpaczliwie do ratowania przynajmniej pozorów. Kołem ratunkowym stały się tzw. propozycje duńskie. Sytuacji Polski propozycje te w niczym, ma się rozumieć, już nie zmieniają. To tylko taka ostatnia deska ratunku reputacji pana premiera Millera i całej zgrai "negocjatorów". Ta propozycja duńska jest oczywiście równie szalbiercza, jak i poprzednie, bo np. w drodze wielkiej łaski pozwala Polsce przekupywać własnych chłopów pieniędzmi z własnego budżetu, ale nie o to chodzi. Rzecz w tym, że nawet na taką szalbierczą propozycję nie chcą już zgodzić się ani Niemcy, ani Francja.
Francuski prezydent Jakub Chirac potraktował, zdaje się, nader ozięble pana prezydenta Kwaśniewskiego, kiedy ten próbował perswadować mu, co Francja "powinna" zrobić. Już sam pomysł, żeby do Francji z taką misją jechał akurat pan prezydent Kwaśniewski, świadczy o braku elementarnego rozeznania w naszym Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Jak ktoś chce uchodzić za faworyta prezydenta Busha, to niech nie próbuje niczego załatwiać we Francji, jeśli nie jest to zakup szampana za gotówkę. Nie dadzą mu nawet szklanki wody. Jeśli pan min. Cimoszewicz tego nie wie, to może rzeczywiście powinien zająć się jakimiś mniej odpowiedzialnymi obowiązkami?
Ale nawet gdyby pan prezydent Kwaśniewski nie pragnął uchodzić za "duszeńkę" prezydenta Busha, to i tak nie miałby większych szans w Paryżu. Znałem w swoim czasie słynnego zamojskiego AK-owca, pana Tadeusza Kuncewicza, ps. "Podkowa". Odsiedział on w lochach swoje po wojnie, ale nawet i po odsiadce UB nie przestało go nękać i podchodzić. Pewnego razu zgłosił się do niego jakiś ubowniczek młody, niby to zafascynowany Armią Krajową i w ogóle, słowem - widać było, że za wszelką cenę chce się naszemu "Podkowie" podlizać. Ale pan Kuncewicz swoimi kanałami szybko spenetrował prawdę i przy najbliższym spotkaniu wygarnął mu franchement: "I ty, zasrańcu, myślałeś sobie, że nawiążesz ze mną łączność?!". Pamiętam dziś jeszcze, jak "Podkowa" trząsł się z oburzenia, kiedy o tym opowiadał. Pan prezydent Kwaśniewski pewnie tej opowieści nie słyszał, ale może i szkoda, bo oszczędziłoby mu to wielu rozczarowań w Paryżu. W Paryżu bowiem Polska jest ważna o tyle, o ile można akurat sprzedać ją dobrze Rosji albo jej kosztem zrobić jakąś psotę Niemcom. Do niczego innego Polska nie jest Francji potrzebna. Francuzi, to zupełnie inna sprawa. Francuzom Polska jest potrzebna, żeby z czystym sumieniem mieli komu współczuć: Ah, pauvre Pologne! Ah, pauvres Polonais! Żeby jednak Francuzi mogli nam współczuć, to muszą mieć jakiś powód do współczucia. Jak nie ma innych powodów, to wystarczy i taki, że Niemcy do spółki z Francją Polskę przecwelują. Jak to mówią, dobra psu i mucha, n'est ce pas? Pan prezydent najwyraźniej nie zdawał sobie z tego wszystkiego sprawy i dopuścił sobie do głowy, że może do Jakuba Chiraca przemawiać, jak prezydent do prezydenta. Wyobrażam sobie, jak prezydenta Chiraca musiała zdumieć taka zuchwałość. No cóż, można oczywiście powiedzieć, że pan prezydent Kwaśniewski sam jest sobie winien, ale z drugiej strony jednak to przykre, bo bądź co bądź jest on jednak polskim królem.
Tymczasem pan premier Miller obrał inną strategię kiwania palcem w bucie. Postanowił latać po Europie mniej więcej na tej samej zasadzie, jak inni ludzie w chwilach zdenerwowania i bezradności dużo, i zachłannie jedzą. Odnosi, ma się rozumieć, same sukcesy. A to duńską propozycję poparł hiszpański premier Aznar, a to włoski premier Berlusconi... Jak śpiewał Kazimierz Krukowski, duńską propozycję poparł "i pan Lindenfeld, i pan Findengeld i pan Biberglanc, i pan Rosenkranz, i pan Apfelbaum, i pan Tenenbaum" - i wszyscy inni panowie. Cóż jednak z tego, skoro duńskiej propozycji nie chce poprzeć pan Gerard Schröder, który ewentualnie miałby ją sfinansować?
A tu 13 grudnia zbliża się nieubłaganie, a z nim - godzina prawdy. Rysują się zatem dwie możliwości. Pierwsza, o której pisałem już w "NCz!" kilka miesięcy temu, że kanclerz Schröder i prezydent Chirac pójdą na rękę tubylczemu premierowi. Stąd duńska propozycja, niby takie koło ratunkowe, a w istocie - szalbierstwo. Polscy dygnitarze muszą jednak brać to szalbierstwo na serio, bo nie mają innego wyjścia, chcąc zachować pozory przed polską opinią publiczną. Tedy i Francja, i Niemcy do ostatniej chwili będą oponować, aż wreszcie łaskawie się "zgodzą" i nie będą protestować, gdy polscy mężowie stanu będą nadymać się z powodu sukcesu swojej "dyplomacji". To jest scenariusz optymistyczny, pozwalający na zachowanie pozorów i ochronienie Polski przed zbyt ostentacyjnym upokorzeniem.
Jest jednak i druga możliwość, że Niemcy naprawdę nie zamierzają już się z Polską cackać. Skoro wpompowały już tyle pieniędzy w Unię Europejską, skoro tak rozbudowały w Polsce niemiecką agenturę, to nie widzą powodów, by jeszcze przejmować się reputacjami jakichś tam mężyków stanu. Jeśli pogrążą się w opinii własnego społeczeństwa, to tym lepiej, bo to może pogrążyć i Polskę w politycznym chaosie, a pogrążona w chaosie Polska prędzej skruszeje, więc będzie łatwiejsza do strawienia. Jeśli tak, to kanclerz Schröder jeszcze na koniec nie zawaha się, na oczach całej Europy, przecwelować swego samozwańczego "przyjaciela". Powiedzmy sobie szczerze, że nie trafi na niewinnego, bo pan Leszek Miller też cwelował maluczkich w czasach dobrego fartu. "Nie znałeś litości panie i my nie znajmy litości" - wzywa Poeta. Mimo to jednak targają mną mieszane uczucia, bo z jednej strony przyjemnie jest przekonać się o prawdziwości ewangelicznej przestrogi, że kto mieczem wojuje, od miecza ginie, ale z drugiej strony, jednak przykro pomyśleć, że ten miecz może zadać śmiertelną ranę naszej własnej ojczyźnie.
Najwyzszy Czas