2002-05-31
Tadeusz Mazowiecki: Oportunista - autorytet moralny inaczej
Romuald Bury
Oportunista, przez dwie kadencje (1961-1970) poseł na Sejm
PRL z nominacji Zenona Kliszki, na skutek odpowiedniej propagandy stał się
"autorytetem moralnym", kreowanym na współtwórcę Polski niepodległej.
Z okazji 75-tej rocznicy urodzin Tadeusza
Mazowieckiego Andrzej Romanowski (redaktor "Tygodnika Powszechnego") w
hagiograficznym artykule zamieszczonym w "Gazecie Wyborczej" (18 kwietnia tego
roku) przedstawił go jako bohatera narodowego: "dokonał przecież Mazowiecki
wyczynów niebywałych. Po pierwsze, odebrał władzę komunistom. Po drugie, uczynił
to bez jednej wybitej szyby. Po trzecie, do dekomunizacji zaprzągł samych
komunistów". Nic, tylko przecierać oczy ze zdumienia...
Założyciel
PAX-u
Urodzony w 1927 roku, milczy o swej działalności w okresie
okupacji. Nie przedstawia się też jako "kombatant", choć młodsi od niego
walczyli z bronią w ręku. Wypłynął dopiero w 1946 roku, gdy jako student znalazł
się wśród założycieli prokomunistycznej organizacji "Dziś i Jutro", z której
wyłoniło się Stowarzyszenie PAX Bolesława Piaseckiego.
Wbrew obiegowej opinii
nie ukończył studiów wyższych. Zamiast prawa wybrał bowiem polityczne
dziennikarstwo, co w okresie stalinowskim oznaczało faktyczną kolaborację z
reżimem. Został szybko doceniony: w 1953 roku, w wieku zaledwie 26 lat został
naczelnym redaktorem "Wrocławskiego Tygodnika Katolickiego". Dodajmy, że
katolicki to był on tylko z nazwy...
Wyznanie stalinowskiego
dziennikarza
W numerze 17 "WTK" (z 20 grudnia 1953) Mazowiecki
zaprezentował skrajnie wysoką samoocenę swej postawy (i ówczesnego środowiska,
które współtworzył) i zaangażowania w stalinizm: "nie handlujemy naszą postawą,
ale rządzi nami zasada przekonania. Jest ona twarda i bezwzględna. Nie pozwala
wydrukować ani jednego słowa, które nie płynie z przekonania, ale równocześnie
nie pozwala - gestem strusia chować głowy w piasek - wtedy, gdy to, co płynie z
przekonania nakazuje zabierać głos w sprawach trudnych i nieraz drażliwych".
Z partią, przeciw Kościołowi
Jest to przykład wyjątkowego
cynizmu - wszak zaledwie trzy miesiące wcześniej Mazowiecki "z całym
przekonaniem" zabrał głos w sprawie "trudnej i drażliwej". Chodzi o wyjątkowo
perfidnie sfingowany przez komunistów proces biskupa Czesława Kaczmarka,
ordynariusza kieleckiego, oskarżonego między innymi o kierowanie "ośrodkiem
antypaństwowym i antyludowym", o współpracę z Niemcami, o to, że był
zwolennikiem faszyzmu. Biskup został skazany na 12 lat więzienia. Choć dla
wszystkich było oczywiste, jak władza ludowa traktuje podejrzanych i
aresztowanych, Tadeusz Mazowiecki (przypomnijmy: niedoszły prawnik) -
wątpliwości nie miał. Na łamach "WTK" opublikował swoje wnioski, płynące z tego
sfingowanego od początku do końca procesu, które - jak to się dziwnie złożyło -
były wyjątkowo zgodne z wnioskami resortu bezpieczeństwa, owego "bijącego serca
partii". Nie były to wnioski człowieka uważającego, że komunizm jest epoką
przejściową i zbrodniczą. Przeciwnie - Mazowiecki tak bowiem wówczas pisał:
"Wierzymy bowiem najgłębiej, że nawet najbardziej bolesne i tragiczne pomyłki
nie mogą zmienić faktu, iż przyszłość należy do ustroju społecznego, w którym
żyjemy (...)". Nie trzeba dodawać, że panował wówczas komunizm i to w
najstraszniejszej, stalinowskiej odmianie.
Uciec...
niedaleko
W grudniu 1955 roku, na fali potężniejącej politycznej
odwilży, Mazowiecki wykonał woltę - wystąpił z PAX-u. Dziś moglibyśmy to nazwać
"ucieczką do przodu". Zaledwie rok później ta instytucja była powszechnie
potępiana za wyjątkowo mocne zaangażowanie się w stalinizm, ale nasz bohater
mógł już powiedzieć: "co złego, to nie ja".
Wkrótce też znalazł sobie nowe
środowisko, które wcale nie było takie nowe - "frondyści" z PAX-u znaleźli
protekcję w jednej z frakcji PZPR i uzyskali możliwość równoległego działania ze
swymi niedawnymi kolegami. Tak powstało środowisko "Więzi", które wkrótce
uzyskało też możliwość fasadowego działania w komunistycznym sejmie (jako Koło
Znak). Mazowiecki otrzymał poselską posadę w 1961 roku. Tak, posadę, albowiem
mówienie o jakichkolwiek wyborach w tamtych czasach, w których posłów wyznaczał
Zenon Kliszko, zaufany towarzysz Władysława Gomułki, byłoby kpiną. Nawet w
ugodowym środowisku Znaku uchodził za jeszcze bardziej lewicowego, niż reszta
jego członków.
"Spisane będą czyny i rozmowy"
W sejmie
Mazowiecki zasiadał 10 lat (1961-1971). Warto przypomnieć także jego ówczesne
zaangażowanie w budowę PRL-u z tamtego okresu. Jest ono niezwykle rzadko
przypominane, przez co powstaje wrażenie, że miał on na swym koncie jedynie
stalinowski "epizod"! W latach 60-tych dbał między innymi, aby szkoły w PRL
wychowywały młodzież w odpowiednim duchu: "współczesna szkoła nie może
abstrahować od dorobku myśli marksistowskiej w dziedzinie nauk społecznych"
(przemówienie w sejmie, 1961).
Jako "postępowy katolik" gdzieś musiał czerpać
inspirację dla swojej postawy i swych działań. Nie mogła ona jednak płynąć z
"reakcyjnego" przecież Watykanu, czy też z kręgów księdza prymasa Wyszyńskiego,
uznawanego za przedstawiciela "ciemnogrodu". Mazowiecki znalazł więc natchnienie
gdzie indziej - ujawnił to w przemówieniu sejmowym 7 grudnia 1964 roku: "Myślę
przede wszystkim o notatkach Togliattiego, a także w pewnej mierze o artykule
radzieckiego czasopisma ŤKommunistť o przeobrażeniach w katolicyzmie, gdzie
zawarte były również częściowo nowe akcenty. Jest rzeczą zrozumiałą, że
dokumenty Togliattiego, a także wszystkie inne symptomy głębokiego ujmowania
świadomości religijnej, nie mogą ujść uwadze chrześcijan, zwłaszcza tych, którzy
swe zaangażowanie w socjalizm czerpią z pobudek ideowych". Togliatti był
przywódcą włoskich komunistów i działaczem Komuninternu.
Ze Związkiem
Sowieckim "na wsiegda"...
Mazowiecki nie ukrywał, że widzi rolę
Polski w świecie - jako wasala Związku Sowieckiego. W wystąpieniu sejmowym w
1967 roku stwierdził bowiem: "Polska w trwały sposób określiła swoje miejsce na
mapie politycznej współczesnego świata." Rok później posunął się jeszcze dalej,
twierdząc bez ogródek: "Zasadą ustrojową jest w Polsce socjalistycznej
założenie, że kierownictwo polityczne sprawuje Polska Zjednoczona Partia
Robotnicza. Na uznaniu tej zasady i my opieramy swą działalność." Nie
pozostawiał swym słuchaczom żadnych złudzeń - "nie stawiamy też na erozję
socjalizmu".
Nic dziwnego, że środowisko "Więzi" i "Znaku" szybko znalazło
wspólny język z ludźmi nie tylko odległymi od wartości katolickich, lecz nawet
im wrogimi. Wspomniany hagiograf z "Gazety Wyborczej" ujął to dialektycznie:
"katolickich redaktorów oraz indyferentnych wyznaniowo współpracowników dzielił
wprawdzie światopogląd, ale łączyła wspólnota wartości, wśród których poczesne
miejsce zajmowały wartości tradycyjnie łączone z etosem lewicy. Wszystkich zaś -
co charakterystyczne - łączyła niechęć do katolicyzmu ludowego, obrzędowego,
wyznawanego w sposób bezrefleksyjny".
To ostatnie stwierdzenie jest bardzo
charakterystyczne - istniało zatem coś, co łączyło nieco zbuntowanych marksistów
z nieco zbuntowanymi katolikami. Była to wspólna niechęć do... katolicyzmu
ludowego. A przecież Ewangelie nie wyszły spod piór "katolików postępowych",
lecz, oceniając rzecz w tych kategoriach, były dziełem właśnie chrześcijan jak
najbardziej "ludowych".
Trochę opozycji nie zaszkodzi
Pod
koniec lat 70-tych Mazowiecki zaangażował się w działalność środowiska, które
samo przyjęło dla siebie nazwę "opozycji demokratycznej". Nazwa ta miała
odróżniać je od "opozycji niepodległościowej", która głosiła hasła bardziej
konkretne i radykalne - odzyskania przez Polskę niepodległości przez wyrwanie
się spod sowieckiej kurateli.
W okresie "Solidarności" Mazowiecki zaczynał
jako "przewodniczący komisji ekspertów" w Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym
w Gdańsku. W marcu 1981 został redaktorem naczelnym "Tygodnika Solidarność". W
skład redakcji weszli także ludzie jeszcze bardziej zasłużeni dla budowy
socjalizmu w Polsce, niż on sam - jak na przykład pułkownik Artur Hajnicz z
Informacji Wojskowej.
Internowanie po 13 grudnia 1981 roku uwiarygodniło
Mazowieckiego całkowicie i zostało świetnie wykorzystane propagandowo - wszak w
ten sposób jego poprzedni życiorys polityczny mógł pójść w
niepamięć...
Premier, prawie prezydent
W 1989 roku
Mazowiecki odniósł największy życiowy sukces: w wyniku porozumień z komunistami
przy "okrągłym stole" został premierem. Wychodzące w Londynie żydowskie pismo
"The Jewish Chronicle" (z 22 września 1989 roku) w artykule "Polski premier
mówi: opłakuję holokaust" zauważyło: "są niepotwierdzone wiadomości, że
prożydowskie zapatrywania pana Mazowieckiego oparte są na fakcie, iż jest on
Żydem z pochodzenia". W sprawę wyjaśniania (!) jego pochodzenia zaangażowały się
nawet kręgi kościelne, co nie mogło mieć miejsca bez wiedzy i zgody samego
zainteresowanego.
Lewicowa propaganda zrobiła swoje, przedstawiając go jako
"pierwszego niekomunistycznego premiera niekomunistycznego rządu". Zapomniano
przy tym, że w jego rządzie generał Czesław Kiszczak był wicepremierem i
ministrem spraw wewnętrznych i że to on rozdawał karty przy "okrągłym stole".
Zresztą nie był to jedyny komunista w jego rządzie.
W pamięci z tamtego
okresu nie utrwaliła się jakoś wyjątkowa niechęć Mazowieckiego do wycofania
Polski z Układu Warszawskiego, wycofania wojsk sowieckich, czy wystąpienia z
RWPG.
Dla komuny - "gruba kreska"!
Na jego nieszczęście
jest on jednak kojarzony jako autor "grubej kreski" - rozumianej przez
społeczeństwo jako odpuszczenie win komunistom i zalegalizowanie dokonanej przez
nich grabieży majątku narodowego pod hasłem "uwłaszczenia". To z tego głównie
powodu przegrał sromotnie wybory prezydenckie w 1990 roku (nie tylko z Lechem
Wałęsą, ale też z nikomu nie znanym Stanisławem Tymińskim z Kanady).
Z
wyborami prezydenckimi wiąże się kolejny, kompromitujący go epizod - wyszło
mianowicie na jaw, że nie posiada wyższego wykształcenia, choć taki status
wykształcenia oficjalnie podawał. W wydanym z tej okazji oświadczeniu Mazowiecki
oficjalnie zaprzeczył, że kiedykolwiek tak twierdził. Wystarczy jednakże zajrzeć
choćby do przewodnika "Kto jest kim w Polsce" (do którego biogramy dostarczali
przecież sami zainteresowani), aby złapać go na kłamstwie.
Aby pozostać
dalej na scenie politycznej, stanął na czele nowej partii politycznej - Unii
Demokratycznej, zwanej powszechnie "udecją", która po kilku latach przeobraziła
się w Unię Wolności (stąd popularna nazwa jej członków: "uwole"). Po kilku
latach, w 1995 roku, przegrał wybory na jej przewodniczącego z Leszkiem
Balcerowiczem.
Nie zniknął jednak całkiem z polityki: w 1997 roku doprowadził
do poparcia przez UW projektu konstytucji, przygotowanego przez Aleksandra
Kwaśniewskiego. Przypomnijmy, że konstytucja ta przewiduje zrzeczenie się przez
Polskę części suwerenności na rzecz struktur ponadnarodowych.
Odnotujmy, że
był też specjalnym wysłannikiem Komisji Praw Człowieka ONZ w Bośni, jednakże
specjalnej kariery w świecie nie zrobił.
Do Europy, ale...
jak?
Ostatnio zaangażował się z całych sił w działalność na rzecz
włączenia Polski do UE. Podczas hucznie obchodzonych "Dni Europejskich" 11 maja
Mazowiecki otwierał konferencję pod szumną nazwą: "Wobec przyszłości". Odbyła
się ona, a jakże, w luksusowym warszawskim hotelu Sheraton, a jej uczestnikami
byli przedstawiciele organizacji proeuropejskich. Zwracając się do nich,
Mazowiecki oświadczył: "Idziemy do Unii Europejskiej pod biało-czerwoną flagą.
Nie dajmy sobie tej symboliki odebrać przeciwnikom integracji. Patriotyzm i
obecność europejska nie są przeciwstawne". To "intelektualne" odkrycie
Mazowieckiego świadczy, że euroentuzjaści będą się teraz bardziej odwoływać do
emocji i tradycyjnych wartości. To nic, że przez dziesiątki lat były one dla
nich całkiem obce. Cel uświęca środki...
Polskie Jutro