ADAM MICHNIK - od (euro)komunizmu do europropagandy
Romuald Bury
Fot.
Archiwum Adam Michnik podczas suto zakrapianych spotkań w Magdalence w
1989 roku.
Mało jest postaci we współczesnej Polsce
tak kontrowersyjnych i tak różnie ocenianych. Podczas gdy elity i media
rozpływają się wprost nad Adamem Michnikiem, jako "moralnym autorytetem" i
"sumieniem narodu", jego wysiłki wprzęgnięcia nas do współpracy nad tak zwanym
historycznym kompromisem - czyli stworzenia jednego obozu politycznego z sił
"proreformatorskich", czyli opozycyjnych wobec rządów sprzed 1989 roku oraz
części byłej PZPR - idą, jak dotąd, na marne. Ponadto, jako jeden z czołowych w
neo-PRL publicystów politycznych i szef największej w Europie
Środkowo-Wschodniej gazety codziennej pracuje usilnie nad tym, aby Polska
znalazła się w Unii Europejskiej na warunkach nam narzuconych. W tym zakresie
jego osiągnięcia są, niestety, większe.
Zapowiedzią takich zamiarów
było jego bratanie się z notablami partii komunistycznej (oraz zaciekła obrona
funkcjonariuszy PZPR przed "zoologicznym antykomunizmem"), wspólne publikacje
(jak choćby z Włodzimierzem Cimoszewiczem na łamach "Gazety Wyborczej"),
wściekłość w związku z próbą przeprowadzenia lustracji, czy prób osądzenia
przywódców rządzącego do 1989 roku reżimu.
Życiorys zmienny
jest
Adam Michnik ma wiele twarzy i kilka życiorysów. Zależnie od
sytuacji (a często i miejsca), podkreśla te elementy swego pochodzenia czy
życiorysu, które są akurat najbardziej przydatne. Dlatego warto przypomnieć
choćby podstawowe elementy jego biografii. Urodził się w 1946 roku, w okresie
"utrwalania władzy ludowej" w Polsce, w rodzinie żydowskich komunistów. Jego
ojciec, Ozjasz Szechter, był przed wojną jednym z przywódców tajnej
Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. Była to organizacja zdelegalizowana w
II RP, z racji jej całkowitego podporządkowania komunistom sowieckim.
Funkcjonariusze tej partii (zwani po sowiecku "funkami"), byli opłacani przez
NKWD i zajmowali się przede wszystkim zwalczaniem instytucji państwowych, w tym
drogą zbrojnej przemocy. Ozjasz Szechter odbył przed wojną kilkuletni wyrok
więzienia, za działalność przeciwko suwerenności i niepodległości RP. Podczas
tak zwanego "procesu łuckiego" (nazwa wzięła się od miejscowości Łuck) załamał
się i sypał współtowarzyszy, tłumacząc to rzekomymi torturami w śledztwie. Gdy
później wyszło na jaw, że nic takiego nie miało miejsca, nie zrobił już
znaczącej kariery w Polsce Ludowej. Ale - nie został całkiem odrzucony.
Mieszkanie "dostał" w Alei Przyjaciół (w czasie okupacji była to dzielnica tylko
dla Niemców, po wojnie - dla nowych okupantów, czyli komunistów).
Grunt to rodzinka...
Po latach Adami Michnik napisał o nim
kłamliwie: Mój ojciec był bardzo znanym działaczem komunistycznej partii
przed wojną, siedział osiem lat w więzieniu. Po wojnie nie odgrywał żadnej roli.
Nie odgrywał, bo nie chciał jej odgrywać. Prawda była jednak inna: nie
odgrywał, bo towarzysze partyjni wyznaczyli mu inną, skromniejszą rolę -
redaktora partyjnej politgramoty w partyjnym wydawnictwie. Syn przypisywał mu
przemożny wpływ na jego światopogląd, usiłując go... odkomunizować: miał on
poglądy straszliwie antyreżimowe, antysowieckie, a w związku z tym także
antykomunistyczne, choć on tego tak nie nazywał. (...) I w gruncie rzeczy
pierwsze moje rozmowy z ojcem i pierwsze wtajemniczenia stanowiły niezwykle
mocny zastrzyk myślenia antyreżimowego. Oto cały Adam Michnik - innym razem
wyznał bowiem, coś zupełnie innego: należałem do komunistów w
sześćdziesiątych latach. Uważałem, że komunistyczna Polska to moja Polska.
Cały ten zamęt był mu potrzebny, aby zatrzeć ślady ideowego pochodzenia. A
było co zacierać, bo nie tylko Ozjasz Szechter przeszedł do historii
PRL. Starszy brat Adama, Stefan, został (po krótkich, przyuczających kursach)
sędzią wojskowym. Jako sędzia Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie i sędzia
Najwyższego Sądu Wojskowego na przełomie lat 40-tych i 50-tych orzekał w
kilkudziesięciu sprawach politycznych, w których zapadły kary śmierci. Większość
z nich została wykonana. Zwycięscy komuniści usuwali w ten sposób polskie elity,
aby zrobić miejsce dla siebie... Adam tłumaczy jego postępowanie następująco:
kiedy zapadały najgorsze wyroki, Stefan był dwudziestoparoletnim człowiekiem,
który niewiele rozumiał z tego, co się działo. Jest to tłumaczenie wyjątkowo
cyniczne, bowiem człowiek w tym wieku dobrze wie, co robi i dlaczego. Tym
bardziej, że Stefan napisał o sobie wyraźnie, że jako członek PPR chciał być
jednym z tych, którzy będą realizować dyktaturę proletariatu. I ją
realizował. Po 1968 roku znalazł się w Szwecji (jak wielu byłych oficerów
Urzędów Bezpieczeństwa, Informacji Wojskowej i stalinowskiego aparatu ścigania)
a jego ekstradycja, w celu osądzenia zbrodni sądowych, nie wchodzi w grę. Ich
matka, Helena Michnik, była nauczycielką w sowieckich szkołach średnich a po
wojnie, już w Polsce Ludowej - w Korpusie Kadetów Korpusu Bezpieczeństwa
Wewnętrznego - formacji wojskowej UB, utworzonej na wzór Wojsk Wewnętrznych
NKWD. Nic dziwnego, że swego czasu Adam Michnik określił swe środowisko
wyjątkowo szczerze: środowiskiem, z którego pochodzę, jest liberalna
żydokomuna. Jest to żydokomuna w sensie ścisłym, bo moi rodzice wywodzili się ze
środowisk żydowskich i byli przed wojną komunistami. Być komunistą znaczyło
wtedy coś więcej niż przynależność do partii - to oznaczało przynależność do
pewnego języka, do pewnej kultury, fobii, namiętności. Dziś to wszystko
traci znaczenie - jeśli nie ma lustracji, dekomunizacji i powrotu do
normalności, takie cechy środowiskowe, jakie reprezentuje Adam Michnik, mogą być
nawet zaletą... W 1990 roku przyniosło to odpowiednie efekty: Adam Michnik
odebrał z rąk nowojorskich rabinów tytuł: "Żyd Roku".
Efekt późnego
urodzenia
Jego szczęściem był fakt, że urodził się na tyle późno, iż
nie zdążył zapisać się i działać w PZPR. Już pod koniec lat 60-tych nastąpił
bowiem w partii komunistycznej wyraźny podział, który doprowadził do wydarzeń
marcowych w 1968 roku. Doszło do słynnej "wojny na górze", czyli do konfliktu
dwóch frakcji partyjnych: "Chamów" i "Żydów", z którego ci ostatni wyszli
znacznie osłabieni. On sam zaś otrzymał wyrok więzienia, który w naturalny
sposób uwiarygodnił jego "antykomunizm". W połowie lat 70-tych Adam Michnik
jest już czynny w środowiskach opozycyjnych wobec PZPR. Po utworzeniu KOR-u jest
w nim - obok Jacka Kuronia - jedną z najważniejszych postaci. To wtedy formułuje
on słynną tezę, ze należy sprzęc trzy główne siły: robotników, intelektualistów
i Kościół. Później się wycofuje, ale tylko z jej głoszenia. Powstanie NSZZ
"Solidarność" dało KOR-owi zupełnie inne możliwości działania - jako doradcy,
działacze "opozycji demokratycznej" o głośnych już nazwiskach, rozpoczęli
firmowanie tego ogromnego ruchu społecznego na zewnątrz. I uzyskali ogromny
wpływ na jego działalność. W stanie wojennym Michnik był internowany i
otrzymał kolejny wyrok więzienia. W tym czasie pracuje on usilnie nad zbliżeniem
z kręgami lewicowych (czasem wręcz "reżimowych" - z okresu stalinowskiego i
gomułkowskiego) katolików.
Entuzjasta "okrągłego
stołu"
Obrady "okrągłego stołu" w 1989 roku to triumf wizji KOR-u.
Dochodzi do takich przekształceń w państwie, które nie naruszają substancji
organizacyjnej i materialnej partii komunistycznej, sprawującej nieprzerwanie
władzę w Polsce od 1944 roku, a jednocześnie dysydenci uzyskują dostęp do elit
władzy. Symboliczne spotkania w Magdalence i picie wódki z generałem Kiszczakiem
(który obok gen. Jaruzelskiego był przecież negatywnym symbolem stanu wojennego)
kończyły etap historii Polski w postaci PRL. Wtedy zaczął się etap "nowy" -
neo-PRL: z Kiszczakiem jako wicepremierem i Jaruzelskim jako prezydentem. Po to
były te zmiany? W sejmie po okrągłym stole" Michnik zostaje posłem - o dziwo,
z okręgu katowickiego, choć nie miał nic wspólnego z problemami Górnego Śląska.
Wówczas jednak zdjęcie z Lechem Wałęsą dawało przepustkę do historii.
Równolegle, od "okrągłego stołu", KOR-owska część opozycji przystępuje do budowy
swojego imperium medialnego. Jego symbolem staje się gazeta, nazwana
prozaicznie: "Gazeta Wyborcza Solidarności", która miała służyć całej opozycji
(kto to dziś pamięta...). Z czasem, po zgubieniu (na żądanie Wałęsy) ostatniego
członu nazwy, została "Gazeta Wyborcza" i już nie całej opozycji. Jej redaktorem
naczelnym od początku jest Adam Michnik. Broni on konsekwentnie i z pasją
Wojciecha Jaruzelskiego (z którym pije bruderszaft i przechodzi na "ty") a także
Czesława Kiszczaka - reprezentanta resorów siłowych PRL, ostatniego super-ubeka,
byłego oficera Informacji Wojskowej, który osobiście w śledztwach torturował
ludzi. Dla komunistów Michnik zresztą zawsze miał serce. Często bowiem stosuje
argument: najświatlejsze umysły na Zachodzie popierały komunizm (nie do
końca zresztą prawdziwy), jakby to coś zmieniało w ocenie tej zbrodniczej
formacji.
Pośpiesznie do UE
Michnik ze swą "Gazetą
Wyborczą" od początku niezwykle aktywnie włączył się w budowanie sił
proeuropejskich. Oczywiście, dla naszego dobra: w tym celu współpracuje aktywnie
z Aleksandrem Kwaśniewskim i popiera go, jako szczególnie aktywnego na tym polu.
Poparł SLD-owską koncepcję konstytucji. Wspólnie z SLD w 1992 roku dramatyzował
nad "zoologiczną nienawiścią" środowisk prawicowych, które doprowadziły do
uchwały lustracyjnej i łaskawie udzielił swych łamów Lesławowi Maleszce, który
od początku niezwykle emocjonalnie zwalczał tę ideę (jak się z czasem okazało,
Maleszka sam był.. .agentem SB). Dekomunizacja Polski, byłaby, według Michnika,
nieszczęściem i rozpętaniem nienawiści - ale czymże byłoby odstąpienie od
denazyfikacji? Wszak komunizm ma na koncie nieporównanie więcej
ofiar. Obecnie, w ostatniej fazie negocjacji z UE, Michnik i jego gazeta
najwięcej wysiłku wkładają w europropagandę. Nie ma takiego numeru "Gazety
Wyborczej", w którym nie ukazałyby się artykuły, informacje i analizy z tego
zakresu. Wszystko jest podporządkowane jednemu celowi - wejściu Polski do UE na
takich warunkach, jakie nam proponuje ta struktura. I wszystko jest dla nas
"dobre" i "korzystne", nawet to, co ze swej istoty takie być nie może. Dlatego
już choćby tylko z tego powodu (nachalnej europropagandy), warto być wobec tego
typu argumentów bardziej krytycznym. Można czytać każdą gazetę, z "Gazetą
Wyborczą" włącznie, ale po co zaraz bezkrytycznie powtarzać jej argumenty? Wszak
to tylko "mówienie Michnikiem". Polskie Jutro