2002-10-25
ADAM MICHNIK - od (euro)komunizmu do europropagandy

Romuald Bury

Fot. Archiwum
Adam Michnik podczas suto zakrapianych spotkań w Magdalence w 1989 roku.
Mało jest postaci we współczesnej Polsce tak kontrowersyjnych i tak różnie ocenianych. Podczas gdy elity i media rozpływają się wprost nad Adamem Michnikiem, jako "moralnym autorytetem" i "sumieniem narodu", jego wysiłki wprzęgnięcia nas do współpracy nad tak zwanym historycznym kompromisem - czyli stworzenia jednego obozu politycznego z sił "proreformatorskich", czyli opozycyjnych wobec rządów sprzed 1989 roku oraz części byłej PZPR - idą, jak dotąd, na marne. Ponadto, jako jeden z czołowych w neo-PRL publicystów politycznych i szef największej w Europie Środkowo-Wschodniej gazety codziennej pracuje usilnie nad tym, aby Polska znalazła się w Unii Europejskiej na warunkach nam narzuconych. W tym zakresie jego osiągnięcia są, niestety, większe.

Zapowiedzią takich zamiarów było jego bratanie się z notablami partii komunistycznej (oraz zaciekła obrona funkcjonariuszy PZPR przed "zoologicznym antykomunizmem"), wspólne publikacje (jak choćby z Włodzimierzem Cimoszewiczem na łamach "Gazety Wyborczej"), wściekłość w związku z próbą przeprowadzenia lustracji, czy prób osądzenia przywódców rządzącego do 1989 roku reżimu.

Życiorys zmienny jest

Adam Michnik ma wiele twarzy i kilka życiorysów. Zależnie od sytuacji (a często i miejsca), podkreśla te elementy swego pochodzenia czy życiorysu, które są akurat najbardziej przydatne. Dlatego warto przypomnieć choćby podstawowe elementy jego biografii. Urodził się w 1946 roku, w okresie "utrwalania władzy ludowej" w Polsce, w rodzinie żydowskich komunistów. Jego ojciec, Ozjasz Szechter, był przed wojną jednym z przywódców tajnej Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. Była to organizacja zdelegalizowana w II RP, z racji jej całkowitego podporządkowania komunistom sowieckim. Funkcjonariusze tej partii (zwani po sowiecku "funkami"), byli opłacani przez NKWD i zajmowali się przede wszystkim zwalczaniem instytucji państwowych, w tym drogą zbrojnej przemocy.
Ozjasz Szechter odbył przed wojną kilkuletni wyrok więzienia, za działalność przeciwko suwerenności i niepodległości RP. Podczas tak zwanego "procesu łuckiego" (nazwa wzięła się od miejscowości Łuck) załamał się i sypał współtowarzyszy, tłumacząc to rzekomymi torturami w śledztwie. Gdy później wyszło na jaw, że nic takiego nie miało miejsca, nie zrobił już znaczącej kariery w Polsce Ludowej. Ale - nie został całkiem odrzucony. Mieszkanie "dostał" w Alei Przyjaciół (w czasie okupacji była to dzielnica tylko dla Niemców, po wojnie - dla nowych okupantów, czyli komunistów).

Grunt to rodzinka...

Po latach Adami Michnik napisał o nim kłamliwie: Mój ojciec był bardzo znanym działaczem komunistycznej partii przed wojną, siedział osiem lat w więzieniu. Po wojnie nie odgrywał żadnej roli. Nie odgrywał, bo nie chciał jej odgrywać. Prawda była jednak inna: nie odgrywał, bo towarzysze partyjni wyznaczyli mu inną, skromniejszą rolę - redaktora partyjnej politgramoty w partyjnym wydawnictwie. Syn przypisywał mu przemożny wpływ na jego światopogląd, usiłując go... odkomunizować: miał on poglądy straszliwie antyreżimowe, antysowieckie, a w związku z tym także antykomunistyczne, choć on tego tak nie nazywał. (...) I w gruncie rzeczy pierwsze moje rozmowy z ojcem i pierwsze wtajemniczenia stanowiły niezwykle mocny zastrzyk myślenia antyreżimowego. Oto cały Adam Michnik - innym razem wyznał bowiem, coś zupełnie innego: należałem do komunistów w sześćdziesiątych latach. Uważałem, że komunistyczna Polska to moja Polska. Cały ten zamęt był mu potrzebny, aby zatrzeć ślady ideowego pochodzenia. A było co zacierać, bo nie tylko Ozjasz Szechter przeszedł do historii PRL.
Starszy brat Adama, Stefan, został (po krótkich, przyuczających kursach) sędzią wojskowym. Jako sędzia Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie i sędzia Najwyższego Sądu Wojskowego na przełomie lat 40-tych i 50-tych orzekał w kilkudziesięciu sprawach politycznych, w których zapadły kary śmierci. Większość z nich została wykonana. Zwycięscy komuniści usuwali w ten sposób polskie elity, aby zrobić miejsce dla siebie... Adam tłumaczy jego postępowanie następująco: kiedy zapadały najgorsze wyroki, Stefan był dwudziestoparoletnim człowiekiem, który niewiele rozumiał z tego, co się działo. Jest to tłumaczenie wyjątkowo cyniczne, bowiem człowiek w tym wieku dobrze wie, co robi i dlaczego. Tym bardziej, że Stefan napisał o sobie wyraźnie, że jako członek PPR chciał być jednym z tych, którzy będą realizować dyktaturę proletariatu. I ją realizował. Po 1968 roku znalazł się w Szwecji (jak wielu byłych oficerów Urzędów Bezpieczeństwa, Informacji Wojskowej i stalinowskiego aparatu ścigania) a jego ekstradycja, w celu osądzenia zbrodni sądowych, nie wchodzi w grę.
Ich matka, Helena Michnik, była nauczycielką w sowieckich szkołach średnich a po wojnie, już w Polsce Ludowej - w Korpusie Kadetów Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego - formacji wojskowej UB, utworzonej na wzór Wojsk Wewnętrznych NKWD.
Nic dziwnego, że swego czasu Adam Michnik określił swe środowisko wyjątkowo szczerze: środowiskiem, z którego pochodzę, jest liberalna żydokomuna. Jest to żydokomuna w sensie ścisłym, bo moi rodzice wywodzili się ze środowisk żydowskich i byli przed wojną komunistami. Być komunistą znaczyło wtedy coś więcej niż przynależność do partii - to oznaczało przynależność do pewnego języka, do pewnej kultury, fobii, namiętności. Dziś to wszystko traci znaczenie - jeśli nie ma lustracji, dekomunizacji i powrotu do normalności, takie cechy środowiskowe, jakie reprezentuje Adam Michnik, mogą być nawet zaletą... W 1990 roku przyniosło to odpowiednie efekty: Adam Michnik odebrał z rąk nowojorskich rabinów tytuł: "Żyd Roku".

Efekt późnego urodzenia

Jego szczęściem był fakt, że urodził się na tyle późno, iż nie zdążył zapisać się i działać w PZPR. Już pod koniec lat 60-tych nastąpił bowiem w partii komunistycznej wyraźny podział, który doprowadził do wydarzeń marcowych w 1968 roku. Doszło do słynnej "wojny na górze", czyli do konfliktu dwóch frakcji partyjnych: "Chamów" i "Żydów", z którego ci ostatni wyszli znacznie osłabieni. On sam zaś otrzymał wyrok więzienia, który w naturalny sposób uwiarygodnił jego "antykomunizm".
W połowie lat 70-tych Adam Michnik jest już czynny w środowiskach opozycyjnych wobec PZPR. Po utworzeniu KOR-u jest w nim - obok Jacka Kuronia - jedną z najważniejszych postaci. To wtedy formułuje on słynną tezę, ze należy sprzęc trzy główne siły: robotników, intelektualistów i Kościół. Później się wycofuje, ale tylko z jej głoszenia. Powstanie NSZZ "Solidarność" dało KOR-owi zupełnie inne możliwości działania - jako doradcy, działacze "opozycji demokratycznej" o głośnych już nazwiskach, rozpoczęli firmowanie tego ogromnego ruchu społecznego na zewnątrz. I uzyskali ogromny wpływ na jego działalność.
W stanie wojennym Michnik był internowany i otrzymał kolejny wyrok więzienia. W tym czasie pracuje on usilnie nad zbliżeniem z kręgami lewicowych (czasem wręcz "reżimowych" - z okresu stalinowskiego i gomułkowskiego) katolików.

Entuzjasta "okrągłego stołu"

Obrady "okrągłego stołu" w 1989 roku to triumf wizji KOR-u. Dochodzi do takich przekształceń w państwie, które nie naruszają substancji organizacyjnej i materialnej partii komunistycznej, sprawującej nieprzerwanie władzę w Polsce od 1944 roku, a jednocześnie dysydenci uzyskują dostęp do elit władzy. Symboliczne spotkania w Magdalence i picie wódki z generałem Kiszczakiem (który obok gen. Jaruzelskiego był przecież negatywnym symbolem stanu wojennego) kończyły etap historii Polski w postaci PRL. Wtedy zaczął się etap "nowy" - neo-PRL: z Kiszczakiem jako wicepremierem i Jaruzelskim jako prezydentem. Po to były te zmiany?
W sejmie po okrągłym stole" Michnik zostaje posłem - o dziwo, z okręgu katowickiego, choć nie miał nic wspólnego z problemami Górnego Śląska. Wówczas jednak zdjęcie z Lechem Wałęsą dawało przepustkę do historii. Równolegle, od "okrągłego stołu", KOR-owska część opozycji przystępuje do budowy swojego imperium medialnego. Jego symbolem staje się gazeta, nazwana prozaicznie: "Gazeta Wyborcza Solidarności", która miała służyć całej opozycji (kto to dziś pamięta...). Z czasem, po zgubieniu (na żądanie Wałęsy) ostatniego członu nazwy, została "Gazeta Wyborcza" i już nie całej opozycji. Jej redaktorem naczelnym od początku jest Adam Michnik.
Broni on konsekwentnie i z pasją Wojciecha Jaruzelskiego (z którym pije bruderszaft i przechodzi na "ty") a także Czesława Kiszczaka - reprezentanta resorów siłowych PRL, ostatniego super-ubeka, byłego oficera Informacji Wojskowej, który osobiście w śledztwach torturował ludzi. Dla komunistów Michnik zresztą zawsze miał serce. Często bowiem stosuje argument: najświatlejsze umysły na Zachodzie popierały komunizm (nie do końca zresztą prawdziwy), jakby to coś zmieniało w ocenie tej zbrodniczej formacji.

Pośpiesznie do UE

Michnik ze swą "Gazetą Wyborczą" od początku niezwykle aktywnie włączył się w budowanie sił proeuropejskich. Oczywiście, dla naszego dobra: w tym celu współpracuje aktywnie z Aleksandrem Kwaśniewskim i popiera go, jako szczególnie aktywnego na tym polu. Poparł SLD-owską koncepcję konstytucji. Wspólnie z SLD w 1992 roku dramatyzował nad "zoologiczną nienawiścią" środowisk prawicowych, które doprowadziły do uchwały lustracyjnej i łaskawie udzielił swych łamów Lesławowi Maleszce, który od początku niezwykle emocjonalnie zwalczał tę ideę (jak się z czasem okazało, Maleszka sam był.. .agentem SB). Dekomunizacja Polski, byłaby, według Michnika, nieszczęściem i rozpętaniem nienawiści - ale czymże byłoby odstąpienie od denazyfikacji? Wszak komunizm ma na koncie nieporównanie więcej ofiar.
Obecnie, w ostatniej fazie negocjacji z UE, Michnik i jego gazeta najwięcej wysiłku wkładają w europropagandę. Nie ma takiego numeru "Gazety Wyborczej", w którym nie ukazałyby się artykuły, informacje i analizy z tego zakresu. Wszystko jest podporządkowane jednemu celowi - wejściu Polski do UE na takich warunkach, jakie nam proponuje ta struktura. I wszystko jest dla nas "dobre" i "korzystne", nawet to, co ze swej istoty takie być nie może. Dlatego już choćby tylko z tego powodu (nachalnej europropagandy), warto być wobec tego typu argumentów bardziej krytycznym. Można czytać każdą gazetę, z "Gazetą Wyborczą" włącznie, ale po co zaraz bezkrytycznie powtarzać jej argumenty? Wszak to tylko "mówienie Michnikiem".
Polskie Jutro