2002-10-18
ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI, czyli wańka-wstańka
Romuald Bury
 fot. www.prezydent.pl |
Niezwykle giętki
charakter, aparatczyk komunistyczny, który może poszczycić się wyjątkowym
zaufaniem prezydenta USA, wysokimi notowaniami w UE, a jednocześnie nie chce
całkowicie odciąć się od swej przeszłości. Wielokrotny kłamca, szydzący z
wartości i obrzędów religijnych, któremu wszystko uchodzi na sucho. Jest jak ta
przysłowiowa wańka-wstańka, jakkolwiek się ją położy, wraca do pierwotnej
pozycji. Stąd zapewne bierze się jego wyjątkowa pewność siebie - on wie, że
wystarczyło zatańczyć w prezydenckiej kampanii wyborczej disco polo, znacznie
się odchudzić i oddać się w ręce speców od reklamy mydła i powidła, a sukces sam
przyjdzie. Niestety, miał rację. Już drugą kadencję jest prezydentem III RP -
ponad połowa tego okresu, to jego panowanie.
Takie mamy
Rzeczypospolite, jakich polityków wybieranie - trzeba byłoby powiedzieć o
okresie władzy Kwaśniewskiego. Już przedtem, zanim został prezydentem, wycisnął
na kształcie III RP swe fatalne piętno. Jego przecież dziełem jest obecna
Konstytucja, która dopuszcza zrzeczenie się części suwerenności. Przy jego
znaczącym współudziale partia komunistyczna potrafiła nie tylko przepoczwarzyć
się i przetrwać najgorszy okres, ale stać się największą siła polityczną w
kraju, która nie ma znaczącego przeciwnika.
To on nas ciągnie do UE, widząc w
kolejnej strukturze ponadnarodowej, do której wtłoczy się Polskę, szansę dla
siebie i swego macierzystego obozu politycznego.
W ślady
Bieruta
Urodził się w 1954 roku. W połowie lat 70-tych rozpoczął
działalność w strukturach komunistycznych młodzieżówek. Socjalistyczny Związek
Studentów Polskich na Uniwersytecie Gdańskim - to było to. Stąd była już prosta
droga do PZPR, partii o rodowodzie stalinowskim. Gdy w 1978 roku kończył
uniwersytecką edukację, już miał zapewnione miejsce w Warszawie, bliżej władzy.
Został "kierownikiem wydziału kultury" SZSP, choć niewiele miał wspólnego z tą
dziedziną, podobnie, jak w 1981 roku, gdy PZPR szykowała się do stanu wojennego
i "czyściła" prasę z elementów niepewnych. Jesienią 1981 Stefan Olszowski,
wówczas członek Biura Politycznego i sekretarz KC, odpowiedzialny za propagandę,
mianował Kwaśniewskiego redaktorem naczelnym popularnego pisma "ITD".
Dziennikarskie urzędowanie rozpoczął już w stanie wojennym, od komisji
weryfikacyjnej dla dziennikarzy. I - oczywiście - od pisania... artykułów, o
których dziś chętnie by zapomniał. Przypomnijmy próbki jego "tfu-rczości" z
tamtego okresu: "...odrzucimy insynuacje, że celem stanu wojennego było
stworzenie państwa represyjnego, systemu bezkarnej władzy i uciemiężonego
społeczeństwa" (7 VIII 1983); "Większość Polaków opowiedziała się za wartościami
najważniejszymi - silnym państwem, autentycznym ludowładztwem, stabilnością -
dziś i w przyszłości" (18 VI 1984 - to o tak zwanych "wyborach"). To oczywiście
tylko przykłady. Propagandzista Kwaśniewski dobrze sprawdził się w okresie stanu
wojennego (dwa lata jako naczelny "ITD", następnie jako naczelny "Sztandaru
Młodych", pisma, które także kłamało, tyle, że na jeszcze "wyższym" poziomie).
Na salonach władzy
Za te zasługi partia go wyróżniła - w
wieku zaledwie 31 lat został ministrem do spraw młodzieży, co w PRL było rzeczą
niesłychaną. Od tej pory jego kariera toczyła się już gładko. W 1987 roku został
przewodniczącym Komitetu Młodzieży i Kultury Fizycznej. W okresie "okrągłego
stołu" pozycja Kwaśniewskiego jest już bardzo widoczna - wchodzi do pierwszego
szeregu działaczy PZPR, cieszy się zaufaniem Jaruzelskiego i Kiszczaka. Gdyby
nie "okrągły stół", zapewne w naturalny sposób, "po partyjniacku", zostałby
szefem PZPR. Sytuacja jednak zmienia się, jak w kalejdoskopie. Partia rozsypuje
się dosłownie w oczach. Kwaśniewski, czując co się święci, podobno odmawia
przyjęcia stanowiska sekretarza KC. Woli poczekać i stanąć na czele nowego
tworu. I tak się właśnie dzieje.
Odmieniona partia, przefarbowany
Kwaśniewski
Rozwiązanie PZPR to równocześnie... powołanie do życia
SdRP. Przemalowano szyld, czyli zmieniono nazwę i częściowo wymieniono kadry. Tu
Kwaśniewski poczuł swoje powołanie. Demokratyzacja, otwarcie na Zachód, kontakty
z europejską socjaldemokracją, to nowe możliwości i - co jest tego ubocznym
skutkiem - zacieranie śladów. Już wtedy on i jego środowisko lansowało teorię,
że w Polsce nie było komunizmu, że wszyscy ci, którzy byli w PZPR, byli polskimi
patriotami, bo rzekomo innej Polski nie było. A wszystko po to, by dalej nami
rządzić.
Lata 1993-1997 to triumfalny powrót partii Kwaśniewskiego do
władzy. Wtedy dochodzi do uchwalenia konstytucji, na co nie mogły zdobyć się w
poprzednich latach rozdrobnione i skłócone ugrupowania "solidarnościowe".
Kwaśniewski - jako szef parlamentarnej Komisji Konstytucyjnej - kroi ją na
własną miarę i na miarę wejścia Polski do UE. W projekcie pojawia się zapis o
możliwości zrzeczenia się przez Polskę suwerenności na rzecz nieokreślonych
struktur ponadnarodowych. O to między innymi toczy się walka propagandowa,
albowiem projekt musi być poddany referendum.
Prezydent... wszystkich
Polaków
W międzyczasie, pod koniec 1995 roku, kończy się kadencja
prezydencka Lecha Wałęsy, który nie jest w stanie zrezygnować na rzecz innego,
mniej skompromitowanego niż on, kandydata. W szranki o władzę jawnie staje
Kwaśniewski. Na tle swego rywala - niewykształconego, antymedialnego, wiecowego
populisty, Kwaśniewski wygląda jak oaza spokoju, a jego gładka mowa podoba się
tłumom. Dyskretna pomoc zagranicznych specjalistów od reklamy, odpowiedni strój
i makijaż, przedwyborczy urlop w słonecznej Hiszpanii, opalenizna i skuteczne
odchudzanie zrobiły swoje. Forma wygrała z treścią i Kwaśniewski został
prezydentem niepodległej, III RP. Na ten sukces pracował on, jego ugrupowanie,
zadziałał efekt medialny (komuniści nigdy nie odpuścili telewizji, rozumiejąc
jej znaczenie we współczesnym świecie). Nie zaszkodziło mu nawet ujawnione
kłamstwo wyborcze, czyli naruszenie ordynacji. Okazało się bowiem, że
Kwaśniewski nie ma uniwersyteckiego wykształcenia i bezprawnie posługuje się
tytułem magistra! Ówczesny minister sprawiedliwości i prokurator generalny,
Jerzy Jaskiernia, zamiast wszcząć w tej sprawie postępowanie z urzędu, kieruje
pytanie do... Trybunału Konstytucyjnego. Wie bowiem, że rozstrzygnięcie
przyjdzie już po wyborach i sprawa rozejdzie się po kościach. I tak się
stało.
Kwaśniewski triumfuje, udziela wywiadów na lewo i prawo, ma być
rzekomo "prezydentem wszystkich Polaków" i formalnie występuje z SdRP. Ale coś
niecoś nam ujawnia: z wywiadu dla "New York Times'a" dowiadujemy się, że jego
ulubieni bohaterowie, to... Władysław Gomułka, Edward Gierek i Wojciech
Jaruzelski. Wszyscy byli przywódcami PZPR, żaden z nich nie miał nic wspólnego z
demokracją. Dobór tych "bohaterów" nie był przypadkowy - taki po prostu jest
świat Kwaśniewskiego, on innego w głębi duszy nie akceptuje. Wtedy też padają
znamienne słowa prezydenta-elekta: "nigdy nie byłem komunistą". Dowiadujemy się
wtedy również, że w Polsce komunizmu nie było...
Można to w takim razie
podsumować, że ludzie sami wypadali przez okna i zabijali się w komunistycznych
więzieniach, do których wchodzili dobrowolnie. Szyderstwo sięgało zenitu, tym
bardziej, że Kwaśniewski, inaugurując swą kadencję, wezwał swych towarzyszy
partyjnych z PZPR (i jej poprzedniczki, czyli PPR) do chodzenia z podniesionym
czołem. Zwrócił się do nich, jako niesłusznie odrzuconych, których "dorobek i
uczciwa praca" zostały niesłusznie zakwestionowane, którym rzekomo "odebrano
godność i satysfakcję z osiągnięć minionych dziesięcioleci". To wtedy nastąpiła
mentalna restytucja PRL. To wtedy Bierut, Berman, Zambrowski, Gomułka i ich
poplecznicy: Humer, Brystygierowa, Fejgin, zostali docenieni po raz drugi.
Pierwszy raz zrobił to Józef Stalin, dając im stanowiska. Kwaśniewski dawał
gwarancje, że nikt zdrajców w III RP nie rozliczy.
W 2000 roku Kwaśniewski po
bezbarwnej kadencji został prezydentem po raz drugi. Nie przeszkodziła mu w tym
lustracja, która wyciągnęła na światło dzienne różne ciekawostki (choć było
wiadomo, że przy założonych kryteriach w ustawie lustracyjnej dowiemy się, że...
prawdziwych agentów bezpieki to tak naprawdę nie było); nie przeszkodziła mu też
wcześniejsza afera z sowieckim szpiegiem, Ałganowem i kolejne, związane z tym
kłamstwa. Kwaśniewski twierdził publicznie, że Ałganowa nie zna i nigdy się z
nim nie kontaktował. Twierdzenia dziennikarzy "Życia", którzy w 1997 roku
ujawnili niezbyt chlubne związki urzędującego prezydenta z ludźmi z KGB, jego
ówczesny rzecznik Antoni Styrczula nazwał nawet "stekiem kłamstw". Opublikowane
zdjęcia z drugiej połowy lat 80-tych rozwiały wszelkie wątpliwości: Kwaśniewski
był na nich w najbliższym sąsiedztwie płk. Ałganowa. Kolejne kłamstwo uszło mu
płazem...
I nie zaszkodziła mu wielka kompromitacja moralna, gdy ujawnione
zostały kulisy jego wizyty w Charkowie na Ukrainie, podczas odsłaniania pomnika
ku czci pomordowanych tam w 1940 roku polskich oficerów. Choć kasety filmowe nie
kłamały, ukazujące urzędującego prezydenta RP kompletnie pijanego, utrzymywanego
w pozycji jako tako stojącej przez towarzyszące mu osoby z ochrony czy świty, to
on sam, jak też jego rzecznik, kłamali bezczelnie. Ten stan tłumaczyli bowiem
"niedyspozycją goleni", choć nabrzmiała, czerwona twarz wskazywała, że było i na
jedną i na drugą nóżkę. A że towarzysze sowieccy za kołnierz nie wylewają,
Kwaśniewski prawdopodobnie usiłował im dorównać. Z opłakanym skutkiem...
Nie
zaszkodziła mu też "afera kaliska", czyli ujawniona w 2000 roku sprawa wizyty w
Kaliszu sprzed trzech lat, podczas której Kwaśniewski nakłonił swego ministra,
Marka Siwca do "pobłogosławienia ziemi kaliskiej" na wzór papieski. Jakoś się z
tego wywinął, ale kilka dni później przemawiając do grona generalskiego
rubasznie zażartował, że w tej sytuacji już nie może ich pobłogosławić, choć ma
na to ochotę...
** ** **
Jego kadencje prezydenckie przypadły w
okresie niezwykle istotnym - po prawie półwiekowej niewoli komunistycznej - dla
odradzającej się Polski. On stał formalnie na czele państwa w momencie
wstępowania Polski do NATO. On jeździł do prezydenta Busha w trudnym dla USA
momencie, jakim są przygotowania do wojny z Irakiem. I choć Polska tak naprawdę
nie ma nic do zaoferowania Stanom Zjednoczonym, to jej moralne poparcie zostało
docenione, ale chwała spadła na Kwaśniewskiego. I on chce nas wprowadzić do Unii
Europejskiej. Jeśli mu się to uda, będziemy mogli powiedzieć, że historia
zatoczyła koło. Od totalitaryzmu i z powrotem...
Polskie Jutro