2003-05-07
Und Morgen die ganze Welt?

Stanisław Michalkiewicz
Od niedzieli 27 kwietnia w całej Polsce rozbrzmiewa Oda do radości, jako drugi, a właściwie pierwszy hymn naszej ojczyzny, kiedy już zostaniemy wciągnięci do Unii Europejskiej. Słyszymy tam m.in., że wszyscy ludzie będą braćmi i tak dalej, ale już taki tęgi zwolennik powszechnego braterstwa, jakim był śp. Janusz Szpotański, przestrzegał w Towarzyszu Szmaciaku, że by człowiek był człowieka bratem, trzeba go wpierw przećwiczyć batem. Wreszcie, wiemy to z doświadczenia, że warunkiem braterstwa jest jedność moralno-polityczna, co zostało udowodnione w tzw. doktrynie Breżniewa. Jak wiadomo, dotyczyła ona bratnich państw wspólnoty socjalistycznej. Braterstwo tych bratnich państw polegało m.in. na tym, że jeśli w jakimś bratnim państwie zachwiałby się z jakichś powodów ustrój socjalistyczny, to inne bratnie państwa socjalistyczne miały internacjonalistyczny obowiązek udzielenia takiemu bratniemu państwu bratniej pomocy. Taka bratnia pomoc została udzielona w 1968 roku Czechosłowacji, a Leonid Breżniew uzasadniał ją przed światem w ten m.in. sposób, że państwa socjalistyczne cieszą się zaledwie ograniczoną suwerennością państwową, bo cóż tam znaczy anachroniczna suwerenność wobec postępowego socjalizmu? Dopiero na tym tle lepiej rozumiemy skwapliwość, z jaką dawni zwolennicy, a nawet entuzjaści doktryny Breżniewa stanęli na nieubłaganym stanowisku, że suwerenność już się przeżyła i w związku z tym nie ma co nad nią lamentować w momencie, gdy Polska ponownie dołączy do bratnich krajów.
Na takim samym stanowisku stanęła większość sejmowa, podejmując przed świętami wielkanocnymi uchwałę deklarującą zachowanie przez państwo polskie suwerenności "w sprawach etycznych". Niezależnie od znaczenia prawnego tej deklaracji wynika z niej wyraźnie, że w sprawach innych niż "etyczne", Polska suwerenności po wejściu do UE już nie zachowa, to chyba jasne. Do takiego wniosku uprawnia nas argumentum a contrario, czyli wnioskowanie z przeciwieństwa. Zawsze tak uważałem, więc skądinąd jest mi przyjemnie, że również sejmowa większość składająca się, jak wiadomo, z eurofilów, w tej uchwale potwierdziła to, czemu dotychczas energicznie zaprzeczała. Jak widać, jesteśmy doskonale przygotowani do przyjęcia doktryny Breżniewa, która w wydaniu unijnym będzie oczywiście nazywała się inaczej, żeby nie wzbudzać w nikim żadnych niemiłych skojarzeń.
Ale, jak zwał, tak zwał, trzeba pamiętać, że istotnym elementem doktryny Breżniewa była "bratnia pomoc" mająca, jak pouczały przykłady czechosłowacki i afgański, charakter wojskowy. Do niedawna Unia Europejska sprawiała pod tym względem wrażenie dzieła niedokończonego, ale ostatnie lata, a zwłaszcza ostatnie dni pokazują, że i na tym odcinku objawiła się aktywność, która już wkrótce z pewnością doprowadzi do usunięcia wszystkich niedociągnięć. Mam oczywiście na myśli nie tylko skromny eurokorpus, zdolny jedynie do operacji policyjnych w ramach udzielania bratniej pomocy krajom, w których zachwiała się demokracja, ale armię europejską, o utworzenie której zabiega "twarde jądro" Unii w osobach Niemiec i Francji. Sceptycy, których pan Jarosław Kaczyński posądza o bycie rosyjskimi agentami, uważają, że armia europejska jest sposobem na wyprowadzenie Bundeswehry spod amerykańskiej kurateli, a więc odrzucenie przedostatniego ograniczenia narzuconego Niemcom w Poczdamie, ale ruscy agenci nie mogą mieć racji. Rację ma natomiast pan Jarosław Kaczyński, gdy wraz z europejsami mówi nam o powszechnym braterstwie ludów. "Wszyscy ludzie będą braćmi", to ma się rozumieć, ale w takim razie tym bardziej rozumiemy konieczność uprzedniego przećwiczenia ich batem. Skoro tak, to najpierw trzeba taki bat skonstruować, a cóż lepiej może spełnić tę rolę, jeśli nie armia europejska narodu niemieckiego? Już ponad pół wieku temu rozmyślał nad tą sprawą wybitny przywódca socjalistyczny Henryk Himmler, ale ówczesne warunki najwyraźniej nie sprzyjały jeszcze tym postępowym ideom, między innymi z powodu atawistycznego przywiązania większości narodów do suwerenności. Na szczęście teraz, dzięki m.in. intensywnej tresurze ze strony nieubłaganych sił postępu, temu przywiązaniu hołdują już tylko pogrobowcy pragnący cofnąć koło historii, no i oczywiście ruscy agenci, których w samą porę zwietrzył pan Jarosław Kaczyński i ostrzegł przed ich knowaniami zdrową część narodu. Wprawdzie pozory świadczyłyby o tym, że to pan Kaczyński znalazł się w jednym obozie z osobnikami posądzanymi o ruską agenturalność m.in. przez niego samego, ale to tylko pozory, bo przecież każde dziecko wie, że pan Jarosław Kaczyński z ruskimi agentami w jednym obozie znaleźć się nie może. Ruscy agenci będą znajdowali się zawsze w obozie przeciwnym, to chyba oczywiste? Skoro zatem wyjaśniliśmy sobie już te wszystkie kwestie w duchu adaptowanej do warunków europejskich poczciwej politgramoty, to śmiało możemy przystąpić do zaktualizowania nowego hymnu naszej nowej ojczyzny. Oczywiście nadal obowiązuje zasadnicza deklaracja, że "wszyscy ludzie będą braćmi", ale pozostałe ogólniki trzeba jednak będzie trochę skonkretyzować, nawiązując również do dorobku poprzednich prób integracji europejskiej i wskazując perspektywę. Dlatego też proponuję, by Oda do radości w nowej, zaktualizowanej wersji kończyła się słowami: Dzisiaj nasza jest Europa und Morgen die ganze Welt.

Nasza Polska