Zaktualizowano 11. czerwca 2003 Drukuj
Ojczyzna jest to wielki - zbiorowy - Obowiązek.
Cyprian Kamil Norwid


Inne Strony Integracji PL z UE

Polska a Unia europejska - 21 pytań

Polonijny Katalog


Webring KATOLIKa


nagrodzona
2003-01-14
Poza Unią też jest życie

Miłosz Marczuk
Odrzucenie członkostwa w Unii Europejskiej nie musi oznaczać zerwania gospodarczych więzów z krajami Europy Zachodniej, jak piszą kłamliwie prounijni publicyści, strasząc nas Białorusią. Po polskim "nie" w referendum na temat przystąpienia do wspólnot europejskich, zamiast w Unii znajdziemy się zapewne w Europejskim Obszarze Gospodarczym (EEA), który łączy wspólny rynek unijny z rynkiem krajów Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA).


 
Taki wariant współpracy z Unią wybrały: Norwegia, Islandia oraz Liechtenstein. Jest on o tyle korzystny, że pozwala na wolny handel z krajami całej niemal Europy, osiedlanie się naszych obywateli w dowolnym państwie Unii oraz EFTA (poza Szwajcarią), przy równoczesnym odstąpieniu od uczestnictwa we Wspólnej Polityce Rolnej - najgłupszym systemie rolniczym świata - oraz od Wspólnej Europejskiej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony (CESDP), uczestnictwo w której może z kolei narazić nas na konflikt ze Stanami Zjednoczonymi. Byłaby to sytuacja wręcz komfortowa zarówno dla naszej gospodarki, jak i polityki zagranicznej. I tania - za udział w EEA zapłacilibyśmy około 30 milionów euro rocznie. Poza tym nasze uczestnictwo w EEA jest już właściwie wynegocjowane.

Tydzień temu postawiłem tezę, że przy nadciągającym kryzysie finansów publicznych jedyną rozsądną rzeczą jest zafiksowanie obecności polskiej gospodarki w strukturach wymuszających otwarcie naszych granic celnych. Najlepiej gdyby była to NAFTA. Patrząc jednak realistycznie na pęd naszych polityków do Brukseli, skonstatowałem, że będzie to jednak zapewne unijny wspólny rynek. Wspólnotowe stawki celne ze Stanami Zjednoczonymi są zresztą o wiele niższe niż między Polską a Stanami, co byłoby niewątpliwie korzystne dla naszej gospodarki. Oczywiście nie wierzę w żadne dobrodziejstwa ze sztucznie, jakby wbrew regułom gospodarki tworzonych unijnych funduszy strukturalnych czy dopłat bezpośrednich dla chłopów, którymi obracają biurokraci. Wspólny rynek to przede wszystkim inwestycje, również amerykańskie, które pozwolą nam w krótszej perspektywie niż bez uczestnictwa w nim wyjść z nadciągającej już burzy. Ale we wspólnym rynku możemy znaleźć się i bez wstępowania do Unii.



Bez Unii



Będąc w Unii, automatycznie stajemy się sygnatariuszami traktatu o Europejskim Obszarze Gospodarczym (EEA). Został on podpisany przez kraje EWG i kraje EFTA w maju 1992 roku. Po odrzuceniu go przez obywateli Szwajcarii w marcu 1993 roku dodano do niego protokół usuwający Helwetów z wykazu stron traktatu. Porozumienie weszło ostatecznie w życie 1 stycznia 1994 roku. Przed wstąpieniem do UE w 1995 roku, do EEA należały też Austria, Finlandia i Szwecja.

Artykuł 128 umowy o EEA stanowi, że musi w nim się znaleźć każdy nowy kraj UE. Postawmy pytanie: na ile realne jest znalezienie się Polski w EEA bez wstępowania do Unii (czyli de facto do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej)? Tutaj należałoby przywołać dwa przykłady. Pierwszy to przypadek Turcji. Krajom tworzącym EWG nie zależy specjalnie na członkostwie Turcji w jej strukturach. Równocześnie rządy tych krajów nie proponują Turcji obecności w EEA. Ostatecznie Turcji zaproponowano jedynie ustanowienie zerowej stawki celnej na produkty nierolnicze. Na więcej wspólnoty europejskie i ich partnerzy z EFTA się nie zdobyły. A czym prócz unii celnej jest EEA? Przede wszystkim ustanawia swobodny przepływ kapitału i ludzi. Każdy Norweg osiedlający się na przykład we Francji jest traktowany tam jako pełnoprawny obywatel (oprócz biernego prawa wyborczego w wyborach samorządowych oraz wszelkiego prawa wyborczego w wyborach do parlamentu czy też prezydenckich). Może podjąć pracę, założyć własny biznes itd. Kraje EEA nie zgadzają się nadać takiego statusu obywatelom Turcji.

Drugi przykład to Norwegia. Dziś mało kto pamięta, że gdyby nie prezydent Francji Karol de Gaulle i jego niechęć do Brytyjczyków, Norwegia dawno byłaby w EWG, Euroatomie i Wspólnocie Węgla i Stali, czyli właśnie we wspólnotach europejskich, które de iure tworzą Unię Europejską. Norwegowie aplikowali pierwszy raz o wejście do wspólnot w roku 1962, razem z rządem Wielkiej Brytanii i Danii (należącymi do EFTA od roku 1960, kiedy to powstała ta organizacja). Francja zawetowała decyzję o przyjęciu Brytyjczyków i przez to wniosek akcesyjny Norwegii też został wrzucony do kosza. Gdyby referendum w sprawie przystąpienia do EWG odbyło się w 1963 roku, większość Norwegów opowiedziałaby się za członkostwem. Norwegowie nie odpuścili. Razem z Wielką Brytanią i Danią ponownie złożyli podanie o przyjęcie w roku 1967. Znów Francja zawetowała Brytyjczyków, co równało się odrzuceniu papierów Norwegii. Trzeci raz ten sam wniosek trafił z Oslo do Brukseli w roku 1970, również wraz z brytyjskim i duńskim.

I paradoksalnie, to właśnie te dwa kraje weszły wkrótce potem do EWG, a nie Norwegia. Urażeni dwukrotnym podaniem im czarnej polewki Norwegowie w referendum z 1972 roku opowiedzieli się przeciwko członkostwu we wspólnotach. 53,6 procenta biorących udział w głosowaniu powiedziało "nie". Trzeba było ponad dwudziestu lat, by rząd Norwegii znów aplikował o członkostwo we wspólnotach. 5 kwietnia, dwa miesiące po Austrii, Finlandii i Szwecji, Norwegowie rozpoczęli na nowo negocjacje z krajami "dwunastki". Referendum z roku 1994 znów zakończyło się zwycięstwem przeciwników: 52,3 procent biorących udział w głosowaniu powiedziało "nie".

Było to jednak zupełnie inne głosowanie niż to w roku 1972. W tym czasie bowiem zmieniło się dużo i w obrębie samych wspólnot, jak też w stosunkach gospodarczych Norwegii ze wspólnotami. Od roku 1984 EWG zaczęła budować "wspólny rynek", czyli jednolity obszar gospodarczy - najwyższą formę współpracy gospodarczej. Ostatecznie sprawę wspólnego rynku przypieczętował Jednolity Akt Europejski podpisany w roku 1987. Zaś w praktyce wspólny rynek zaczął działać od 1993 roku. Kraje EFTA w trakcie tak zwanego procesu luksemburskiego uzgadniały wejście ich gospodarek do wspólnego rynku. Ostatecznym efektem tych uzgodnień było powstanie Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EEA). W październiku 1992 roku parlament Norwegii (Storting) zdecydował o ratyfikacji traktatu o EEA. Ponieważ traktat cedował część procesów decyzyjnych z instytucji norweskich na ponadnarodowe, potrzebne było trzy czwarte głosów do jego przyjęcia. W praktyce było potrzebne 128 głosów. Za traktatem zagłosowało 130 posłów. 35 było przeciwko. Głosowanie w referendum 1994 roku w sprawie przystąpienia do wspólnot odbywało się więc w specyficznej sytuacji. Norwegia ekonomicznie właściwie już w nich była. Bowiem jedynymi obszarami, które nie zostały objęte wspólnym obszarem celnym było rolnictwo oraz rybołówstwo. Norwegowie od lat dopłacają swoim rolnikom do ich dochodów z budżetu państwa. Robią to jednak w taki sposób, by za wszelka cenę podtrzymywać przy życiu małe gospodarstwa. Nie płacą też "pod produkcję", jak czyni to Unia, czego efektem są tony zboża i BSE, a "pod ekologię", czyli za samo uprawianie ziemi czy hodowlę zwierząt. Jeśli zaś chodzi o rybołówstwo, to Norwegia nie zgodziła się na przyjęcie unijnej wspólnej polityki rybnej ze względu na niechęć do wpuszczania na swe łowiska kutrów z krajów Unii.

Przyjęcie pozostałych reguł ekonomicznych Unii uruchomiło wielkie możliwości norweskiemu przemysłowi wydobywczemu. Unijny wspólny rynek energetyczny zaowocował tym, że ponad 70 procent eksportu Norwegii trafia na rynek EWG. A 46 procent tego eksportu to gaz i ropa. Tak zwany Fundusz Petrolowy, na którym przezorni Norwegowie zbierają pieniądze dla przyszłych pokoleń, bo przecież złoża się kiedyś skończą, wynosił na koniec 2001 roku 73,5 miliarda euro.

Nic więc dziwnego, że w roku 1991 norweskie Ministerstwo Ropy i Energii w szerokim studium konkludowało, że unijne dyrektywy i rozporządzenia tworzące wspólny rynek energii są zgodne z narodowym interesem tego kraju i rekomendowało pozytywne zakończenie rozmów o wstąpieniu do EEA. Ostatecznie wszystkie akty prawne dotyczące wspólnego rynku energii w sekcji gazowej i ropy znalazły się w traktacie o EEA. Wolny rynek przesyłu gazu i ropy był wielką szansą dla przemysłu wydobywczego Norwegii. Co zaś się tyczy sektora elektrycznego, to Norwegia była wzorem dla całej Unii w wypracowaniu liberalnego modelu rynku energii. Norweski prąd wytwarzany jest przez 337 kompanii wykorzystujących siły natury, czyli wodę i wiatr. Norwegia jeszcze przed powołaniem EEA miała wspólny rynek energetyczny ze Szwecją, była więc i tutaj dobrze przygotowana na konkurencję unijną.

Model wejścia Norwegii do wspólnego rynku jest oczywiście kuszący dla Polski. Myślę, że po pewnym okresie trudności w negocjacjach z krajami EEA w końcu znaleźlibyśmy się w Europejskim Obszarze Gospodarczym. Pewne problemy napotkalibyśmy pewnie w obszarach przesądzających o swobodnym przepływie osób i kapitału. Pamiętamy bowiem długie targi o okres przejściowy w obszarze "swobodny przepływ osób", dotyczącym karencji dla naszych obywateli w dostępie do unijnego rynku pracy. Skoro tak trudno rozmawiało się o tym w pakiecie spraw, gdzie mogliśmy w czymś w zamian ustąpić, gdzie pewne zapisy wynikają wprost z Traktatu Rzymskiego o EWG, to można założyć, że takie rozmowy w ramach EEA byłyby jeszcze trudniejsze, podobnie jak o swobodnym przepływie kapitału. Ale w końcu zakończyłyby się po naszej myśli. Bo taki jest też interes Europy Zachodniej. Bez tych dwóch rzeczy pozostawałaby właściwie unia celna, czyli powielenie przypadku Turcji. Takiego scenariusza kraje EEA nie chciałyby powielić, bo mają duże interesy gospodarcze w naszym kraju. Za dużo ich obywateli męczy się teraz w Polsce z niedogodnościami związanymi z legalizacją pracy i pobytu w Polsce, oczekując z wytęsknieniem zakończenia tych mąk po wejściu Polski do Unii (są to czasem całe managementy dużych konsorcjów europejskich), by odrzucić wniosek Polski o przyjęcie do EEA.



Podrożeje łosoś



Zresztą Polska i pozostałe nowe kraje Unii teraz właśnie negocjują warunki wejścia do EEA, przed planowanym na połowę kwietnia podpisaniem traktatu akcesyjnego do Unii. Z formalnego punktu widzenia pod koniec marca będą już znane warunki naszego przystąpienia do tej struktury. Wraz z podpisaniem traktatu o członkostwie we wspólnotach europejskich, podpiszemy też traktat o EEA. Referendum zaś ma przesądzić jedynie o członkostwie we wspólnotach. Odrzucając więc to członkostwo, nie odrzucamy EEA. Co więcej, mamy już wynegocjonowane warunki naszego w nim uczestnictwa. Oczywiście na te warunki składałyby się również wyniki negocjacji z Unią, niemniej jednak bez rozdziałów "rolnictwo", "polityka strukturalna" oraz "budżet i finanse", czyli najbardziej zbiurokratyzowanych i najdroższych obszarów działania Unii. Byłoby to więc uczestnictwo we wspólnym rynku jedynie w obszarach, które sama Unia stara się liberalizować, urynkawiać i przygotowywać na konkurencję wymuszoną globalizacją. Jak już pisałem, traktat o EEA znosi wszelkie bariery w przepływie ludzi, towarów, usług i kapitałów między Unią a jego pozostałymi członkami, ale nie dotyczy to rybołówstwa i rolnictwa.



Płacą za wolny rynek



Podczas negocjacji pojawiły się oczywiście problemy. Unia bowiem chce przy okazji wyszarpnąć od Norwegii, Islandii i Liechtensteinu wyższy haracz za możliwość uczestnictwa w unijnym wspólnym rynku. W zamian za dostęp do rynku wspólnotowego Norwegia, Islandia i Liechtenstein płacą na pomoc finansową dla uboższych państw Unii 120 mln euro w latach 1998-2003. Unia chce teraz zwiększyć wpisowe, bo twierdzi, że musi nim objąć Polskę i innych nowych członków. Mówi się nawet o zwiększeniu tego funduszu do pół miliarda euro rocznie (wówczas 200-250 mln przypadłoby Polsce), ale Norwegia, Islandia i Liechtenstein nie chcą się na to zgodzić. Unia obchodzi właśnie dziesięciolecie działania wspólnego rynku. Przy tej okazji Komisja wyliczyła, że dodatkowe bogactwo związane z istnieniem od 1 stycznia 1993 r. wspólnego rynku i jego swobód oszacować należy na 877 mld euro, czyli ok. 5,7 tys. euro na jedno gospodarstwo domowe. Dzięki integracji rynkowej unijny eksport do krajów trzecich wzrósł z 415 mld euro w 1992 r. do 985 mld w 2002 r., a unijne inwestycje bezpośrednie poszybowały w górę z 18 mld do 206 mld euro. Według szacunków Brukseli, bez istnienia jednolitego rynku unijne PKB w 2002 r. byłoby o 1,8 pkt. niższe. Wspólny rynek wymusił obniżkę taryf telekomunikacyjnych o 40-50 proc. i cen biletów lotniczych o 41 proc. Przedstawiając te wyliczenia, kraje "15" stosują nacisk na nieunijnych członków EEA, pokazując im, ile skorzystali na integracji gospodarczej.

Polskie negocjacje dotyczą rozciągnięcia na nas umów łączących UE z pozostałymi państwami EEA w zakresie rolnictwa i rybołówstwa. Norwegia i Islandia byłyby skłonne zapłacić nieco więcej Brukseli, gdyby zachowały korzystne warunki dostępu dla swoich produktów rybnych do rynków Polski i innych nowych członków Unii. Problem polega na tym, że "Piętnastka" ogranicza dostęp do swojego rynku - i oczekuje tego od nowych członków - w odpowiedzi na restrykcje w dostępie jej rybaków do łowisk norweskich i islandzkich.

Do tej pory, dzięki umowie z krajami EFTA, polskie firmy mogą sprowadzać ryby z Norwegii bez ograniczeń, po zerowej stawce celnej. Bez dostaw z tego kraju dość prężnie działające polskie przetwórnie - które sprowadzają z Norwegii prawie tyle ryb do obróbki (głównie śledzi i makreli), ile wyławiają polscy rybacy - mogą mieć kłopoty. Samych tylko łososi importujemy z Norwegii ok. 10 tys. ton rocznie. Kraje UE, a wśród nich zwłaszcza producenci tej ryby, jak Francja czy Wielka Brytania, bronią się cłami przed importem norweskiego łososia. Wchodząc do EEA i UE, Polska będzie musiała dostosować się do unijnego reżimu i wprowadzić cła. Wprawdzie zgodnie z regułami Światowej Organizacji Handlu dostaniemy bezcłowy kontyngent na import ryb z Norwegii w wysokości średniej importu z ostatnich kilku lat. Kontyngentem tym Polska będzie jednak musiała się podzielić z 24 pozostałymi członkami UE. Dlatego też Polska będzie starać się o zwiększenie potencjalnego kontyngentu o 20 proc. i skierowanie go głównie do Polski. Ale to na pewno się nie uda.

Najwyższy Czas
© W&W Arkitowie 2003 (2000)