|
2002-08-22
Eksperci za ponad 21 milionów euro
Przemysław Ciechanowic - ISI
Na przełomie czerwca i lipca kilka polskojęzycznych dzienników
poruszyło drażliwy dla demoliberalnych mediów temat marnotrawienia
pomocowych funduszy przedakcesyjnych. Pojawiły się również głosy o
fikcji bezinteresownej pomocy UE dla Polski. Spośród różnych
programów pomocowych najpopularniejszym, a jednocześnie najdroższym
jest twinning czyli pomoc bliźniacza. Polega ona na wybraniu spośród
krajów 15-ki państwa partnerskiego, które następnie wysyła do nas
swoich doradców. Ich pobyt w Polsce trwający od 12 do 24 miesięcy
jest finansowany całkowicie z funduszy programu przedakcesyjnego
PHARE. Po kompromitacji programu SAPARD (z którego jak już wiemy
będziemy w stanie wykorzystać ok. 30% deklarowanych przez UE
środków) program PHARE jawi się jako kolejny sposób nabijania
Polaków w butelkę. Jak ujawniły "Życie Warszawy" i "Super Express"
duża część rzekomej bezinteresownej pomocy wraca z powrotem do UE.
"( ...)choć ich pracę (doradców – przyp.red.) finansują unijni
podatnicy, pieniądze wydane na ten cel uszczuplają kwoty
przeznaczone na realizowany obecnie program PHARE. Innymi słowy
spora część przyznawanych nam przez Unię dotacji (czasami nawet
połowa), wraca do UE z powrotem". Pisze Karolina Woźniak w Życiu
Warszawy. Trzeba zaznaczyć, że mówimy tu o niebagatelnej sumie
ponad 21 mln 600 tys. € rocznie czyli ok. 88 560 000 PLN! Dla
porównania pomoc udzielona Polsce w ramach programu PHARE na "Rozwój
ochrony socjalnej i zatrudnienia" w latach 1990-1999 wyniosła
podobno 30 mln €. Na utrzymanie "doradcy" składają się: pensja (od 9
tyś. do 21 tyś € miesięcznie, czyli odpowiednio 36900 zł i 86100
zł), koszty prowadzonych szkoleń, środki na cele reprezentacyjne
oraz zwrot kosztów utrzymania i podróży. W sumie ok. 30 tyś. € (120
tyś. zł) na każdego spośród 60 przebywających w Polsce doradców
miesięcznie. Dane te pochodzą z lipca br. i jak pisze "Życie
Warszawy" "(...)w najbliższych miesiącach przyjedzie jeszcze
kilkudziesięciu (doradców- przyp. red.) "(...)przyjeżdźają na rok
lub dwa, dostają mieszkanie, dobrą pensję i nie bardzo wiedzą, co
mają robić – przyznaje Richard Rozwadowski(...)" (Życie Warszawy).
Pozostawmy to bez komentarza. "(...)UE jest jak żona mafiosa:
trwoni kasę i będzie ją trwonić. Ale spróbuj ją skrytykować, a
poleci twoja głowa(...)" (Super Express). Autorem tych
złowieszczych słów jest były specjalista unijny w Polsce – Carl
Beddermann. Wieloletni pracownik niemieckiego ministerstwa rolnictwa
wysłany do Polski w nagrodę za osiągnięcia zawodowe, niedawno
stracił pracę. Powodem tych represji było udzielenie wywiadu
dziennikowi Super Express. "(...) Jego niemiecka gospodarność
nie mogła znieść, że na łapanie powietrza w słoiki (właśnie badaniem
powietrza się zajmował) oraz przygotowywanie konferencji i bankietów
dla innych unijnych ekspertów wydawane są co miesiąc ogromne
pieniądze. Swoimi spostrzeżeniami podzielił się z "Super
Expressem"(...)". I to właśnie nie mieściło się w pojęciu
demokratycznej swobody wolności słowa, którą często szafują
demoliberałowie i socjaliśći. Jak pisze w swoim artykule Martyna
Mistarz, Carl Beddermann będzie dalej zachęcał Polaków do
opamiętanie i nie pchania się do UE za wszelką cenę. "(...)Wedle
Carla Beddermanna, lepiej nawet odczekać trochę, ale wejść do
systemu na swoich prawach. Albo nie wchodzić wcale(...) (...)-
Ja również myślałem podobnie jak większość Polaków: Unia to raj -
tłumaczy Beddermann. – Ale obserwując poczynania urzędników UE,
analizując przepisy przez nich wydawane, zacząłem zmieniać zdanie. W
mózgu zapaliła mi się czerwona żarówka. Nie może być tak, że Unia
traktować będzie Polskę tylko jak rynek zbytu (...)" W
odpowiedzi na rozpętaną przez eurokratów nagonkę, były już doradca
wystosował list do Bruno Dethomasa, szefa unijnej delegacji w
Polsce. Jego fragmenty opublikowane przez Super Ekspress dla euro
realistów nie są niczym nowym, a eurofilom powinny dać wiele do
myślenia: "(...) Rozumiem, że w kraju z 20-proc. bezrobociem i
przeciętnymi płacami wynoszącymi ok. 1 tyś. zł otwarła dyskusja na
temat wynagrodzeń personelu unijnego musi być dla Pana bardzo
drażliwa (na przykład w Pana wypadku chodzi tu o ok. 65 tyś. zł
miesięcznie, czyli pięć razy tyle, co wynosi pensja Prezydenta RP).
(...) Ekspert Unijny otrzymujemy 27 razy wyższe wynagrodzenie od
swojego polskiego kolegi – przy jednakowej pracy! To nieco trąci
kolonializmem, nie sądzi Pan, Panie Ambasadorze? (...) Negatywny
wynik referendum w sprawie przystąpienia do Unii nie byłby
katastrofą dla Polski, ale właśnie dla samej Unii, która dla
zwalczania własnego kryzysu pilnie potrzebuje nowych członków".
Na podsumowanie tej krótkiej informacji dodajmy tylko, że w
systemie rozliczania efektów działalności euro doradców bierze się
pod uwagę jedynie czas spędzony w Polsce, a nie efekty ich pracy.
Jest to kolejne świadectwo jak bardzo korupcjogenny jest aparat
administracyjny Unii Europejskiej.
|