|
2002-08-22
Niewygodni odchodza - czyli demokracja w wydaniu UE
Martyna Mistarz
Bohater naszego reportażu,
ekspert unijny, dostał wypowiedzenie z pracy. Według Carla
Beddermanna, bezinteresowna pomoc Unii Europejskiej dla Polski
to bajki. - Unia Europejska jest jak żona mafiosa:
trwoni kasę i będzie ją trwonić. Ale spróbuj ją skrytykować, a
poleci twoja głowa - mówi Carl Beddermann, były specjalista
unijny w Polsce. Były, ponieważ za to, że opowiedział nam, jak
i na co Unia trwoni kasę, zwolniono go ze stanowiska. Carl
Beddermann, wieloletni pracownik niemieckiego ministerstwa
rolnictwa, w nagrodę za osiągnięcia został wysłany do Polski
jako tzw. doradca przedakcesyjny Unii Europejskiej. Był pełen
entuzjazmu do nowej pracy. Tym bardziej że ma żonę Polkę i
bardzo osobisty stosunek do naszego kraju.
Badał
powietrze Jednak to, co miał tu do roboty, a także to,
co zobaczył, wprowadziło go w depresję. Jego niemiecka
gospodarność nie mogła znieść, że na "łapanie powietrza w
słoiki" (właśnie badaniem powietrza się zajmował) oraz
przygotowywanie konferencji i bankietów dla innych unijnych
ekspertów wydawane są co miesiąc ogromne pieniądze. Swoimi
spostrzeżeniami podzielił się z "Super Expressem". - Nie
jestem przeciwnikiem Unii - tłumaczył. - Ale czas postawić
tamę marnotrawstwu i biurokracji. 21 czerwca br. w artykule
"Jak Unia trwoni kasę" napisaliśmy: w 2000 roku 38 unijnych
ekspertów przejadło w Polsce 11 mln euro. Napisaliśmy też:
Beddermann, jeden z najtańszych, dostaje z UE (z funduszy
PHARE przeznaczonego na pomoc dla krajów wstępujących) ponad
12 tys. zł miesięcznie plus zwrot kosztów utrzymania i
podróży. W sumie jakieś 30 tys. euro (120 tys. zł). Każdemu z
ekspertów delegowanych przez UE płacimy i będziemy płacić
przez najbliższe parę lat. Za nic. "Sami wstąpilibyście do
Unii, beze mnie i tych wszystkich doradców" - mówił nasz
bohater. Wymieniliśmy też za Beddermannem kilka bardziej
bzdurnych unijnych przepisów. Np. - na temat standardowej
wielkości ogórka korniszona.
Rozsierdzeni
urzędnicy - Te informacje potwornie rozsierdziły
kolegów biurokratów - opowiada Carl Beddermann. - Natychmiast
przetłumaczono tekst i rozesłano do innych delegacji Unii, w
innych krajach. Zaczęła się nagonka. Dostałem telefon i
zaproponowano mi, żebym zrezygnował z posady i objął inny
projekt. Poza Polską. Nie zgodził się. W tym czasie
Bruno Dethomas, kierownik delegatury UE na Polskę, pisał list
do Berlina: "W związku z bulwersującym wywiadem, udzielonym
przez pana Carla Beddermanna gazecie "Super Express" (...),
spodziewam się, że administracja podejmie natychmiastowe kroki
w celu usunięcia pana Beddermanna ze stanowiska". Dostał
polecenie: "załatwić sprawę po cichu". Załatwił. Strona polska
początkowo była przeciw zwolnieniu eksperta, wreszcie - pod
delikatną presją - zgodziła się na usunięcie krzykacza. -
Prawda w oczy kole - uśmiecha się smutno Beddermann. - Tylko -
gdzie tu wolność słowa. Twierdzi: nie działał wbrew
interesom Unii, ale dla opamiętania
biurokratów. Zapytaliśmy Joan Piercez, z delegatury UE na
Polskę, dlaczego - za słowa prawdy - ukarano eksperta
zwolnieniem z pracy. Odpowiedziała: "Chcę poinformować, że nie
jest w interesie delegatury, aby komentować decyzje personalne
związane z projektem PHARE".
Nie spakował
się Carl Beddermann ma już nowy plan: - Nie po to
nauczyłem się polskiego, żeby stąd wyjeżdżać. Wezmę bezpłatny
urlop w ministerstwie rolnictwa w Niemczech, sprowadzę żonę i
zostanę. Będę dalej gardłował za tym, żeby się Polacy
opamiętali i nie pchali do Unii za wszelką cenę. Żeby
przestali się tak śpieszyć. Idea Unii nie jest zła. Ale nie
jest też idealna. Bogusław Wołoszański -Ęjest za Polską w
Unii. Jak najrychlej. Jan Nowak-Jeziorański -Ęjest za. Ja też,
ale zgodnie z interesem Polski. Wedle Carla Beddermanna,
lepiej nawet odczekać trochę, ale wejść do systemu na swoich
prawach. Albo nie wchodzić wcale. - Ja również myślałem
podobnie jak większość Polaków: Unia to raj - tłumaczy
Beddermann. - Ale obserwując poczynania urzędników UE,
analizując przepisy przez nich wydawane, zacząłem zmieniać
zdanie. W mózgu zapaliła mi się czerwona żarówka. Nie może być
tak, że Unia traktować będzie Polskę tylko jak rynek
zbytu. Moje sumienie nie pozwala też mi patrzeć, jak
marnuje się pieniądze na hotele, konferencje i diety dla
ekspertów. Życzyłbym Polsce, żeby, jak Grecja, stawiała
żądania, nie sprzedała się tanio.
Ekspert list
pisze Beddermann napisał list do szefa unijnej
delegacji w Polsce, Bruno Dethomasa: " (...) Rozumiem, że w
kraju z 20-proc. bezrobociem i przeciętnymi płacami
wynoszącymi ok. 1 tys. zł otwarta dyskusja na temat
wynagrodzeń personelu unijnego musi być dla Pana bardzo
drażliwa (na przykład w Pana wypadku chodzi tu o ok. 65 tys.
zł miesięcznie, czyli pięć razy tyle, co wynosi pensja
Prezydenta RP). (...) Ekspert Unijny otrzymuje 27 razy wyższe
wynagrodzenie od swojego polskiego kolegi - przy jednakowej
pracy! To nieco trąci kolonializmem, nie sądzi Pan, Panie
Ambasadorze? (...) Negatywny wynik referendum w sprawie
przystąpienia do Unii nie byłby katastrofą dla Polski, ale
właśnie dla samej Unii, która dla zwalczania własnego kryzysu
pilnie potrzebuje nowych członków". Wczoraj Beddermann
oficjalnie opróżnił swoje biurko. Zostaje w Polsce. Szuka
sobie nowego zajęcia.
przedruk za Super Express-em
|