|
|
2002-03-25
Polska a Unia Europejska - 21 pytań
prof. J.R. Nowak
Problem stosunków z Unią Europejską staje się coraz
bardziej kluczowy dla przyszłości Polski. Stąd tak ważne jest spoglądanie
na nie w sposób obiektywny i rzeczowy, bez propagandowych upiększeń,
którymi "częstuje" nas przeważająca większość mediów. Ostatnie propozycje
UE w sprawie bezpośrednich dopłat dla rolników wyraźnie pokazały, jak Unia
chce realizować swoje interesy wobec krajów kandydujących. Jest to
prawdziwie alarmowy sygnał dla Polaków, aby wreszcie przestali żyć
iluzjami na temat rzekomego unijnego eldorado. A także, aby zaczęli
postrzegać stosunki z Unią według jedynego uzasadnionego kryterium -
rachunku zysków i strat. Tak jak to już dawno robią Czesi, Węgrzy i
Słowacy.
Aby ułatwić przyszłe dyskusje wokół jakże trudnych
dylematów dotyczących stosunków Polski i UE, proponuję uważne
przeanalizowanie postawionych przeze mnie 21 pytań pod adresem
bezkrytycznych euroentuzjastów. Daję w tym kontekście również 21 moich
odpowiedzi z nadzieją, że mogą one się przysłużyć do sprowokowania
dalszych dyskusji na ten temat.
Stawiając te pytania i odpowiedzi, nie ukrywam swego zaniepokojenia dotychczasowym
stanem naszych negocjacji z UE.
Prezentowane w moim tekście dane faktograficzne świadomie
oparłem w głównej mierze na informacjach podawanych w książkach polskich
autorów prounijnych, w tekstach zachodnich ekonomistów, publikacjach
"Gazety Wyborczej", "Rzeczpospolitej" czy "Trybuny". Utrudni to próby
podważania wynikających z nich szokujących wniosków poprzez dezawuowanie
ich jako rzekomo tendencyjnych uogólnień prawicowych eurosceptyków. Warto
w publicznych debatach przytoczyć prounijnym panegirystom bardzo
niewygodne dla nich dane, zamieszczane w najbliższych im ideowo
mediach.
|
Czy
prawdą jest, że w ciągu kilkunastu lat po 1989 roku biedna Polska
faktycznie "obdarowała" kraje Unii Europejskiej jednostronnymi korzyściami
w sferze gospodarczej?
Zrobiliśmy to na wiele sposobów. Przede
wszystkim poprzez oszukańczą "prywatyzację" ze szkodą dla Polski, tj.
sprzedaż za bezcen zagranicznym biznesmenom jakże wielu cennych polskich
przedsiębiorstw. Nie słuchano ostrzeżeń wybitnych zagranicznych
ekonomistów, wypowiadanych już na początku tego tak fatalnego dla Polski
procederu. Przypomnę, że jeden z najwybitniejszych ekonomistów
amerykańskich John Kenneth Galbraith już w 1991 r. ostrzegał na łamach
wrocławskiej "Odry" (nr 2 z 1991 r.) przed wyprzedażą przemysłu w ręce
zagraniczne, mówiąc: "Jestem za inwestycjami zagranicznymi. Ale niedawno
spotkałem kogoś, kto właśnie wrócił z Polski i kto ma nadzieję, że w ciągu
4-5 lat znaczna część przemysłu polskiego zostanie przejęta przez Niemców
i Amerykanów. Uważam to za nadzwyczaj głupie. Polski przemysł musi być
własnością Polaków i być zarządzany przez Polaków". Galbraith krytycznie
oceniał również naiwną wiarę w Polsce w różnych, masowo odwiedzających
nasz kraj, doradców z Zachodu, twierdząc, że "tacy doradcy potrafiliby
doprowadzić do bankructwa nawet Stany Zjednoczone". Podobne ostrzeżenia
przed wyprzedażą przedsiębiorstw polskich w ręce zagraniczne wypowiadał
laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii prof. Milton Friedman w
wywiadzie dla miesięcznika "Res Publica" (nr 10 z 1990 r.). Friedman
powiedział tam m.in.: "Kolejna sprawa dotyczy wysuwanych często
sugestii, aby sprzedać przedsiębiorstwa cudzoziemcom. Ponieważ nie wydaje
się, by rząd polski sprzedać mógł Polakom Stocznię Gdańską, huty i inne
wielkie przedsiębiorstwa po realnych cenach, ludzie powiadają, żeby
sprzedać je cudzoziemcom. Uważam, że byłby to błąd. Po pierwsze,
moglibyście je sprzedać tylko po bardzo niskich cenach, niemal za nic. Kto
by na tym skorzystał? Głównie cudzoziemcy, nie Polacy. Po drugie,
sytuacja, w której duża część podstawowych środków produkcji danego kraju
znajduje się w rękach cudzoziemców, jest na dłuższą metę politycznie nie
do zaakceptowania. Pamiętajcie jedno: cudzoziemcy nie będą inwestować w
Polsce po to, by pomóc Polsce, lecz po to, by pomóc sobie. Cudzoziemcy
powinni mieć pełną swobodę inwestowania w Polsce, ale tylko wtedy, gdy
będzie to w interesie Polski (...)". Już w 1992 roku były dyrektor PWN
Adam Bromberg, emigrant z 1968 r., od dziesięcioleci przebywający na
Zachodzie, ostrzegał: "Aniśmy się nie spostrzegli i któryś tam rok z kolei
POMAGAMY Zachodowi". Nader wymowne w tym kontekście były oceny
wypowiadane ku zaskoczeniu publicysty z "Gazety Wyborczej" (nr z 4
stycznia 2000 r.) przez udzielającego mu wywiadu Macieja
Olexa-Szczytowskiego wchodzącego w skład grupy Dresdner Bank, drugiej co
do wielkości kapitału niemieckiej instytucji finansowej, odpowiedzialnej
za współpracę z największymi klientami na terenie Europy Środkowej i
Wschodniej. Stwierdził on wprost, że przez nazbyt pochopnie prowadzone
prywatyzacje podarowaliśmy zagranicznym inwestorom "od pięciu do siedmiu
miliardów dolarów". (Liczni ekonomiści, w tym profesor Kazimierz
Poznański, oceniają, że podarowaliśmy Zachodowi wielokrotnie większą
sumę). Na próżno główny ekspert ekonomiczny "Gazety Wyborczej" Witold
Gadomski próbował przekonać rozmówcę z Dresdner Bank, że w ogóle nie
istnieje coś takiego jak "kapitał narodowy", tożsamość narodowa, etc.
Olex-Szczytowski z Dresdner Bank, a więc "Europejczyk", cierpliwie
tłumaczył ekspertowi "Wyborczej" jak dziecku, że trzeba stawiać przede
wszystkim na polskie, dobrze prosperujące firmy, że nie każda sprzedaż
polskich firm inwestorom zagranicznym się opłaca, choćby nawet czasowo
łatała luki w budżecie. Według Olexa-Szczytowskiego, "Nie wszyscy
inwestorzy są zainteresowani rozwojem w Polsce technologii i nowoczesnej
produkcji. Wielu z nich kupuje polskie przedsiębiorstwa tylko po to, by
uzyskać dostęp do rynku. Na dłuższą metę działa to niekorzystnie na
strukturę polskiej gospodarki, choćby przyczyniając się do powstawania
deficytowego bilansu handlowego (...) nie jest także prawdą, że nie mamy
innego wyjścia, jak tylko sprzedawać kluczowe firmy inwestorom
zagranicznym, którzy przejmą nad nimi całkowitą kontrolę (...). W kraju o
rozmiarach Polski znacząca część dużych, prężnych firm powinna mieć
narodową tożsamość. Te firmy powinny mieć tu swoją centralę i polski
zarząd. Prawie wszystkie firmy inwestujące globalnie mają narodową
tożsamość. Blisko centrali, w rodzinnym kraju wydaje się więcej na
rozwój produkcji, inwestuje w najnowsze technologie, stwarza się więcej
miejsc pracy, tworzy się większą wartość dodatkową, płaci się więcej
podatków niż na peryferiach (...). Inwestor zagraniczny często, wbrew
pozorom, nie udoskonala polskiej firmy, podnosząc ją do najwyższego
poziomu światowego. Polska firma po przejęciu przez takiego inwestora
traci wpływ na swój rozwój. Nigdy też nie będzie mogła inwestować za
granicą i eksportować z Polski do własnych spółek zależnych. Ze stu
największych polskich firm przeszło 40 procent zysku netto jest własnością
zagranicznych inwestorów strategicznych. Jeśli uwzględnić wielkie firmy
przeznaczone na sprzedaż takim inwestorom (np. Telekomunikację Polską), to
szybko proporcje te osiągną 75 proc. W ten sposób stajemy się gospodarką
peryferyjną. Znaczący wpływ na wzrost gospodarczy ma narodowe morale
gospodarcze (...). Dobrze prosperujące firmy dadzą Polakom zaufanie we
własne siły, zachęcą największe talenty do pozostania w kraju. Historia
gospodarcza nie zna kraju o średnich rozmiarach i 40-milionowej ludności,
tak szybko zdominowanego przez strategicznych inwestorów zagranicznych.
Owszem, kraje małe, jak Estonia czy nawet Węgry lub Czechy, mogą sobie na
to pozwolić. Te kraje świadomie - jak Węgry - wybrały rolę podwykonawców.
Ale Polska jest na to zbyt dużym krajem. Możemy podjąć z zagranicznymi
koncernami skuteczną konkurencję (...). Firmy były sprzedawane głównie
inwestorom zagranicznym po to, by zasilić budżet. Nie brano w wielu
wypadkach pod uwagę miejsca firmy czy całej branży w gospodarce, w
międzynarodowym podziale pracy (...). Czy należało sprzedać inwestorom
zagranicznym wszystkie cementownie i znaczące firmy z branży spożywczej?
(...) Dominacja kapitału zagranicznego branżowego w bankach kraju
wielkości Polski budzi niepokój (...). Niektóre polskie firmy, a nawet
całe branże, mogą mieć problemy z uzyskaniem kredytu. Na przykład przemysł
rolno-spożywczy, samorządy, małe firmy, sektor tzw. high-tech, firmy
dokonujące restrukturyzacji, wielkie projekty inwestycyjne, np.
autostrady. Problem polega na tym, że w banku, który jest w gruncie rzeczy
tylko oddziałem banku zagranicznego, decyzje dotyczące większych projektów
podejmowane są poza granicami, często bez właściwego rozeznania
sytuacji". Prawdziwie druzgocący dla Polski okazał się ujemny bilans w
wymianie handlowej z UE, szczególnie fatalny w sferze wymiany produktów
rolnych. Pomimo że szumnie zapowiadano, iż porozumienie z UE dotyczące
okresu poprzedzającego wejście do Unii miało faworyzować Polskę, to
faktycznie, jak akcentował wiceminister rolnictwa Jerzy Plewa, eksport
polskich produktów rolnych w latach 1990-99 wzrósł tylko o 1/5, podczas
gdy eksport UE do Polski zwiększył się o ok. 600 procent. Stało się tak
dzięki ciągłemu subsydiowaniu eksportu unijnych produktów do Polski w
warunkach, gdy polskie rolnictwo zostało bez pomocy i ochrony. Znamienna w
tym kontekście była wypowiedź Mariana Brzóski, wicedyrektora biura
europejskiego FAO (Światowej Organizacji Żywności) i sekretarza
Europejskiej Komisji Rolnej, a w latach 1993-97 dyrektora departamentu
integracji europejskiej w Ministerstwie Rolnictwa. W wywiadzie dla "Gazety
Wyborczej" z 7 lutego 2002 Brzóska powiedział: "Myśmy już Unii dali
prezent, degradując rolnictwo przez ostatnich 12 lat - 2 mln ha wypadło z
uprawy, mamy o 3 mln krów mniej, 3 razy mniej bydła opasowego, 12 razy
mniej owiec (...). W tej chwili kraje Unii transferują z Polski około 4
mld euro zysków rocznie od kilku lat. Coroczna pomoc Unii to kilkaset
milionów euro". Największym prezentem danym przez Polskę Unii
Europejskiej jest to, że poprzez skrajne otwarcie się na eksport z UE
doprowadziliśmy do ogromnej nadwyżki eksportu do Polski nad importem. W
efekcie w Unii Europejskiej powstało około 1,5 miliona dodatkowych miejsc
pracy, a Polska straciła ich tyle samo. |
Czy
prawdą jest, że w rezultacie nadmiernego niekontrolowanego otwarcia rynku
polskiego dla zachodniego eksportu padły szczególnie cenne polskie
przemysły?
Fakt ten jest dość powszechnie potwierdzany przez
polskich ekonomistów. Na dowód odwołam się choćby do pracy wyraźnie
prounijnego ekonomisty doc. dr. hab. Andrzeja Karpińskiego, sekretarza
naukowego w pracach Komitetu Prognoz "Polska w XXI wieku" przy Prezydium
Polskiej Akademii Nauk "Unia Europejska -Polska. Dylematy przyszłości"
(Warszawa, 1998). Karpiński opowiada się za integracją Polski z UE, ale na
podstawie rzetelnego rachunku zysków i strat. Dlatego nie ukrywa swej
irytacji z powodu bardzo wysokich kosztów nazbyt lekkomyślnego otwarcia
polskiego rynku wobec ekspansji unijnego eksportu w pierwszej połowie lat
90. Pisze tam (s. 56-58), że "najbardziej niepokojący jest zakres
likwidacji po 1989 r. krajowej produkcji wyrobów finalnych w trzech
kluczowych przemysłach, a mianowicie w mikroelektronice (w tym również w
elektronice profesjonalnej, przemyśle komputerowym i sprzętu
telekomunikacyjnego) (...). Faktem jest, że w tych przemysłach straciliśmy
w ciągu ostatnich 6 lat 170 tys. miejsc pracy i to miejsc najcenniejszych,
bo wymagających najwyższych kwalifikacji i największych nakładów (...)".
Według Karpińskiego, "W takich wyrobach, jak komputery, elementy
elektroniczne czy aparatura optyczna, rynek nasz został zdominowany przez
import w 95-100 proc., w aparaturze medycznej (najbardziej opłacalna
dziedzina) w 95 proc., w maszynach biurowych w 90 proc., w aparaturze
pomiarowej w 75 proc., w sprzęcie telekomunikacyjnym, maszynach i
urządzeniach energetycznych, automatyce przemysłowej, wyrobach
farmaceutycznych, elektronice w 65-70 proc., w wyrobach przemysłu
lotniczego i urządzeniach elektroenergetycznych w powyżej 50 proc.
Tymczasem mikroelektronika, przemysł komputerowy i teletechniczny stanowią
(...) klucz do nowej ery cywilizacji informacyjnej". Karpiński
przypominał, że te gałęzie przemysłu padły u nas pod wpływem konkurencji
zagranicznej "i to nie zawsze w pełni uczciwej". Nie podjęto należytych
działań dla ich obronienia przed tą konkurencją. Karpiński powołuje się na
przykład na oceny środowiska elektroników, które uważało, że polską
elektronikę można było uratować pod warunkiem jej ochrony w okresie
przejściowym i zapewnienia środków na jej modernizację. Zdaniem
Karpińskiego, we wszystkich wspomnianych nowoczesnych przemysłach mogłaby
być inna sytuacja, gdyby w umowie o stowarzyszeniu z Unią zapewniono
przemysłowi elektronicznemu odpowiednią ochronę. Niezwykle ponura jest
dokonana przez Karpińskiego udokumentowana analiza, jak to po 1989 roku
zamiast unowocześnienia gospodarki jeszcze bardziej pogorszyliśmy naszą i
tak jedną z najbardziej przestarzałych struktur w skali makro w Europie.
Według Karpińskiego (op. cit., s. 71), właśnie w Polsce "po 1989 r. jednym
z następstw transformacji było zjawisko zwane w naszej literaturze
'uwstecznieniem struktury'. Nie występowało ono w takim nasileniu w innych
krajach. Należy przez to rozumieć zastępowanie wyrobów stanowiących
nowoczesne elementy tej struktury, najbardziej opłacalnych i wymagających
wyższej technologii, przez surowce, prymitywne półfabrykaty i podobne mało
wymagające technicznie elementy kooperacyjne. Zjawisko to wystąpiło w
Polsce po 1989 r. w skali nieoczekiwanej. Znalazło ono wyraz w trzech
płaszczyznach: a) w spadku udziału przemysłów wysokiej techniki w całej
produkcji przemysłowej z 6 proc. w 1989 r. do 4,9 proc. w 1995 r., co
niemal nie znajduje odpowiednika i precedensu we współczesnej Europie; b)
w znacznym wzroście udziału w eksporcie surowców i półfabrykatów kosztem
wyrobów wyżej przetworzonych. Szczególnie wzrost udziału surowców w
eksporcie był, jak na schyłek XX wieku i centrum Europy, zjawiskiem niemal
bez precedensu i daje wiele do myślenia; c) w likwidacji znacznej części
produkcji finalnej w wielu przemysłach na rzecz prymitywnych usług o
charakterze przerobu przemysłowego i podobnych elementów kooperacyjnych. W
sumie udział wyrobów przetworzonych w większym stopniu spadł z 40,5 proc.
do 30,7 proc. całej produkcji przemysłowej (wyroby wysokiej techniki i
dobra inwestycyjne razem), co prawie nie ma precedensu w Europie" [podkr.
- J.R.N.]. Neal Ascherson, jeden z najlepszych zachodnich obserwatorów
wydarzeń w Polsce od początku lat 80., autor książki "The Polish August
(1981)" ["Polski Sierpień (1981)"], pisał w artykule publikowanym na
łamach "The Independent" z 3 listopada 1991 r. o sytuacji w Polsce
powstałej w rezultacie realizacji planu Sorosa - Sachsa - Balcerowicza, iż
"(...) Zakłady przemysłowe, które potrzebowały tylko nowych maszyn, żeby
wejść na rynki zagraniczne, umierały z powodu braku kapitału. Lecz rządy
nie zrobiły niczego, nie udzieliły pomocy, odmówiły nawet przedstawienia
priorytetów co do tego, co powinno dziać się w przemyśle (...)".
|
Czy
prawdą jest, że Unia złamała swoje zobowiązania wobec Polski w sprawie
tempa otwierania rynków?
Były minister w rządzie Buzka Jerzy
Kropiwnicki pisał w "Życiu" z 19 września 1997 r. o wręcz szokującym
"złamaniu zobowiązań Unii Europejskiej wobec Polski, przypominając, że UE
zobowiązała się do asymetrii na korzyść Polski - czyli do takiego tempa
otwierania rynków, by to właśnie w Polsce powstawała nadwyżka w handlu
zagranicznym. Ta sama zasada w okresie stowarzyszania się kierowała
stosunkami gospodarczymi między Unią a Hiszpanią, Portugalią i Grecją.
Nadwyżka każdego ze słabszych partnerów miała być wykorzystywana na
modernizację gospodarki i poprawę jej konkurencyjności tak, by w momencie
pełnego włączenia we wspólny rynek nie uległa ona katastrofalnemu
załamaniu. W stosunkach między Polską a UE, jak widać, asymetria jest, ale
na korzyść Unii". |
Czy
Polska umiała wykorzystywać zapewnione jej w Układzie Europejskim klauzule
ochronne dla obrony swych interesów w handlu z UE?
Według
informacji zawartych w książce Elżbiety Kaweckiej-Wyrzykowskiej pt.
"Polska w drodze do Unii Europejskiej", nie umieliśmy wykorzystać tych
klauzul ze szkodą dla naszej gospodarki. Według autorki, "Polska bardzo
rzadko wykorzystywała klauzulę restrukturyzacyjną (art. 28 Układu
Europejskiego). (...) Praktycznie ani razu nie została podjęta próba
zastosowania tej klauzuli do ochrony nowo powstających przemysłów". Nie
zrobiono tego, mimo że jak pisze autorka: "W warunkach trudności
strukturalnych, przeżywanych przez wiele gałęzi polskiego przemysłu, jej
szersze wykorzystanie mogło złagodzić pewne problemy. W tej sytuacji
wydaje się, że głównymi powodami stosunkowo małego wykorzystania tej
klauzuli mogły być jednocześnie: brak informacji wśród zainteresowanych
producentów o możliwości zastosowania takich nadzwyczajnych środków
ochronnych (pamiętajmy, że klauzula ta nie jest typową klauzulą ochronną,
znaną w prawie międzynarodowym), niechęć kolejnych rządów do powoływania
się na tę klauzulę w obawie przed eskalacją protekcji w gospodarce oraz
brak w rządzie koncepcji restrukturyzacji 'najtrudniejszych' sektorów z
wykorzystaniem ochrony przed importem". Fakt braku wykorzystania
odpowiednich klauzul ochronnych dla ratowania zagrożonych gałęzi polskiego
przemysłu jest zarazem dowodem niekompetencji polskich organizatorów, jak
i złym prognostykiem na przyszłość. |
Czy
prawdą jest, że polskie rolnictwo ciężko zapłaciło za dopuszczenie do
zalewu dotowanej żywności z Unii?
Jest to niestety fakt
niepodważalny. Zygmunt Królak pisał w książce pt. "Polska wobec wyzwań XXI
wieku" (Warszawa 1999, s. 97-98), iż: "Saldo dodatnie obrotów artykułami
rolno-spożywczymi, wynoszące w roku 1990 ok. 900 mln USD, przekształciło
się w roku 1998 w saldo ujemne w wysokości 515 mln USD. Ustalona w roku
1991 w układzie stowarzyszeniowym z UE, nazywanym Układem Europejskim,
zasada asymetrii dostępu do rynku z korzyścią dla strony polskiej,
szczególnie w zakresie towarów rolno-spożywczych, przekształciła się w
swoje przeciwieństwo i działa na korzyść krajów Unii Europejskiej. Stąd
jako słuszne należy uznać stwierdzenia zawarte w (...) opracowaniu FAPA:
'Unia Europejska, będąc głównym partnerem handlowym Polski, stała się
największym beneficjentem liberalizacji handlu wprowadzonej w 1990 r.
Korzyści UE zostały wzmocnione postanowieniami Układu Europejskiego. W
efekcie na formalnej asymetrii dostępu do rynku zapisanej w Układzie
bardziej od Polski skorzystała Unia Europejska'. Do tej asymetrii na
korzyść krajów UE dochodzi jeszcze fakt, że w Układzie Europejskim
zawartym przez Polskę w roku 1991 zabrakło protokołu finansowego. Na
podstawie takich protokołów finansowych towarzyszących podobnym umowom
stowarzyszeniowym z Irlandią, Grecją, Hiszpanią i Portugalią, kraje te
otrzymały olbrzymią pomoc finansową przeznaczoną w znacznym stopniu na
wsparcie rolnictwa". Zachodni autorzy M. Smith i J. Reed pisali na
łamach brytyjskiego "Financial Times" w czerwcu 2000 r., iż: "Subsydia
wpłacane farmerom zachodnioeuropejskim w ramach Wspólnej Polityki Rolnej
(WPR) pozwalają im 'podcinać' niższymi cenami konkurentów zarówno na rynku
krajowym, jak i na rynkach zagranicznych, wskutek czego Polska odnotowuje
deficyt w handlu towarami rolnymi w wysokości pół miliarda dolarów (...).
I nawet wtedy, kiedy UE nalega na zmodernizowanie polskiego rolnictwa,
jednocześnie wstrzymuje przekazanie 150 mln dolarów pomocy technicznej,
dlatego że rząd polski nie powołał do życia - w należyty sposób -
potrzebnych w tym celu instytucji zarządzających. I wreszcie Bruksela
naciska na Polskę, aby wprowadziła w pełni tzw. acquis communautaire w
sferze rolnictwa - to znaczy dosłownie setki dyrektyw, z których wiele nie
będzie ani tanich, ani politycznie łatwych do przyjęcia, i to jeszcze
przed przystąpieniem do Unii. Bruksela nalega na to, mimo że jednocześnie
dąży do odłożenia dostępu Polski do pełnych subsydiów WPR na okres aż 11
lat po przyjściu tego kraju do Unii. W uzasadnieniu swej postawy UE
twierdzi, że Polska potrzebuje dogłębnej modernizacji swojego rolnictwa,
zanim będzie mogła otrzymywać subsydia WPR. Ale nie tak właśnie UE
zachowywała się w przeszłości. Grecja - ze swoim dużym i zacofanym
rolnictwem - zaczęła otrzymywać subsydia w pełnym wymiarze niemal
natychmiast po przystąpieniu do Unii w 1981 r." (cyt. za "Forum" z 25
czerwca 2000 r.). Dodajmy do tego, co przyznawano na łamach
amerykańskiego tygodnika "Newsweek" w 1999 r.: "Europa nie wydaje się
usatysfakcjonowana tym, iż jej nadwyżki w handlu żywnością z Polską są aż
tak duże. W ubiegłym roku, po załamaniu się gospodarki Rosji, Unia
przejęła część polskiego eksportu żywności do tego kraju. Polacy nie
przegrali konkurencji wolnorynkowej, lecz padli ofiarą poważnych subsydiów
eksportowych UE" (cyt. za "Wprost" z 26 grudnia 1999 r.).
|
Czy
prawdą jest, że UE niejednokrotnie stosowała nieuczciwe praktyki
ograniczające eksport polskich produktów do Unii?
Było tak
niejednokrotnie. Szeroko pisała o tym Elżbieta Kawecka-Wyrzykowska w
wydanej przez Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne w 1999 r. książce "Polska w
drodze do Unii Europejskiej". Według autorki, Unia Europejska nieraz
zaskakiwała polskich dostawców, "wprowadzając praktycznie 'z dnia na
dzień' nowe utrudnienia polskim eksporterom, zwłaszcza artykułów rolnych.
Stosuje też dość arbitralne reguły w procedurach antydumpingowych".
Zdaniem E. Kaweckiej-Wyrzykowskiej, zastosowane przez UE procedury, "a
często ich brak (np. wprowadzanie ograniczeń importowych w piątek z datą
obowiązywania od poniedziałku, co utrudniało dotarcie do eksportu 'w
drodze') oraz nadmiernie restrykcyjne środki (np. zakaz importu mięsa i
żywych zwierząt parzystokopytnych pod pretekstem pryszczycy, której - jak
się później okazało - nie było w Polsce) nie miały często - zdaniem strony
polskiej - dostatecznego uzasadnienia. Tworzyły one nieuzasadnione
dolegliwości w eksporcie do Unii i miały negatywny wpływ na polski
eksport, a także na atmosferę wzajemnych stosunków. Ponadto posunięcia
restrykcyjne Wspólnoty niwelowały nierzadko koncesje, jakie wcześniej
zostały przyznane polskim dostawcom". W kwietniu 1993 r. doszło do
szczególnie wymownego zademonstrowania hipokryzji polityki UE wobec Polski
- tzw. wojny pryszczycowej. Komisja Europejska w oparciu o fałszywe
zarzuty o rzekomej pryszczycy w Europie Środkowej i Wschodniej wprowadziła
zakaz importu na terytorium Dwunastki produktów chowu i zwierząt rzeźnych.
Jak pisała E. Kawecka-Wyrzykowska, decyzja ta "szczególnie brzemienna w
skutki zwłaszcza dla Polski, która eksportowała znaczne ilości bydła i
owiec do WE (w tym czasie Polska była największym wśród tych krajów
dostawcą młodego bydła opasowego i cieląt do WE), została podjęta bez
jakichkolwiek konsultacji z krajami, których zakaz ten dotyczył. Wzbudziła
tym większe zdziwienie, że w Polsce od 1972 r. nie stwierdzono pryszczycy
i kraj był uznawany za wolny od tej choroby" . W rezultacie postawienia
przez EWG fałszywych zarzutów o rzekomej pryszczycy w Polsce kraj nasz
stracił około 30-32 mln USD z tytułu niezrealizowanego eksportu żywca (wg
J.K. Bielecki: Zarzut pryszczycy był wybiegiem EWG, "Życie Warszawy", 16
lipca 1993 r.). Minister Bielecki publicznie stwierdził, że pryszczyca
była tylko wybiegiem EWG, użytym w celu wypchnięcia Polski z rynku
Wspólnoty (tamże). Warto w tym kontekście przytoczyć uwagi Jacka
Saryusza-Wolskiego, przed kilku laty pełnomocnika rządu do spraw
integracji europejskiej oraz pomocy zagranicznej, skądinąd na ogół niezbyt
skorego do eksponowania ciemniejszych stron w naszych stosunkach z EWG. W
wywiadzie dla "Wprost" z 8 sierpnia 1993 r. Saryusz-Wolski mówił o
wyraźnym nasilaniu się tendencji protekcjonistycznych w EWG, które
doprowadzają do tego, że władze EWG "tylnymi drzwiami wprowadzają różne
obostrzenia". I tak na przykład pod pretekstem występowania pryszczycy w
Polsce wprowadzono wobec nas różne ukryte restrykcje handlowe, sprzeczne z
art. 30 umowy przejściowej. Później EWG przyznała, że pryszczyca nie
występuje na polskim terytorium, ale Polska poniosła w tym czasie znaczące
straty. I nawet po różnych negocjacjach odblokowano tylko 70-80 proc.
polskiego eksportu cieląt i jagniąt. Duże straty polskiej stronie
przyniosło też wprowadzenie przez EWG cen minimalnych na wiśnie, sprzeczne
z duchem wzajemnego układu. |
Jak
wielki jest stopień realizacji zobowiązań prywatyzacyjnych przez firmy
zachodnie, które kupiły sprywatyzowane zakłady w
Polsce?
Szczególnie jaskrawym przykładem oszustw stosowanych
przez firmy zachodnie wobec Polaków jest nagminne łamanie oficjalnie
podpisanych przez nie zobowiązań prywatyzacyjnych. Pisał o tym szerzej
m.in. wspomniany już ekonomista Andrzej Karpiński, akcentując, że liczne
firmy łamią zobowiązania zarówno co do inwestycji modernizacyjnych czy
"utrzymania dotychczasowego profilu produkcji, jak i utrzymania przez
pewien czas dotychczasowej załogi, co powoduje przerzucanie kosztów
zasiłków dla bezrobotnych na fundusze państwowe". Wszystko zaś to się
dzieje przy braku właściwej reakcji ze strony naszych odpowiednich
ministerstw. A. Karpiński zacytował m.in. oświadczenie Polskiego Lobby
Przemysłowego w odniesieniu do przemysłu telekomunikacyjnego, głoszące iż:
"Zawarte porozumienia z firmami, które opanowały rynek polski, stały się
nic nieznaczącymi papierami (...). Praktycznie żadna z zagranicznych firm
nie wywiązała się z zobowiązań. Dokumenty podpisane przez ministrów nie
zawierają żadnych klauzul, pozwalających na dochodzenie strat poniesionych
przez fabryki przemysłu teletechnicznego". Wszystko to jest bardzo
niedobrym prognostykiem na przyszłość, dowodzącym jak bardzo
instrumentalnie byliśmy i jesteśmy traktowani przez różne przedsiębiorstwa
z Zachodu, o których interesy przedstawiciele UE zawsze gotowi są jednak
się upominać (vide najświeższy casus Eureco), w odróżnieniu od naszych
ministerstw. |
Czy
mieliśmy i mamy odpowiednich negocjatorów w stosunkach z
Unią?
Cały czas w naszych negocjacjach z UE ciężko płaciliśmy
za brak prawdziwie kompetentnych i twardych negocjatorów w rozmowach z UE.
Dowodem był chociażby fatalnie wynegocjowany układ o stowarzyszeniu się z
UE, który w gruncie rzeczy otworzył tylko szanse maksymalnej ekspansji
eksportu UE do Polski. Nie posiadali zdecydowanego, twardego stylu
negocjowania w obronie interesów narodowych kolejni negocjatorzy ze strony
"rządów prawicowych" - od Jacka Saryusza-Wolskiego po Jana Kułakowskiego.
"Z kolei negocjatorzy postkomunistycznych rządów odznaczali się i
odznaczają nie tyle zaangażowaniem w obronie interesów gospodarczych
Polski, co w zabezpieczeniu interesów SLD. Jacek Saryusz-Wolski uskarżał
się w "Gazecie Wyborczej" z 1 października 1996 r., że rząd [zdominowany
przez SLD - J.R.N.] "pozbył się fachowców i sprawami integracji zajmują
się ludzie z aparatu partyjnego rządzącej koalicji". Jerzy Kropiwnicki,
późniejszy minister w rządzie Buzka uskarżał się w "Życiu" z 19 września
1997 r. na zdominowany przez SLD rząd koalicyjny za brak interwencji w
Brukseli przeciwko rażącej asymetrii na niekorzyść Polski. Kropiwnicki
stwierdził m.in.: "Obawiam się, że przedstawiciele rządu nie do końca
wiedzą, że ich zadaniem jest reprezentowanie Polski wobec Unii, a nie
interesów Unii w Polsce. Przykro słuchać, gdy zdawałoby się poważni ludzie
za powód do swej chwały uważają, iż są w Brukseli przyjmowani lepiej niż
ich poprzednicy z ekip 'solidarnościowych'. Powinno ich to raczej
niepokoić". Sytuacja powtórzyła się po dojściu do władzy ekipy Millera
w 2001 r. - dość przypomnieć jakże wielkie i niefortunne ustępstwa W.
Cimoszewicza. Trudno uznać za korzystne dla Polski wyznaczenie na głównego
negocjatora z UE Jana Truszczyńskiego, b. współpracownika służb
specjalnych PRL. Były poseł do Sejmu RP, mecenas Edward Wende, nie bez
racji stwierdził w tym kontekście w "Życiu" z 22 listopada 2001 r.:
"Uważam, że to wyjątkowo niezręczna sytuacja. Człowiek, który inwigilował
w przeszłości Unię Europejską, ma teraz z Unią negocjować. Partnerzy będą
patrzeć na niego podejrzliwym okiem. Urzędnicy Unii oczywiście wczoraj
oświadczyli, że rozliczenie przeszłości negocjatora to wewnętrzna sprawa
Polski. Nie mogą powiedzieć nic innego. Ale przecież będą o tym pamiętać.
Są z pewnością wśród nich tacy, o których Truszczyński niegdyś pisał do
centrali w Warszawie. Uważam, że można znaleźć człowieka o równie wysokich
kwalifikacjach, a zarazem bez takich obciążeń z przeszłości. Byłoby to z
pożytkiem dla naszych negocjacji". Niefortunny również był na pewno
wybór byłego sekretarza KC PZPR Sławomira Wiatra na człowieka
odpowiedzialnego za promocję spraw integracji z UE w Polsce. Co najgorsze,
widać wyraźnie, że najważniejszym celem dla SLD w jego staraniach o jak
najszybsze przystąpienie do Unii jest zabezpieczenie dla "swych" ludzi
2,5-3 tys. wyjątkowo dobrze płatnych etatów w strukturach UE po wejściu
Polski, etatów z niewielkim opodatkowaniem i bardzo szybkimi emeryturami.
I właśnie te perspektywy postawienia głównie na SLD-owskich karierowiczów
wydają się szczególnie niebezpieczne z punktu widzenia polskich interesów.
W bardzo trudnej sytuacji Polski po ewentualnym wejściu do UE w
zmierzeniu z aspiracjami dużo bardziej doświadczonych i przebiegłych
zachodnich partnerów wiele zależałoby od tego, kogo skierowalibyśmy do
bronienia polskich interesów gospodarczych w różnych decyzyjnych i
administracyjnych strukturach Unii. Musieliby to być ludzie o wielkich
walorach profesjonalnych i świetnie rozumiejący interesy swego kraju. Już
dziś można niestety wątpić, że znajdą się tam ludzie o takich właśnie
kwalifikacjach, w sytuacji zdominowania całego procesu negocjacji z UE
przez SLD. Celnie wyraził swe obawy w tym względzie dyrektor programowy
Centrum Stosunków Międzynarodowych Marek A. Cichocki, pisząc w
"Rzeczpospolitej" z 20 lutego 2002 r.: "Niestety, sposób, w jaki
przygotowuje się w Polsce mechanizm naboru polskich obywateli do
instytucji UE, nie nastraja optymistycznie. Kwestia ta zostanie
prawdopodobnie 'skolonizowana' przez obecne partie władzy przy całkowitej
obojętności partii opozycji. Kryterium partyjne będzie więc dominowało na
kryterium profesjonalizmu czy interesem państwa". |
Czy
25-procentowe dopłaty bezpośrednie UE dla polskich rolników obalą wszelkie
szanse na konkurencyjność polskiego rolnictwa z dotowanymi w 100 proc.
rolnikami UE?
O sprawie tej wielokrotnie pisano już w prasie i
mówiono w wypowiedziach rozlicznych polityków, nie tylko polskich, ale i
innych krajów kandydujących do UE. Opinie były na ogół w 95 procentach
zgodne. Stanowisko UE w tej kwestii jest absolutnie krzywdzące dla
rolników z naszego regionu i zmierza wyraźnie do utrwalenia ich w UE jako
rolników drugiej kategorii. Wicepremier i minister rolnictwa Jarosław
Kalinowski powiedział w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" z 23-24 lutego
2002 r.: "Proszę zwrócić uwagę, jaką podwójną moralność Unia tu stosuje.
Mówi nam, byśmy z krajowego budżetu dołożyli rolnikom do tych 25 proc.,
które ona nam promuje, ale zastrzega, że nie możemy przekroczyć górnego
pułapu, jaki mają farmerzy w Unii, tzn. nie wolno nam dołożyć więcej niż
75 proc. Bo gdyby polscy rolnicy mieli większe dopłaty niż unijni, to by
zachwiało warunkami konkurencji. Czyli jak oni mają więcej, to dobrze, ale
jak nasi mieliby więcej, to niedobrze. Taka mentalność
Kalego". Dyrektor Ośrodka Studiów Europejskich Uniwersytetu Śląskiego
Jędrzej Krakowski stwierdził zaś w artykule "Mechanizm rozwoju" na łamach
"Gazety Wyborczej" z 15 marca 2002 r., że: "Nieprzyznanie rolnikom w
nowych krajach członkowskich identycznych praw, jakie posiadają rolnicy
Piętnastki, spowodowałoby wyeliminowanie ich z rynku, czyli bankructwo".
|
Czy narzucone przez Unię Europejską limity produkcyjne w
rolnictwie skazują nas na bycie wiecznym importerem?
Dotąd
ciągle niedostatecznie docenianą groźbę dla polskiego rolnictwa stanowią
wyznaczane Polsce przez Unię Europejską nazbyt małe limity produkcji w
różnych dziedzinach, grożące fatalnymi skutkami dla polskiej wsi. Nie bez
racji jeden z czołowych polityków PSL Stanisław Kalemba oburzał się na
rozmiary tych limitów, pytając: "Jak można zaproponować limity poniżej
samowystarczalności, czyli poniżej potrzeb żywnościowych ponad
40-milionowego narodu?" (cyt. za "Gazetą Wyborczą" z 18 lutego 2002
r.). Jak bardzo krzywdzące są limity produkcyjne w rolnictwie, które
Unia Europejska próbuje narzucić Polsce, można było przekonać się choćby z
opublikowanego 19 lutego 2002 r. w tak prounijnej "Rzeczpospolitej" tekstu
Edmunda Szota "Za małe limity. Rolnictwo. Co proponuje Bruksela". Według
Szota, "Unia Europejska wyliczyła Polsce limity, biorąc za podstawę lata
1995-1999, kiedy nasza produkcja rolna była znacznie niższa niż w drugiej
połowie lat 80. (...) W latach 90. popyt na żywność był zduszony spadkiem
dochodów ludności, a szeroko otwarte granice nie stanowiły żadnej zapory
dla importu dotowanej żywności z Unii Europejskiej. W dodatku polskie
rolnictwo dotknęły wcześniej dwie potężne susze (w 1992 i 1994 r.) oraz
'powódź stulecia' (w 1997 r.)". "W rezultacie działania tych wszystkich
czynników Polska od 1993 r. stała się trwałym importerem żywności, choć ze
względu na potencjał produkcyjny swojego rolnictwa powinna być liczącym
się eksporterem nadwyżek produkowanych. Dlatego zdaniem naszego środowiska
rolniczego za podstawę ustalenia limitów produkcji powinno się wziąć lata
wcześniejsze, kiedy produkcja rolna w Polsce była znacznie wyższa. W
stosunku do lat 80. szczególnie mocno zmniejszyło się w Polsce pogłowie
bydła, w tym krów, oraz spadła produkcja mleka i przetworów mleczarskich.
W chowie owiec doszło do prawdziwej katastrofy: ich pogłowie zmniejszyło
się kilkunastokrotnie". Podobne dane znajdujemy w zamieszczonym 7
lutego 2002 r. w "Gazecie Wyborczej", cytowanym tu już wcześniej,
wywiadzie z takim fachowcem od spraw rolnych, jak Marian Brzóska.
Powiedział on m.in.: "Myśmy już Unii dali prezent, degradując rolnictwo
przez ostatnich 12 lat - 2 mln ha wypadło z uprawy, mamy o 3 mln krów
mniej, 3 razy mniej bydła opasowego, 12 razy mniej owiec". Bardzo mocno
skrytykował obecnie proponowane przez Unię limity produkcyjne dla Polski
wicepremier i minister rolnictwa Jarosław Kalinowski. W wywiadzie dla
"Gazety Wyborczej" z 23-24 lutego 2002 r. powiedział: "Komisja na
podstawie danych z lat 1995-1999 wyliczyła średni plon zbóż, ten plon ma
być podstawą do wyliczenia dopłat bezpośrednich do upraw polowych) - są
one dla nas niekorzystne. Bruksela oparła je na latach, w których spadły
na nas klęski żywiołowe. Faktycznie Unia chce ograniczenia naszej
produkcji". Według cytowanego artykułu E. Szota w "Rzeczpospolitej":
"Propozycje limitów produkcyjnych wyliczonych przez Unię powinny opierać
się na szacunkach produkcji i spożycia żywności. Tymczasem z ich analizy
wynika, że w następnych latach Komisja nie przewiduje w Polsce wzrostu
stopy życiowej oraz towarzyszącego temu wzrostowi popytu na
żywność. Naukowcy oceniają, że w Polsce występują obszary nędzy, w
których spożycie jest znacząco niższe niż w innych grupach społecznych.
Przyznane limity oznaczają, że gdyby sytuacja tych ludzi poprawiła się,
Polska musiałaby zwiększyć import żywności". Zdaniem polskich
ekspertów, z głównym negocjatorem w sprawach rolnych wiceministrem
rolnictwa Jerzym Plewą na czele, "bez powiększenia kwot nie będzie miejsca
na unowocześnianie produkcji. Utrzymanie ich na proponowanym przez Unię
poziomie oznacza, że blisko połowa obecnie istniejących w Polsce
gospodarstw będzie musiała przestać istnieć, żeby dać miejsce na rynku na
rozwój większych i nowocześniejszych gospodarstw. Polska musi też uważać,
by nie wpaść w pułapkę, w jaką wchodząc do Unii wpadła Hiszpania.
Hiszpanie wynegocjowali za małą kwotę mleczną na rynek krajowy i w
rezultacie przez pierwsze lata członkostwa w UE musieli importować mleko"
("Gazeta Wyborcza" z 11 lutego 2002 r.). Tym, których może szokować tak
egoistyczny dyktat UE wobec Polski w sprawie limitów produkcyjnych w
rolnictwie, warto przypomnieć publikowane w październiku 1997 r. w
paryskiej "Kulturze" uwagi b. zastępcy szefa polskiej sekcji BBC Andrzeja
Koraszewskiego: "Unia Europejska, Światowy Bank, Stany Zjednoczone (...)
będą się stanowczo opierały programom radykalnego zwiększenia produkcji
rolnej w Polsce. Pamiętajmy, że Polska mogłaby zwielokrotnić swoją
produkcję rolną, a rynek żywności jest terenem najbardziej drapieżnego
konfliktu interesów i, oczywiście, próby wspomagania wzrostu produkcji
żywności w Polsce będą natrafiały na opór zachodnich sojuszników".
|
Czy będziemy dopłacać do Unii Europejskiej w pierwszych latach
po przystąpieniu do niej?
Istnieje taka bardzo poważna groźba,
wbrew licznym wcześniejszym zapewnieniom naszych euroentuzjastów,
zapowiadających prawdziwy "deszcz unijnych subwencji", jaki spadnie na
Polskę po wejściu do UE (por. np. tego typu bałamutne stwierdzenia Adama
Krzemińskiego w postkomunistycznej "Polityce" z 24 lipca 1999 r.). Nie kto
inny, jak prof. Elżbieta Chojna-Duch (b. wiceminister finansów w rządach
Pawlaka i Oleksego) ostrzegała niedawno przed tym, że możemy stać się
"płatnikiem netto na rzecz innych państw europejskich lub będziemy w
pierwszym okresie kredytować Unię" (podkr. - J.R. N.). Te szokujące
ostrzeżenia, że biedna Polska będzie kredytować bogatą Unię, znalazły się
w opublikowanym, jak dotąd w mikroskopijnym nakładzie 100 egzemplarzy,
dwutomowym zbiorze referatów na sesji pt. "Dobre Państwo - kryteria,
wskaźniki, diagnoza i zalecenia" (Wydawnictwo Wyższej Szkoły
Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego). Prof.
Chojna-Duch wyjaśniła również bardziej szczegółowo, dlaczego istnieje
groźba, że będziemy "płatnikiem netto" (czyli dopłacać do UE po wstąpieniu
do niej): "W projektach realizowanych ze środków unijnych najpierw
trzeba włożyć własne środki finansowe na dany projekt, a dopiero później
można uzyskać ich refundację. Jest to odłożenie w czasie momentu, kiedy
środki trzeba ponieść i następnie odzyskać, co równocześnie oznacza, że
trzeba je posiadać. Czynnikiem niekorzystnym będzie też to, że wpłaty
do budżetu unijnego, w formie składki, należy wnosić w rytmie miesięcznym
(dochody z ceł w dwa miesiące od ich uzyskania), zaś pierwsze transfery
strukturalne mogą pojawić się najwcześniej po kilku lub nawet kilkunastu
miesiącach (wynika to z ww. procedury zatwierdzania wniosków i
refinansowania zatwierdzonych wcześniej realizacji programów)". Coraz
wyraźniejsza staje się groźba, że Polska zostanie gruntownie "wykiwana" po
wejściu do UE i zamiast rzekomej obfitej pomocy, mającej umożliwić
przyspieszenie modernizacji struktur gospodarczych kraju, będzie wspierać
swymi wyciskanymi na narodzie podatkami zamożne kraje bogatego Zachodu. Z
otwartym ostrzeżeniem na ten temat wystąpił publicysta "Życia" Krzysztof
Rak w tekście "Europejski gwóźdź do trumny SLD" ("Życie" z 19 lutego 2002
r.). Przypomniał on, że np. Hiszpania w pierwszym roku swego członkostwa
we Wspólnocie była płatnikiem netto, dokładając do budżetu UE więcej, niż
z niego brała. Jeśli tak się stało z Hiszpanią, dużo lepiej przygotowaną
od nas do gospodarczego konkurowania z krajami bogatego Zachodu i mającą
dużo kompetentniejszych niż Polska negocjatorów, to co stanie się z Polską
po wejściu do UE? Rak twierdzi, że: "Polscy negocjatorzy są świadomi, że
nie będziemy mieli do czynienia z żadnym euro-eldorado, co więcej, że
istnieje zagrożenie, iż to właśnie Polska będzie dopłacać do unijnego
interesu. Niestety, tego nie są w stanie zrozumieć politycy, którzy wciąż
roztaczają przed Polakami finansowe miraże. Rozczarowanie społeczeństwa
mamionego deszczem unijnych pieniędzy może doprowadzić rząd Leszka Millera
do upadku." Z podobnym ostrzeżeniem wystąpił w lutym 2002 r. poseł PSL
Bogdan Pęk, komentując propozycje Unii Europejskiej w sprawie skrajnie
zaniżonych dopłat dla polskich rolników: "Według tych propozycji bylibyśmy
płatnikiem netto, po tych ogromnych wyrzeczeniach, jakie polska gospodarka
poniosła w okresie dostosowawczym. W sferze rolnej i dostępu do rynków
pracy to jest rzeczywisty skandal. (...) Nikt przy zdrowych zmysłach
takich warunków przyjąć nie może". Jednoznaczne przekonanie o tym, że
grozi nam dopłacanie do UE po przystąpieniu do Wspólnoty, wyrażają
publicyści "Najwyższego Czasu". I tak na przykład Miłosz Marczuk w tekście
"Dopłacimy" ("Najwyższy Czas" z 23 lutego 2002 r.) dowodził w oparciu o
bardzo szczegółowe obliczenia, iż: "Miliard euro - takiej sumy wcale nie
dostaniemy od UE. Wiele wskazuje na to, że właśnie tyle będziemy dopłacać
bogatym krajom europejskim". Z podobną konstatacją wystąpił Tomasz Sommer
w "Najwyższym Czasie" z 2 marca 2002 r., alarmując czytelników: "W roku
2002 (jeśli rzeczywiście wtedy zostaniemy przyjęci do UE) na pewno
dopłacimy do budżetu Unii (i to być może nawet pół miliarda euro)". W
tym kontekście warto zwrócić uwagę na znamienną, choć mało nagłośnioną
decyzję Komitetu Integracji Europejskiej z końca lutego 2002 r. Otóż
według Andrzeja Stankiewicza ("Dajcie więcej, weźcie mniej"
"Rzeczpospolita" z 23 lutego 2002 r.): "Nie będziemy się domagać od
Brukseli pełnych dopłat dla rolników już od pierwszego dnia członkostwa w
UE. Kierowany przez premiera Komitet Integracji Europejskiej zdecydował w
piątek, że nasz cel to wynegocjowanie takich warunków finansowych, żebyśmy
do budżetu Unii nie wpłacali więcej niż z niego dostaniemy". Co to
oznacza? Wyraźnie widać, że zagrożenia, iż Polska będzie płatnikiem netto,
nie są wcale wydumane, jeśli sam Komitet Integracji Europejskiej uznał za
swój podstawowy (trzeba przyznać bardzo minimalny) cel dążenie, abyśmy nie
dopłacali więcej do budżetu UE niż wpłacamy! Sam wicepremier i minister
rolnictwa Jarosław Kalinowski tak wyjaśniał w wywiadzie dla "Gazety
Wyborczej" z 23-24 lutego, dlaczego obawia się, że w pierwszym roku po
wejściu Polski do UE może się okazać, iż nasza składka płacona do budżetu
Unii będzie większa niż sumy, jakie dostaniemy: "To są analizy
przeprowadzone w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej na podstawie
danych finansowych Komisji Europejskiej. Nasza składka będzie wynosiła ok.
2,5 mld euro rocznie. Pamiętajmy, że składkę płacimy z góry, od razu w
pierwszym roku, w ratach co dwa miesiące. Dopłaty dla rolników Unia daje z
dołu, czyli najpierw z budżetu musimy rolnikom dać pieniądze, a w
następnym roku Unia nam to zwróci. Oddzielny temat to pieniądze unijne z
funduszy strukturalnych. W pierwszym roku od akcesji wykorzystamy tylko
niewielką ich część, gdyż barierą będzie brak środków na współfinansowanie
projektów - budżet będzie obciążony składką i dopłatami. To wszystko
sprawia, że w pierwszym roku możemy dostać mniej niż damy".
|
Jakie mogą być skutki wejścia Polski do UE bez odpowiedniej
ochrony polskiego rolnictwa wobec tak silnie dotowanego rolnictwa państw
Zachodu?
Była wiceminister finansów prof. Elżbieta Chojna-Duch
ostrzegała przed bardzo niekorzystnymi dla polskiego rolnictwa
perspektywami w przypadku, gdy nie będzie odpowiednich zabezpieczeń.
Pisała w cytowanej już pracy "Dobre państwo...": "Według opinii prof. W.
Rowińskiego, kilka lat nierównych warunków konkurencji, a w konsekwencji i
cen niepokrywających kosztów produkcji co najmniej kilku podstawowych
produktów rolnych jest okresem wystarczającym do doprowadzenia polskiego
rolnictwa do stanu katastrofy. Tym bardziej, że równocześnie
przedstawiciele Unii proponują rezygnację z licznych dotychczasowych form
pomocy państwa (dopłat do paliwa, zakupu nawozów, do kredytów na cele
rolnicze i ulg w podatkach)". |
Czy po wejściu do Unii Europejskiej mogą jeszcze bardziej
nasilić się tendencje do podporządkowania polskich interesów interesom
silniejszych partnerów z Europy Zachodniej?
Tak, istnieje
bardzo poważne zagrożenie nasilenia się tendencji tego typu w sytuacji,
gdy struktury unijne są i będą zdominowane przez przedstawicieli krajów
zachodnich. Mało ich będzie obchodzić sytuacja Polski jako kraju dużo
słabszego, postawionego na wolnym rynku wobec dużo silniejszych i
bezwzględnych partnerów. Cytowany już przeze mnie wcześniej ekonomista
prounijny, ale z dużą dozą trzeźwości obserwacji - Andrzej Karpiński,
sekretarz naukowy w pracach Komitetu Prognoz "Polska w XXI wieku" przy
Prezydium Polskiej Akademii Nauk, ostrzegał, że wszelkie próby ochrony
Polski przed zagrożeniami wynikłymi w konfrontacji na wolnym rynku z
silniejszymi partnerami z Zachodu będą traktowane jako "dążenie do
obejścia legislacji Wspólnoty i krytycznie oceniane". Jak pisał
Karpiński: "Niektórzy urzędnicy Wspólnoty mają bowiem (...) bardzo
obcesowy i jednostronny stosunek do naszych interesów. Istnieje natomiast
tendencja ze strony urzędników i niektórych kół przemysłowych Unii do
ograniczania naszych uprawnień eksportowych do wyrobów najbardziej
prymitywnych, niskorentownych i pozbawionych szans na bardziej długotrwałą
specjalizację. Tendencje takie wystąpiły np. w negocjacjach dotyczących
hutnictwa żelaza, ale nie tylko. Nie wolno ich nie dostrzegać".
|
Czy po wejściu do Unii może dojść do dalszego znaczącego
zwiększenia bezrobocia w Polsce?
Przypomnę tu, że słynny
brytyjski miliarder James Goldsmith w wydanej w 1995 roku książce
"Pułapka" wymownie ostrzegał polskiego rozmówcę Radosława Sikorskiego:
"Proszę popatrzeć na Francję. Od roku 1974, kiedy zaczęła przechodzić od
preferencji dla państw Wspólnoty do ogólnoświatowego wolnego handlu,
liczba bezrobotnych wzrosła z 420 tys. do 5,1 mln częściowo
bezrobotnych". Jeśli takie bezrobocie dotknęło o ileż silniejszą od nas
gospodarczo Francję, to czegóż może się spodziewać po wejściu do Unii
Polska - słaba i bez elit broniących jej interesów narodowych? Ma liczyć
na niemieckiego "adwokata", który tyle razy już ją oszukał? Goldsmith
ostrzegał dalej Polaków: "Ci, którzy zostali zmuszeni do porzucenia roli i
zakładu przemysłowego, nie znajdą pracy w sferze usług. Proszę popatrzeć,
co stało się w wielu miejscach na świecie, jak też i w granicach Unii
Europejskiej. Ludzie zostali przegonieni ze swoich stanowisk pracy do
slumsów. Brazylia, jak już powiedziałem, jest tego wyrazistym przykładem
(...). To przesuwanie na inne stanowisko pracy, o którym Pan mówi,
doprowadzi do powstania ogromnych (...) miejskich dzielnic
nędzy". Zapytajmy, jaką mamy gwarancję, że miliony Polaków, którzy
zmuszeni zostaną przez politykę rolną UE do opuszczenia roli, nie staną
się mieszkańcami ogromnych miejskich slumsów? |
Czy kraje Europy Zachodniej popierają przyspieszenie rozwoju
nauki w Polsce?
Zdawałoby się, że odpowiedź jest bardzo prosta
i musi brzmieć jednoznacznie - tak. Słowo europejskość powinno przecież do
czegoś zobowiązywać, a więc także do wspierania jak najsilniejszego
rozwoju nauki, oświaty, kultury. Zdawałoby się, ale dla bogatych krajów UE
liczą się tylko własne interesy, a w tych interesach, bardzo egoistycznie
pojmowanych, wcale nie leży przyspieszenie rozwoju nauki w Polsce, które
mogłoby oznaczać zarazem przyspieszenie polskiego rozwoju gospodarczego, a
więc i zwiększenie konkurencyjności gospodarczej Polski. Wyraźnie
powiedział o tych realiach w grudniu 2001 r. profesor Bogdan Ney z Centrum
Upowszechniania Nauki Polskiej Akademii Nauk. Mówiąc o różnych wciąż
kursujących mitach, prof. Ney ostro skrytykował zmitologizowaną wiarę w
cudzą opiekę nad polską nauką. Powiedział: "Wchodzimy do Unii
Europejskiej, polska nauka już uczestniczy w piątym programie ramowym UE,
niebawem będziemy startować do szóstego programu ramowego, jesteśmy
członkami OECD, współpracujemy naukowo dwustronnie i wielostronnie z
wieloma innymi państwami i instytucjami międzynarodowymi; czy - wobec tego
- potrzebna jest nam własna polityka naukowa, a zwłaszcza własna strategia
i program rozwijania zaawansowanej techniki? Otóż nie tylko przekonanie
własne, lecz i doświadczenia innych krajów wskazują, że wiara w cudzą
opiekę i zewnętrzne sterowanie rozwojem jest mitem. Zresztą na czymże
miałaby ona polegać? Czyż inni mieliby mieć cel w budowaniu sobie pod
bokiem konkurenta, który byłby zdolny do opanowywania intratnych sektorów
rynku? Pokłosie prywatyzacji polskiej gospodarki, zwłaszcza przez kapitał
zagraniczny i międzynarodowy przejmujący duże zakłady przemysłowe,
potwierdza tezę, iż sami musimy dbać o własne interesy, również - a może
zwłaszcza - w sektorze zaawansowanej techniki". (Cytowane za
przedstawianym już wcześniej wydawnictwem Wyższej Szkoły
Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego: "Dobre
państwo...", Warszawa, styczeń 2002 r., cz. II). Jak wiadomo, w Polsce
po 1989 roku ciągle trwa proces degradacji nauki, zapoczątkowany już w
czasach rządów komunistycznych. Wbrew zapisom "Okrągłego Stołu" w 1989
roku, że wydatki na naukę będą stanowić 3-4 proc. dochodu narodowego,
zaczęły one spadać w zastraszającym tempie - z 1,2 proc. dochodu
narodowego w 1990 r. do 0,8 proc. w 1991 r., a w prowizorium na I kwartał
1992 r. zaledwie 0,4 proc. W 1995 roku nakłady na naukę w budżecie
wynosiły 0,53 proc. Produktu Krajowego Brutto (w tym czasie w Japonii 2,98
- PKB, w Niemczech - 2,88). Słynny francuski fizyk, laureat Nagrody
Nobla, Georges Charpak, powiedział w 1997 roku: "Dowiedziałem się, że
Polacy przeznaczają 0,5 proc. swego dochodu narodowego na badania naukowe
i pomyślałem sobie, że musicie być chyba niespełna rozumu. (...) Wasze 0,5
proc. to dywersja przeciw Polsce i jej talentom. To zbrodnia". Słynne było
stwierdzenie byłego rektora Uniwersytetu Warszawskiego prof. Andrzeja
Kajetana Wróblewskiego pod adresem wicepremiera i ministra finansów Leszka
Balcerowicza, zarzucające mu, że: "Pan polubił plan zamordowania nauki
polskiej". Sekretarz Naukowy Komitetu Prognoz "Polska XXI wieku" przy
Prezydium Polskiej Akademii Nauk doc. dr hab. Andrzej Karpiński pisał w
cytowanej już książce "Unia Europejska - Polska. Dylematy przyszłości":
"Ocenia się u nas, że po 1989 r. z Polski wyjechało na stałe około 150
tys. osób z wyższym wykształceniem, z tego co najmniej 1/5 naukowców. Kraj
opuściło już na stałe 20-30 proc. naukowców niektórych specjalności,
pogłębiając i tak mocno odczuwalną lukę pokoleniową w nauce. W przypadku
pełnej integracji niebezpieczeństwo to może się zwiększyć, zwłaszcza w
świetle obecnie bardzo popularnej na Zachodzie tezy o 'globalizacji'
młodzieży, a więc o potrzebie wychowania nowego pokolenia już o
identyfikacji europejskiej, a nie narodowej". Po prywatyzacji wielu
polskich zakładów okazało się, że kupujące je przedsiębiorstwa zachodnie
wcale nie są zainteresowane utrzymywaniem, a tym bardziej rozwijaniem
dotychczasowego polskiego zaplecza naukowo-badawczego w przejętych
przedsiębiorstwach. Według A. Karpińskiego: "Po prywatyzacji niektórych
zakładów, w tym zwłaszcza z udziałem kapitału zagranicznego, wyniki prac
badawczych i nowe technologie kupowane są wyłącznie za granicą, często w
pakietach. Towarzyszyło temu również słabnięcie kooperacji między
przemysłem a zewnętrznym zapleczem badawczo-rozwojowym. Przykładem tego
może być Politechnika Krakowska, w której silnie rozwinięta współpraca z
Fiatem, po prywatyzacji tego zakładu, została sprowadzona niemal do zera.
Istnieją zatem uzasadnione obawy, że po integracji zjawiska te mogą się
nasilić. O tym, że nie jest to zagrożenie tylko teoretyczne, świadczą
doświadczenia innych krajów Unii, zwłaszcza krajów Europy Południowej, a
częściowo również i Północnej (Irlandia). Jak stwierdza publicysta
zachodni: 'Już dziś kraje południowoeuropejskie, jak Hiszpania,
Portugalia, Grecja - są praktycznie ogołocone z naukowców'". Inny
polski naukowiec - Leszek Kuźnicki pisał na łamach "Nowego Życia
Gospodarczego" (nr 19 z 1997 r.), iż: "Za poważny błąd uważam, że nie
wymagamy od kapitału zagranicznego, który napływa do nas, i nie
negocjujemy z nim w umowach obowiązku zakładania w Polsce laboratoriów na
wzór zachodni. Tam większość korporacji utrzymuje własne instytuty czy
ośrodki myśli technologicznej, w których udoskonala swoje produkty". Z
książki Andrzeja Karpińskiego jednoznacznie wynika, że w miarę wzrostu
udziału kapitału zagranicznego w przedsiębiorstwach wyraźnie postępuje
zmniejszanie się zaplecza badawczo-rozwojowego. W niektórych z przemysłów
o najwyższym udziale spółek z kapitałem zagranicznym nastąpiła niemal
całkowita likwidacja zakładowego zaplecza badawczo-rozwojowego (A.
Karpiński: op. cit., s. 122). Przypominając, że w krajach UE w zapleczu
tym pracuje 1,21 proc. wszystkich zatrudnionych, podczas gdy w Polsce
tylko 0,45 proc., Karpiński stwierdził, że każdy spadek powiększa tylko
dystans między nami, a tymi krajami. I dodawał: "Nie wróży to najlepiej
konkurencyjności naszej gospodarki, zwłaszcza opartej na innowacyjności, a
nie na niższych cenach". Czy musimy się jednak dziwić temu, że
zachodnioeuropejskie przedsiębiorstwa nie są wcale zainteresowane
konkurencyjnością naszej gospodarki wobec nich, a wręcz przeciwnie? Jak
się trafiło na głupich czy sprzedajnych, to trzeba to wykorzystać do końca
- oto ich styl myślenia. |
Jak "niemiecki adwokat" pomagał i pomaga
Polsce?
Przez całe lata w mediach "częstowano" nas mitem o
Niemczech jako rzekomym "najlepszym adwokacie Polski" w Unii Europejskiej.
Bronisław Geremek jako minister spraw zagranicznych szumnie deklarował ex
cathedra o rzekomym cudzie pojednania między Polską a Niemcami. W
rzeczywistości zaś między obu krajami mamy nie cud, lecz "kicz pojednania"
(określenie użyte przez najbardziej znanego niemieckiego korespondenta w
Polsce Klausa Bachmanna). Nawet w znanej niemieckiej gazecie "Süddeutsche
Zeitung" można było już wiosną 2001 roku przeczytać stwierdzenia
podważające słuszność rzekomego mitu o dobrym niemieckim adwokacie spraw
polskich. Pisano tam m.in.: "Polska miała adwokata. Nazywał się on Niemcy,
chciał wspierać Polskę na drodze do UE. Dziś Polska ma oskarżyciela.
Nazywa się on również Niemcy i wciąż jeszcze chce przyjąć Polskę do UE -
ale tylko na próbę. Od dawna wiadomo, że rząd federalny chce wpuścić
pracowników z nowych państw UE do Niemiec zasadniczo dopiero po
siedmioletnim okresie przejściowym. Teraz i minister gospodarki Werner
Müller ogłosił, że będzie domagał się też ograniczenia swobody świadczenia
i usług. (...) Minister nie kieruje się (...) faktami ekonomicznymi, gdyż
w takim wypadku musiałby wziąć pod uwagę kwitnące interesy niemieckich
usługodawców w Polsce". (Cyt. za "Gazetą Wyborczą" z 30 maja 2001
r.). Wspomniany już Klaus Bachmann także nie ukrywał rosnących
wątpliwości dotyczących roli Niemiec jako "adwokata Polski", pisząc na
łamach "Frankfurter Rundschau": "W samej Polsce rola ta zaczyna budzić
podejrzenie, że służy jedynie potajemnie interesom Niemiec, również na
Zachodzie wzmacnia się poczucie, że rozszerzenie Unii jest wyłącznie
niemieckim pomysłem służącym niemieckim interesom". (Cyt. za "Forum" z 17
czerwca 2001 r.).
Od kilku lat coraz wyraźniej można dostrzec, jak
wiele fałszów ukryto za wcześniejszymi niemieckimi deklaracjami o
przyjaźni i partnerstwie. Najmocniej odczuwa to dwumilionowa rzesza
Polaków w Niemczech ("2 miliony nieobecnych", jak pisano kiedyś w
"Rzeczpospolitej"). Jest ona skrajnie dyskryminowana i pozbawiona praw
mniejszościowych w odróżnieniu od wręcz uprzywilejowanej mniejszości
niemieckiej w Polsce (niemuszącej przestrzegać progu wyborczego). Na
dodatek liczni przedstawiciele mniejszości niemieckiej w Polsce zaczęli
sobie pozwalać na coraz mniej lojalne wystąpienia wobec Polski. Nawet w
"Rzeczpospolitej" z 29 czerwca 2001 r. (w tekście K. Kołodziejczyk
"Niepokojąca zmiana tonu") alarmowano, iż być może działaczy mniejszości
niemieckiej "zmęczył obowiązek lojalności wobec państwa, którego są
obywatelami". Nieuczciwe intencje niemieckiego "adwokata" wobec Polski
można było zaobserwować choćby przy sprawie skrajnie krzywdzącego,
zaniżonego kursu złotówki przy wypłacie odszkodowań dla byłych robotników
przymusowych w Niemczech. Nawet w "Trybunie" z 28 czerwca 2001 r. zdobyto
się na stwierdzenie: "To najniższy w historii kurs, po jakim przeliczono
marki na złotówki, najmniej korzystny dla poszkodowanych". Dopiero po
rozlicznych protestach polskich wyrównano straty poszkodowanych, choć po
części z polskich pieniędzy. Właśnie w sprawach gospodarczych
najsilniej pryska mit o rzekomej niemieckiej "wspaniałomyślności" wobec
Polski. Coraz bardziej widoczne jest raczej realizowanie przez Niemcy w
ramach UE wobec Polski polityki, która ma nas sprowadzić do roli zależnego
od Niemiec pariasa. Zgodnie z tym, co jakże wymownie zaakcentował w
odniesieniu do Polaków już na początku lat 90. w bardzo szczerej
wypowiedzi prezes Związku Przemysłu Niemieckiego Heinrich Weiss, mówiąc:
"Aby Polska stała się 'atrakcyjna i zachęcająca' dla niemieckich
inwestorów, musiałaby zacząć od spłacania odsetek od długów, których nie
płaci, przedstawić program oszczędzania oraz utrzymać ceny i zarobki na
niskim poziomie. Na zawsze". (Wypowiedź H. Weissa referuję za
korespondencją P. Cywińskiego z Bonn we "Wprost" z 12 kwietnia 1992 r. pt.
"Toast za Adenauera"). Piotr Cywiński skomentował tę dość szczególną
wypowiedź prominenta niemieckiej gospodarki: "Polska musiałaby na wieki
pozostać Europą 'b', by nie powiedzieć niewolniczym folwarkiem krajów
wysokorozwiniętych" (tamże). Jak wygląda rzekoma szczególna
"życzliwość" niemiecka wobec Polaków, mogli się szczególnie dobitnie
przekonać konsekwentnie wypierani z Niemiec właściciele polskich firm
budowlanych. Nawet w "Gazecie Wyborczej" przyznawano (w tekście Marka
Wielgo z 12 maja 2000 r.), że na skutek restrykcyjnych posunięć władz
niemieckich liczba firma polskich w Niemczech od 1992 r. spadła z 1.400 do
500, a ich obroty zmniejszyły się z 2,5 do 1,5 mld marek. Według tego
tekstu, polscy przedsiębiorcy w Niemczech podczas obrad w Kolonii
stwierdzili, że jeśli będą musieli opuścić rynek niemiecki, to w dużej
mierze będzie to "zasługą polskiego rządu". Krytykują nieudolność i brak
zdecydowania przedstawicieli polskich władz w obronie interesów polskich
firm, uderzonych przez niemieckie restrykcje. Jak pisał M. Wielgo: "Na
liście 'osiągnięć' naszego rządu jest też i takie - do tej pory kanclerz
Gerhard Schroeder nie odpowiedział na pismo premiera Buzka z 28 kwietnia
1999 r.". Oto jak Niemcy traktowali rząd RP, i jak wielki jest wzajemny
"cud pojednania". Ten sam temat podjął Marek Michałowski w
korespondencji z Kolonii w artykule "Sprawa wagi państwowej" ("Życie" z 9
maja 2001 r.). Michałowski w obszernym tekście dowiódł na licznych
przykładach skrajnych wręcz zaniedbań polskich władz, a zwłaszcza
Ministerstwa Gospodarki, nierobiącego nic dla wsparcia polskich
przedsiębiorców w walce z niemieckim protekcjonizmem. Pisząc o
dramatycznym pogarszaniu się sytuacji polskich firm (w kwietniu 2001 r.
zatrudnienie polskich pracowników w Niemczech spadło o 2.300 osób), red.
Michałowski stwierdza: "Udzielenie wszelkiej możliwej pomocy polskim
firmom działającym w Niemczech jest sprawą wielkiej wagi z jednego
zasadniczego powodu. Otóż to, jak polskich przedsiębiorców traktować będą
Niemcy, może stać się później normą dla innych krajów stowarzyszonych w
Unii Europejskiej. Jeśli pozwolimy Niemcom wypchnąć Polaków ze swego
rynku, inni za parę lat w ogóle nas do siebie nie wpuszczą. Dlatego
polskie władze powinny dołożyć wszelkich starań, aby rozbroić jak
najwięcej min na niemieckim froncie". Redaktor Michałowski przytacza
następnie wypowiedzi innych na ten temat: "Należy to zrobić, tym bardziej,
że mamy z Niemcami ujemny bilans handlowy, sięgający 8 mld marek,
umożliwiający Niemcom tworzenie do 200 tysięcy miejsc pracy. Wyrzucenie
polskich firm z RFN pogorszy i tak nie najlepszą sytuację naszej
gospodarki. To nie jest tylko nasz partykularny interes. To sprawa wagi
państwowej" - twierdzi Andrzej Duda [prezydent Stowarzyszenia Polskich
Przedsiębiorców Usługowych RFN - przyp. J.R.N.]. Niemcy sekują Polaków
nie tylko w budownictwie, ale i w różnych innych dziedzinach gospodarki,
by przypomnieć choćby jaskrawe utrudnienia wobec polskich przewoźników. W
nieoskarżanej jakoś dotąd o "ksenofobię" "Rzeczpospolitej" z 11 czerwca
2001 r. Krzysztof Grzegrzółka pisał: "Dotychczas, aby uzyskać zezwolenia
na przewozy wewnątrz UE, wystarczyła decyzja polskiego ministerstwa
transportu. Od stycznia tego roku Niemcy przestali jednak honorować te
zezwolenia i dodatkowo żądają wiz od kierowców polskich". Według autora,
dotychczas w państwach UE wystarczała decyzja Komisji UE, która dopuszcza
naszych przewoźników do tamtejszego rynku. Teraz okazuje się, że
postanowienia "europejskiego rządu" nie są wiążące dla władz Niemiec.
Dlaczego? Bo stanowimy zbyt silną konkurencję dla Niemców. Jak pisze
Grzegrzółka: "Polacy mają w krajach UE opinię dobrych przewoźników,
dysponują nowoczesnym taborem, a ich usługi są tańsze od usług tamtejszych
firm transportowych". Trudno zrozumieć, dlaczego polskie władze wciąż
tolerowały i tolerują bezczynnie restrykcje wobec polskich firm w
Niemczech, zamiast zdobyć się na jedynie skuteczne w tej sytuacji środki -
zastosowanie w zamian podobnych restrykcji wobec niemieckich usługodawców
w Polsce. Warto przytoczyć tu tekst niemieckiego autora Michaela Ludwiga z
16 czerwca 2001 r., publikowany na łamach "Frankfurter Allgemeine
Zeitung". Pisał on tam m.in.: "Nadwyżka w bilansie handlowym krajów UE, a
przede wszystkim Niemiec, w porównaniu z Polską jest wielka. Oznacza to
zapewnienie dziesiątek tysięcy miejsc pracy (w Niemczech) i stworzenie
nowych. Można by powiedzieć, nieco wyostrzając to zagadnienie, że UE i
Niemcy już korzystają z zalet swego rozszerzenia na Wschód, ponieważ rynki
Wschodu są już otwarte, podczas gdy Polska ciągle jeszcze czeka na
otwarcie rynków krajów Unii)". (Cyt. za "Głos" z 7 lipca 2001 r.).
|
Czy istnieją zagrożenia dla polskiej własności na ziemiach
zachodnich w związku z groźbą roszczeń materialnych ze strony byłych
właścicieli niemieckich po naszym przystąpieniu do UE?
Wciąż
istnieją bardzo poważne zagrożenia w tej kwestii. Pisał o nich m.in.
profesor Witold Kieżun w cytowanej już książce "Dobre państwo...", wydanej
przez Wyższą Szkołę Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona
Koźmińskiego. Spośród licznych artykułów alarmujących na temat groźby
niemieckich roszczeń w tej sprawie przytoczę fragment tekstu Mariana
Miszalskiego, publicysty "Niedzieli" (z 28 października 2001
r.): "Przypomnijmy więc, bo to ważne, że nadal nie jest uregulowana
prawnie między Polską a Niemcami sprawa własności i odszkodowań za mienie
pozostawione przez Niemców na polskich Ziemiach Zachodnich. Tej regulacji
nie ma w traktatach polsko-niemieckich; zważywszy natomiast, że według
konstytucji niemieckiej Rzesza niemiecka istnieje w granicach z 1937 r.,
można zasadnie obawiać się, że po przystąpieniu Polski do Unii
Europejskiej roszczenia niemieckie w tej materii rozstrzygane będą przez
niemieckie sądy zgodnie z interesem niemieckim. Trzeba bowiem także
przypomnieć, że po przystąpieniu Polski do UE orzeczenia sądów, wydane w
dowolnym kraju UE (także w Niemczech), będą miały moc wiążącą w każdym
innym kraju UE. I jeśli nawet polskie sądy rozstrzygać będą te sprawy
zgodnie z interesami polskimi - rodzi się pytanie, kto będzie podejmował
decyzje ostateczne? Właśnie dlatego uregulowanie tej jakże ważnej sprawy,
dotyczącej jednej trzeciej obszaru Polski! - powinno nastąpić między
Polską a Niemcami jeszcze przed przystąpieniem Polski do UE".
|
Czy nadmiernie zbiurokratyzowane przepisy unijne mogą
skutecznie ograniczyć szanse uzyskania pomocy unijnej przez poszczególne
regiony Polski?
Istnieje wiele faktów dowodzących, że tak się
już obecnie dzieje, ponieważ jak pisał Hubert Szypko w "Najwyższym Czasie"
z 23 lutego 2002: "UE nie jest klubem szlachetnych dobroczyńców i
altruistów, lecz porozumieniem politycznym, w ramach którego toczy się
brutalna walka o przeforsowanie egoistycznych interesów
ekonomicznych". Szybko przypomniał za "Rzeczpospolitą" wypowiedź
anonimowego przedstawiciela polskiego rządu stwierdzającego, iż "jeżeli
kraje członkowskie Unii zechcą udowodnić, że kraje kandydackie nie
potrafią w pełni wykorzystać przyznanej im pomocy przedakcesyjnej, to
zrobią to bez trudu". Szczególnie interesująca i szokująca zarazem była
przytoczona przez publicystę "Najwyższego Czasu", za dziennikarką "Puls
Biznesu", historia licznych nieudanych zabiegów polskich urzędników
samorządowych o pomoc unijną dla swych miejscowości: "Oto wypowiedź
Sylwestra Sokolnickiego, burmistrza Serocka: 'Nie udało nam się skorzystać
z pomocy unijnej. Oczywiście będziemy podejmować próby uzyskania
pieniędzy, ale efektów nie możemy być pewni. Obecnie możliwość
skorzystania z wielu środków przedakcesyjnych jest iluzoryczna'. Jan
Malinowski, burmistrz Wyszkowa opowiedział, jak w ramach Stowarzyszenia
Powiatów i Gmin Nadbużańskich starał się o dofinansowanie budowy
oczyszczalni ścieków i wodociągu z programu ISPA: 'Na razie nie wiemy,
jakie są losy naszego wniosku. Cała procedura jest ciągle bardzo
niejasna'. Krzysztof Owczarek, zastępca burmistrza Zakopanego ubiegał się
wraz z innymi przedstawicielami gmin podhalańskich o dofinansowanie
uporządkowania gospodarki wodno-ściekowej zlewni czorsztyńskiej:
'Niestety, program ISPA jest bardzo zbiurokratyzowany i dotąd żadnej
gminie w pojedynkę nie udało się uzyskać pieniędzy w jego ramach. Często
zarzuca się nam, Polakom, że nie potrafimy wykorzystać pieniędzy, które
chce nam dać Unia Europejska. Ale ze względu na złożoność procedur podczas
ubiegania się o dofinansowanie w ramach unijnych projektów, gminom jest
bardzo trudno uzyskać akceptację wniosku. Instytucje unijne nie orzekają
jasno, czego brakuje w składanych projektach'". |
Czy rzeczywiście opory wobec wejścia Polski do UE występują
głównie wśród osób niewykształconych i zacofanych, jak głoszą niektórzy
europropagandyści?
30 października 2001 r. dziennikarka "Gazety
Wyborczej" Danuta Zagrodzka przyznała w tekście "Teraz albo wcale", iż w
Polsce wyraźnie spada poparcie dla integracji z UE za wszelką cenę. Co
najważniejsze jednak, jak przyznała Zagrodzka: "W ostatnim roku to
poparcie najbardziej spadło wśród kadry kierowniczej, inteligencji,
prywatnych wytwórców, czyli entuzjastycznych dotąd zwolenników Europy.
Także oni w trudniejszej sytuacji gospodarczej zaczynają bać się
zachodniej konkurencji, marginalizacji w bogatej Europie. (...) Obywateli
zupełnie nie interesuje to, czy Polacy znajdą się w Unii w pierwszej czy
drugiej grupie. Większość i tak sądzi, że będziemy tam członkiem drugiej
kategorii. W dodatku - co wynika z wcześniejszych badań - trzy czwarte
Polaków uważa, że do tej Unii nie należy się spieszyć: lepiej iść wolniej,
ale dobrze się przygotować. Czyli zupełnie inaczej, niż sądzi
rząd". Dodajmy też - zupełnie inaczej niż sądzą i głoszą najbardziej
wpływowe media. |
Czy prawdą jest, że większość najbardziej wpływowych polskich
mediów przedstawiała i przedstawia skrajnie upiększony obraz
UE?
Tak, i ma to prawdziwie katastrofalne skutki dla Polski w
sytuacji, gdy właśnie wpływowe media są faktycznie pierwszą władzą w
Polsce. Ułatwiało to zaciemnianie sytuacji co do prawdziwych zagrożeń dla
polskiej gospodarki i podejmowanie na czas decyzji, które zapewniłyby
skuteczną obronę naszych gospodarczych interesów narodowych. Dużą rolę
w tym względzie odgrywał fakt, że bardzo znacząca część wpływowych mediów
znalazła się w ciągu lat 90. w obcych rękach, i nie ma interesu w
bronieniu korzystniejszych rozwiązań gospodarczych dla Polski czy wręcz
przeciwnie. Poza tym nie brak w różnych mediach osób - współczesnych
jurgieltników, którzy zostali kupieni dla obcych interesów przez
odpowiednie korzyści. (Niektórzy z nich przy tej okazji dokonywali w swej
publicystyce zwrotu dosłownie o 180 stopni; uważnie obserwowałem tego typu
ewolucje). Osobny problem to fakt, że w różnych dziennikach i
czasopismach konsekwentnie atakowano wszystkich przeciwników wyprzedaży
polskiego przemysłu za bezcen. Równocześnie nierzadko w tych samych
dziennikach lub tygodnikach z werwą gloryfikowano najgorszych
hochsztaplerów, działających na szkodę Polski. Przypomnę tu choćby dość
szczególny "wyczyn", jakiego dokonano w 1991 roku w kierowanej przez
byłego redaktora "Polityki" Andrzeja Krzysztofa Wróblewskiego "Gazecie
Bankowej". Zaledwie na miesiąc przed ucieczką Bagsika z Gąsiorowskim z
Polski do Izraela, w "Gazecie Bankowej" z 30 czerwca 1991 r. pisano ze
skrajnym wręcz panegiryzmem o szefach Art-B. Zacytowano między innymi
jakże wymyślną wypowiedź izraelskiego ekonomisty, współpracownika Banku
Światowego, Valerego Amiela o Bagsiku i Gąsiorowskim: "Czuję się przy nich
czasem jak Salieri przy Mozarcie". Czyż nie był to najwspanialszy, jakże
subtelny komplement dla panów, którzy z wirtuozerią okradli Polskę na
wiele milionów dolarów? Szczególnie bałamutne bzdury na temat
niebotycznych korzyści, jakie miały czekać Polaków natychmiast po wejściu
do Unii Europejskiej, sugerowała niezastąpiona pod tym względem "Gazeta
Wyborcza". Kilka lat temu na przykład zaserwowała ona swoim czytelnikom
artykuł jakiejś dziennikarki obiecującej młodym ludziom, jak to po wejściu
do UE Polak będzie mógł być wybrany burmistrzem w Palermo, etc., etc.
(Zestawmy te obiecanki z narzuconym przez UE siedmioletnim szlabanem na
pracę dla Polaków po wejściu Polski do Unii). W tejże "Gazecie Wyborczej"
(a ściślej w jej "Magazynie" z 17-18 kwietnia 1998 r.) można było
przeczytać wywiad z prof. Tadeuszem Hunkiem z Instytutu Rozwoju Wsi i
Rolnictwa, oferującym niezwykle idylliczny obraz UE, wspaniałomyślnej i
gotowej do obsypywania nas deszczem pieniędzy. Hunek zapewniał m.in., że
"Unia zaoferowała grube miliardy ecu" dla zapewnienia setkom tysięcy
polskich rolników nowych miejsc pracy poza rolnictwem. Oburzał się, że
"nikt w Polsce nie podkreśla tej dobrej woli Europy, którą trzeba cenić.
Wręcz przeciwnie, mówi się, że Unia nas "wyssie i wyeksploatuje".
Zapewniając, że na pewno UE "nie da nam kopa", Hunek zaklinał się, że:
"Podstawą integracji jest obopólny interes". Jak to wygląda w praktyce,
przedstawiałem już we wcześniejszych partiach tekstu. Szokuje tylko
gotowość tego typu "specjalistów" jak Hunek do zafałszowywania obrazu
sytuacji na zamówienie i roztaczania oszukańczych mrzonek. Inny
europanegirysta, publicysta "Rzeczpospolitej" Janusz A. Majcherek, głosił
z kolei na łamach "Rzeczpospolitej" z czerwca 2001 r., iż największą cnotą
w negocjacjach o członkostwo w Unii jest skłonność do ustępstw i
kompromisów. Ta zaś oparta jest na zdolności do wyrzeczenia się "mitycznej
historii i narodowej chwały". Polemizujący z Majcherkiem w
"Rzeczpospolitej" Paweł Lisicki stwierdził wprost, że "gdyby wziąć za
dobrą monetę wszystkie zalecenia Majcherka, to Unia Europejska nie
różniłaby się od Związku Radzieckiego". Jakże słuszna w odniesieniu do
jakże wielu polskich wpływowych dziennikarzy wydaje się konstatacja
francuskiego korespondenta Bernarda Margueritte'a na łamach "Tygodnika
Solidarność" z 20 marca 1998 r.: "Wielu Polaków nie umie już patrzeć
kategoriami własnego narodu. Wczoraj słuchali rozkazów Moskwy, teraz
spełniają każde życzenie Zachodu. Często są to ci sami Polacy, można więc
mówić o pewnym nawyku". Ciekawe, że jedne z najmocniejszych, niestety
przemilczanych starannie przez media w Polsce, krytyk polskich
dziennikarskich europanegirystów można było spotkać niejednokrotnie na
łamach paryskiej "Kultury". W miesięczniku Giedroycia pisano z wyraźną
odrazą o balcerowiczowskiej "propagandzie sukcesu". Czołowy publicysta
ekonomiczny paryskiej "Kultury" Robert Kaczmarek pisał w jej numerze z
listopada z 1996 roku na temat przedstawiania spraw stosunków z Unią
Europejską w Polsce, iż: "Tutaj dziennikarze idą w zawody z politykami w
produkcji niedomówień i półprawd (...)". Jedną z ulubionych metod
panegirycznych euroentuzjastów jest poganianie polityków, aby nie
zwlekali, a jak najszybciej szli na kolejne ustępstwa. Dość typowe pod tym
względem były drukowane w "Gazecie Wyborczej" ponaglenia Konrada
Niklewicza: "Polska powinna ustąpić w kwestii liczenia dzierżawy [ziemi
przez zagranicznych rolników - J.R.N.]. Już raz o tym na łamach 'Gazety'
apelowaliśmy, teraz trzeba to powtórzyć. (...) Jeśli nadal będziemy
upierać się przy swoim, Komisja [Europejska -J.R.N.] nie będzie nas
bronić". W kontekście tych ponagleń przypomniał mi się dużo wcześniejszy
tekst publicysty "Życia Warszawy" Tadeusza Jacewicza, świetnie znającego
Zachód, gdzie był wiele lat korespondentem. W publikacji z 6 kwietnia 2001
r. ostrzegał przed uleganiem różnym zachodnim szantażom w negocjacjach,
pisząc: "Ktoś w Brukseli powiedział, a my to w panice podchwyciliśmy, że
Polska znalazła się w II lidze państw zabiegających o członkostwo.
Najprawdopodobniej nie zostanie przyjęta w pierwszej grupie szczęśliwców.
Nasza prasa zaczęła natychmiast bić na alarm. W Warszawie zapanował
nastrój żałoby. (...) Nie przejmujcie się i nie popadajcie w czarne
nastroje. To jest gra. Chodzi o pieniądze, jak we wszystkim, co się dzieje
w Unii. Chcą nas przyciągnąć i postraszyć, żeby potem łatwiej manewrować i
poklepać po ramieniu z łaskawością dobrego pana, który docenia wysiłki
spoconego z emocji człowieka. Stary numer negocjacyjny, powszechnie
stosowany. (...) Nie dajmy się wystraszyć terminami i pogróżkami w rodzaju
relegowania do II ligi. Mamy trochę czasu i mnóstwo interesów. To one
powinny wygrywać, nie kalendarz". Warto przypomnieć w tym kontekście
uwagi politologa z PAN-u Grzegorza Kostrzewy-Zorbasa, który w "Życiu" z 25
maja tak skomentował kolejne polskie ustępstwa wobec Brukseli: "Polska
może zebrać jakieś pochwały za posłuszeństwo, ale będzie traktowana w
przyszłości jako popychadło, kraj, któremu wystarczy coś przykazać, a on
wykona. Oznacza to w stosunkach międzynarodowych faktyczną utratę
podmiotowości". Przypomnijmy, że na Zachodzie prawdziwie ceni się tylko
twardych negocjatorów, a nie ludzi skłonnych ulegać na każde skinienie.
|
Co
powinnyśmy robić, aby dużo skutecznej niż dotychczas zapewniać obronę
naszych interesów gospodarczych wobec Unii
Europejskiej?
Niezbędne są bardzo wielostronne działania dla
rzeczywistego realizowania polskich interesów narodowych, a nie biernej
koncepcji narzucanej nam obcej polityki gospodarczej. Przypomnijmy tu, co
pisał już na początku lat 90. czołowy ekspert ekonomiczny paryskiej
"Kultury" Robert Kaczmarek (były przewodniczący "Solidarności" w AGH, po
przyjeździe na emigrację w 1983 r. obronił doktorat na Universitete Pierre
et Marie Curie w Paryżu). Ten jeden z najbardziej ostrych i wnikliwych
krytyków polityki Balcerowicza już we wrześniu 1990 roku ostrzegał w
paryskiej "Kulturze", że polityka Balcerowicza prowadziła faktycznie tylko
do "zdławienia gospodarki", a minister finansów w ogóle "nie rozumie, co
czyni". W styczniu 1991 roku Kaczmarek napisał w paryskiej "Kulturze", że
rząd "nie stwarza rynku, lecz realizuje zagraniczne polecenia statycznej,
akademickiej kontroli złotówki i budżetu polskiego. (...) Główną przyczyną
słabości polskiej polityki monetarnej jest oparcie jej o czysto finansowe
wskazania Międzynarodowego Funduszu Walutowego. (...) Wszystko to dowodzi,
że można uprawiać świadomą politykę finansową albo obcą politykę
finansową" [podkr. - J.R.N]. Prawdziwą groteską jest stosowane czasem w
niektórych mediach porównanie Leszka Balcerowicza do Władysława
Grabskiego. Balcerowicz był i jest głównym rzecznikiem służalczego
wykonywania w Polsce obcej, narzucanej nam polityki finansowej. Podczas
gdy Grabski zrobił wszystko dla realizowania suwerennej polskiej polityki
finansowej i gospodarczej z korzyścią dla kraju. I zdobył się na coś
niewyobrażalnego dla ludzi typu Balcerowicza - wyrzucił z Polski misję
angielskiego wiceministra finansów Younga, gdy ten próbował narzucać
Polsce obcą politykę finansową. Aby zapewnić realizowanie polskich
interesów narodowych w gospodarce musi być podjętych wiele nader
różnorodnych działań. Oto niektóre propozycje w tym względzie, jakie
przewijają się w książkach prawdziwie zatroskanych o Polskę
ekonomistów. - Musi być zrobione maksimum dla wychowywania całego
Narodu w duchu patriotyzmu gospodarczego czy konsumpcyjnego. Przeciętny
Polak musi rozumieć, że w jego interesie, w interesie polskiego bilansu
handlowego, w interesie zmniejszenia katastrofalnego bezrobocia, etc.
niezbędne jest konsekwentne popieranie zakupów głównie polskich produktów
(oczywiście tych naprawdę dobrej jakości), a unikanie i zniechęcanie do
kupowania najbardziej nawet reklamowanych produktów z konkurujących z nami
obcych gospodarek. W Polsce najbardziej wpływowe media typu "Gazeta
Wyborcza" czy "Wprost" niejednokrotnie atakowały hasła "kupuj polskie",
widząc w nich rzekomą anachroniczność czy nawet przejaw nacjonalizmu.
Przypomnijmy więc to, co pisał cytowany już wielokrotnie przeze mnie
ekonomista, sekretarz naukowy Komitetu Prognoz "Polska w XXI wieku" doc.
dr hab. Andrzej Karpiński: "Jak słusznie stwierdza Vladimir Dlouhy, były
minister przemysłu i handlu Republiki Czeskiej: 'W każdym kraju Unii
Europejskiej (przynajmniej w tych, które znam) są przy drogach hasła kupuj
swojskie, chroń swoje miejsca pracy. Nikt jednak na tej podstawie nie
posądza krajów Unii o antyimportowe nastawienia. Obawy przed importem nie
są więc tylko naszym wymysłem'". Największą sprawą jest jednak
maksymalne upowszechnienie w społeczeństwie polskim informacji o
prawdziwym stanie naszego rachunku strat i zysków w negocjacjach z Unią
Europejską, czego zresztą najbardziej boją się euroentuzjaści z SLD, UW i
Platformy Obywatelskiej. Wśród różnych szczegółowych propozycji,
zmierzających do polepszenia stanu pozycji polskich w stosunkach z UE
chciałbym przytoczyć niektóre zawarte w cytowanej książce Andrzeja
Karpińskiego. Postulował on m.in., iż: "Polityka zatrudnienia powinna
maksymalnie wykorzystać możliwość tworzenia miejsc pracy w takich
dziedzinach jak: a) przemysły wysokiej techniki, stwarzające największe
możliwości skutecznej walki z bezrobociem, a równocześnie w największym
stopniu unowocześniające strukturę gospodarczą kraju; w tym celu
należałoby lepiej wykorzystać politykę przemysłową państwa opartą na
preferencjach strukturalnych; b) rozwój oświaty i szkolnictwa
wszystkich form, zarówno tworząc nowe miejsca pracy w tej dziedzinie, jak
i wydłużając czas obowiązku szkolnego; c) rozwój robót publicznych, w
nowoczesnym tego słowa znaczeniu, które powinny być stosowane szerzej niż
dotychczas, a ukierunkowane głównie na wzrost budownictwa mieszkaniowego i
przygotowanie terenów pod to budownictwo, a przede wszystkim na budowę
autostrad i infrastruktury komunikacyjnej; d) usługi rynkowe i rozwój
drobnej wytwórczości, zwłaszcza na wsi; e) rozwój zatrudnienia w
dziedzinach tradycyjnych, które jeszcze nie wyczerpały możliwości wzrostu
zatrudnienia, typowym tego przykładem jest budownictwo - rozwój
budownictwa mieszkaniowego mógłby być wykorzystany dla zdynamizowania
całej gospodarki; f) maksymalne wykorzystanie możliwości zatrudnienia w
ochronie środowiska". Akcentował również, że: 1. "Istotne znaczenie
ma jak najdłuższe, co najmniej do 2005 r. zatrzymanie ludności
zamieszkałej na wsi w jej dotychczasowych siedliskach. To zaś wymaga
najwyższej preferencji do tworzenia pozarolniczych miejsc pracy na wsi i
odpowiednich zmian w systemie kredytowania, kształcenia i rozwoju
infrastruktury cywilizacyjnej wsi jeszcze przed 2005 r. 2. Potrzebna
może się okazać bardziej aktywna ochrona własnych miejsc pracy przed
ekspansją partnerów zagranicznych nierozwijających kooperacji z krajowym
zapleczem materiałowym i zapleczem B+R [badawczo-rozwojowym - przyp.
red.], przy równoczesnym usuwaniu barier pomiędzy poszczególnymi gałęziami
na rynku pracy. 3. Konieczna jest kontrola importu pod kątem
przeciwdziałania eksportowi bezrobocia do naszego kraju przez naszych
partnerów handlowych, ale w warunkach liberalizacji obrotów musi ona być
realizowana inaczej niż dotychczas, co wymaga wykształcenia jej nowych
instrumentów zgodnych z legislacją Wspólnoty".
|
|