Zaktualizowano 11. czerwca 2003 Drukuj
Wolność nie znaczy, że można poruszać się po niewłaściwej stronie ulicy.
Indira Gandhi


Inne Strony Integracji PL z UE

Polska a Unia europejska - 21 pytań

Polonijny Katalog


Webring KATOLIKa


nagrodzona
2003-01-02
Kiedy zbankrutujemy? Czyli jakie mogą być efekty naszego wejścia do UE

Tomasz Sommer
Ewentualne wejście do Unii Europejskiej postawi polskie finanse publiczne w sytuacji rozpaczliwej. W efekcie, za kilka lat może się okazać, że "integracja", a wcześniej polityka rządów SLD i AW"S"-UW - doprowadziły nasz kraj do stanu, w jakim obecnie znajduje się Argentyna. Paradoksalnie "tak" w euroreferendum może oznaczać więc nie tyle wejście do ekonomicznego raju, co zgodę na zupełną nędzę.

 
Zanim przejdę do szczegółowej analizy sytuacji polskich finansów publicznych w kontekście kolejnego, podpisanego właśnie przez Aleksandra Kwaśniewskiego budżetu na 2003 rok oraz tzw. integracji, chciałbym odpowiedzieć na często stawiane pytanie: "czy państwo może zbankrutować?".

Otóż formalnie rzecz biorąc, nie jest to możliwe. W polskim prawodawstwie, jak i w prawodawstwach innych państw europejskich nie znajdziemy takiej możliwości. Wydaje się to sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, bo przecież państwo jest także przedmiotem gry rynkowej i może się znaleźć w sytuacji rzeczywistego bankructwa. Powinny więc istnieć jakieś normy postępowania odnoszące się do takiej sytuacji.

Takich norm jednak nie ma i koszty bankructwa przenoszone są na obywateli czy to poprzez konfiskatę ich oszczędności - jak to miało miejsce w Argentynie, czy poprzez dynamiczny wzrost podatków - co z kolei jest zwykle krokiem wstępnym i czego jesteśmy świadkami w dzisiejszej Polsce. Oczywiście politycy odpowiedzialni za bankructwo, w przeciwieństwie do biznesmenów znajdujących się w podobnej sytuacji, nigdy nie ponoszą żadnej odpowiedzialności, co więcej - często utrzymują się u władzy, bo ludzie w większości nie rozumieją, że istnieje bezpośrednie przełożenie pomiędzy politycznym planem budżetowym a ich dobrobytem. Widać to doskonale właśnie w Argentynie, gdzie politycy, którzy zniszczyli dokumentnie swój kraj, niezagrożeni przez nikogo i w wyniku tzw. demokratycznych procedur cały czas pozostają u władzy. I z wielkim zapałem walczą obecnie z ubóstwem.

koszty Wydaje się, że dobrym pomysłem byłoby ustawowe usuwanie od władzy polityków, którzy doprowadzili kraj do bankructwa - ponieważ jednak nie istnieją żadne normy ustalające maksymalny próg opodatkowania, jest to jak na razie polityczne SF.

Tak więc państwo jako takie nie może zbankrutować, nawet jeśli realnie rzecz biorąc jest bankrutem. To niemożliwe bankructwo przekłada się jednak na całkiem prawdziwe bankructwo jego obywateli, którzy przygnieceni podatkami i w obliczu załamania się wszelkich rynków, po prostu idą z torbami. Żyją z groszowej "pomocy społecznej", a tak naprawdę z własnych oszczędności, które oczywiście wcześniej zabrało im i w dużej części - zmarnowało, państwo.



Polski dług publiczny - czyli drugi plan Balcerowicza



W ekonomii istnieją co najmniej dwie, oczywiście sprzeczne ze sobą teorie dotyczące długu publicznego. Teoria, którą dla uproszczenia nazwę "interwencjonistyczną" zakłada, że państwo, tak jak inne podmioty gospodarcze, nie tylko może się zadłużać, ale wręcz powinno to czynić, by osiągnąć określone efekty, dojście do których drogą zrównoważonego budżetu byłoby zbyt długotrwałe. Istotną słabością tej teorii jest niemożliwość podania jakichkolwiek racjonalnych warunków brzegowych - czyli nie wiadomo, gdzie znajduje się granica potencjalnego zadłużenia. Tymczasem, jak wspomniałem, choć nie ma ustaw regulujących kwestię bankructwa państw, z praktyki wiadomo, że takie bankructwa się zdarzają, a zadłużenie bankrutujących państw było różne i nie pozwala na ustalenie choćby najbardziej elementarnych reguł.

Teorię tę wprowadzają w życie rozmaite bantustany i republiki bananowe - z wiadomym skutkiem. Niestety, obowiązuje ona także wśród wielu europejskich ekonomistów-praktyków - w rezultacie większość europejskich krajów jest pozadłużana na poziomie blisko 100 proc. PKB.

Klatka nr 1 Druga teoria, nazwijmy ją "wolnościową", uznaje, że zadłużanie państwa jest bardzo szkodliwe, bo w sytuacji demokratycznej, gdy zmieniające się ekipy rządowe mają rozmaite cele, zadłużanie się, by realizować jakiekolwiek długoterminowe polityki, jest bez sensu i powoduje tylko marnotrawienie pieniędzy podatników. Teorii tej dali wyraz amerykańscy ustawodawcy, którzy za czasów prezydenta Ronalda Reagana wprowadzili poprawkę do amerykańskiej konstytucji zakazującą zwiększania deficytu budżetowego. W efekcie od kilku lat amerykański budżet może mieć tylko tzw. deficyt obrotowy (czyli wynikający nie z założenia większych wydatków niż dochody, tylko z nieścisłości obliczeń albo nieświadomego niedoszacowania jakichś dochodów czy wydatków).

Zwolennicy obydwu teorii zgodni są co do jednego - dług publiczny to, tak czy inaczej, poważne obciążenie dla gospodarki państwa, które będą musieli, wcześniej czy później, odpracować podatnicy. Często podatnicy, którzy z tym długiem nie mieli i nie mają dokładnie nic wspólnego.

Trudno jest jednoznacznie zracjonalizować zachowanie polskich polityków względem długu publicznego. Generalnie przed przełomem 1989 roku kwestię zadłużenia rozwiązywano poprzez kroczącą inflację. Klatka nr 1 Po przełomie specjaliści mieli na początku niemal czyste konto i prawdopodobnie doszli do wniosku, że nie stanie się nic złego, jeśli jakiś deficyt finansów publicznych zaistnieje. W założeniach nie mieli jednak oczywiście aż takiego deficytu jak obecnie. Faktem jest jednak, że pierwsze obligacje zaczęły wychodzić za tzw. pierwszego Balcerowicza - i to właśnie nazywam "drugim planem Balcerowicza". Faktem jest także, że to właśnie za rządów tego polityka w Ministerstwie Finansów doszło do pierwszego załamania budżetowego - pod koniec 1999 roku okazało się, że deficyt w roku następnym wzrośnie o połowę, co zakończyło się dymisją obecnego szefa NBP. Lata 1998-2002 to okres, w którym dług publiczny urósł do ogromnej wartości ponad

90 mld dolarów, a stopa jego wzrostu osiągnęła astronomiczny poziom

12 proc. rocznie.

Taki poziom długu nie wynika oczywiście z jakichkolwiek planów. Jest raczej efektem nacisków na wzrost wydatków z jednej strony i malejących realnych dochodów z drugiej, a obie te tendencje zostały wzmocnione przez zbytni optymizm planistów szacujących przychody z podatków.



Stan na dziś



Wydatki Budżetu w  mld PLN W jakiej więc sytuacji znajdują się obecnie nasze finanse publiczne? Otóż nowy budżet zakłada wydatki na poziomie 193,5 mld złotych i dochody równe 154,8 miliarda. Deficyt w roku obecnym wynosi więc 38,7 mld (tak naprawdę jest znacznie większy w związku z wydatkami unijnymi oraz tzw. gwarancjami skarbu państwa, które tylko na początku są bezgotówkowe).

Oprócz tego mamy na karku dług publiczny, który według (bardzo ostrożnych) danych Ministerstwa Finansów na wrzesień 2002 r. wynosił dokładnie 366 miliardów złotych, czyli połowę PKB.

Dosyć szokująca jest struktura wydatków budżetowych. Otóż aż 27,3 mld złotych, czyli prawie 18 proc. dochodów i trzykrotny budżet wojska, to spłata wcześniejszego zadłużenia. Mimo tak olbrzymich spłat, dług przyrasta w tempie ok. 1 proc miesięcznie. Jeśli takie tempo się utrzyma, to zadłużenie podwoi podwoi się w ciągu czterech lat i Polska niemal na pewno zbankrutuje. Powstaje pytanie: czy da się coś zrobić, by do tego nie doszło?



Perspektywa bankructwa



Oczywiście da się wiele zrobić. Najprostsza, choć w obecnej konfiguracji politycznej niemożliwa do zastosowania recepta, to obniżenie wydatków i stopniowe spłacanie obciążeń.

Rozwiązanie drugie to balansowanie nad przepaścią i próba takiego rozłożenia długu, by w przypadku pomyślnej sytuacji gospodarczej kiedyś je spłacić. To rozwiązanie proponuje minister Grzegorz Kołodko. Na stronie Ministerstwa Finansów znajduje się opracowana przez jego podwładnych "Strategia zarządzania długiem sektora finansów publicznych w latach 2003-2005", która zakłada spadek wysokości długu liczonej jako procent PKB w związku z dynamicznym wzrostem gospodarczym który ma się rozpocząć już w tym roku. Ze strategii wynika jednak, że nasze władze zakładają mimo wszystko, że dług liczony w wartościach bezwzględnych cały czas będzie przyrastał.

Rozwiązanie trzecie, najbardziej prawdopodobne, to szybkie brnięcie w coraz większe długi. Narzuca się ono dość mocno, jeśli spojrzeć na harmonogram spłat. Otóż w roku 2003 zapadalność papierów skarbu państwa wynosi ni mniej ni więcej tylko 67 miliardów złotych. Oczywiście większość tego długu zostanie "przerolowana", czyli przesunięta w czasie. Z kolei w roku 2004 zaczynamy stopniowo spłacać zadłużenie zagraniczne. Teoretycznie już w roku 2003 powinniśmy spłacić jakieś

6 miliardów złotych, by w 2008 r. płacić ponad 11. By tylko utrzymać zadłużenie na mniej więcej tym samym poziomie, powinniśmy płacić ok. 40 mld rocznie, czyli oddawać ponad jedną czwartą realnych dochodów budżetu!



Budżet a UE



Tymczasem już w 2004 roku, jeśli referendum unijne zakończy się zgodnie z wolą rządu, pojawią się wydatki związane z UE. Trzeba bowiem pamiętać, że z wyjątkiem bezpośrednich wpłat do budżetu, na poziomie nieco ponad 4 miliardów złotych (w dodatku rozłożonych na 2,5 roku), ogromna większość tzw. środków unijnych przepłynie pozabudżetowo. Tymczasem polskie "dopłaty do dopłat", unijna składka itp. będą musiały być uwzględnione w budżecie. Niezależnie więc od tego, jak ostatecznie ułoży się ogólny bilans Polska-UE (według naszych obliczeń z poprzedniego numeru, dopłacimy co najmniej pół miliarda euro), polski budżet - a najprawdopodobniej także jego deficyt - już w roku 2004 powiększy się o co najmniej 10 miliardów złotych, a w roku następnym o sumę dwukrotnie większą. Oznacza to, że trzeba będzie realnie spłacać nie 40, a jakieś 60 miliardów złotych rocznie. Taka suma jest jednak po prostu nie do udźwignięcia. Mówiąc wprost, przy obecnej sytuacji finansowej polskiego budżetu na wejście do UE po prostu nas nie stać i decydowanie się na tak wielkie koszty graniczy z szaleństwem

Rząd może rozwiązać ten problem tylko na dwa sposoby - albo pożyczać jeszcze więcej, albo... nie przyjmować środków unijnych z uwagi na brak możliwości ich współfinansowania - co zresztą wydaje się najbardziej prawdopodobne.

Wstąpienie do Unii, a konkretnie koszty tego procesu, prawdopodobnie zupełnie nieoczekiwanie dla polskich polityków, może się okazać gwoździem do trumny naszej gospodarki. Mówmy o tym głośno, bo przecież miało być zupełnie inaczej.



Tomasz Sommer


Dane użyte w tekście pochodzą ze strony Ministerstwa Finansów www.mf.gov.pl

Najwyższy Czas
© W&W Arkitowie 2003 (2000)