|
2002-12-22
"Jelenie" zawsze płacą
dr Janusz Szewczak
rozmowa z dr Januszem Szewczakiem - ekspertem ekonomicznym
Panie Doktorze, słowo jeleń oznacza w przenośni
frajera, człowieka naiwnego. Czyżby pojawienie się jeleni na
lotnisku, co opóźniło wizytę naszych posłów w Parlamencie
Europejskim, stanowiło memento?
Rzeczywiście, zadziwiający zbieg okoliczności.
Jeśli memento, to ma swoje podłoże w faktach. Mamy bowiem nową
jakość akcesji - negatywną. Chodzi tu po pierwsze - o kolejne
przesunięcie naszego przyłączenia do UE z 1 stycznia 2004 na 1 maja
tego roku, po drugie - potraktowanie Polski jako członka drugiej
kategorii, po trzecie - w rzeczywistości wstępujemy na okres próbny.
Żadnego okresu próbnego przecież nie zapisano,
ani nie uzgodniono.
Wyznaczają go tzw. klauzule ochronne, dotyczące
głównie czterech sfer: rynku wewnętrznego, sprawiedliwości, spraw
wewnętrznych i ochrony granic. Mówią one, że Polska - nawet jeszcze
przed akcesją - może być ukarana. Gdyby np. nastąpiło u nas
załamanie całej branży na skutek zalewu produktami Unii, to nie
wolno nam wprowadzić ceł dla ratowania naszych producentów. Klauzule
mają wyraźnie dyskryminacyjny charakter, korzystny wyłącznie dla
obecnych państw członkowskich, dają im prawie nieograniczone
możliwości presji na nowych członków. Jeśli Polska nie wypełni
swoich zobowiązań negocjacyjnych w którejś z dziedzin prawa unijnego
zawarowanych klauzulami, to UE może wyłączyć Polskę z jakiegoś
wspólnego rynku Unii, czy finansowania jakiejś dziedziny. Klauzula
może być uruchomiona nawet w przypadku podejrzenia, iż istnieje
"bezpośrednie ryzyko", że dany kraj złamie zobowiązania. Taką
niespodzianką może nas powitać UE "na dzień dobry", tuż po
wstąpieniu. Wystarczy, że któryś z krajów piętnastki stwierdzi na
podstawie własnego monitoringu złamanie przez nas jakiegoś przepisu
unijnego. Czas obowiązywania tych klauzul wynosi trzy lata, a więc
bardzo długo. To ukryta forma restrykcji gospodarczych wobec
słabszych członków UE.
Nie mamy też pewności, czy będziemy
pełnoprawnym uczestnikiem konferencji międzyrządowej państw UE
jesienią 2003 r....
A ma ona podjąć cały szereg kluczowych decyzji, w
tym o nowych zasadach głosowania oraz kształcie budżetu rolnego Unii
na lata 2007-2013. W co najmniej dwu zasadniczych kwestiach nie
będziemy mieli prawdopodobnie głosu.
Przypomniano nam również, że oferta finansowa
UE jest już nie do negocjacji.
Toteż nie bardzo wiadomo czym będą zajmowali się
nasi negocjatorzy, chyba rokowaniami o warunkach uzyskania posad dla
siebie i swoich rodzin w strukturach euro-biurokracji.
Nawet niedawni unio-entuzjaści zaczynają
wyrażać wątpliwości czy akcesja do UE opłaca się Polsce.
I słusznie, choć szkoda, że połapali się tak późno.
Bowiem rok 2004 r. może spowodować wręcz załamanie budżetu państwa.
W 2004 r. musimy wpłacić do unijnej kasy 2,4 mld euro samej składki.
Poza tym: na inwestycje strukturalne - ok. 1 mld euro, wdrażanie
prawa unijnego i utrata ceł - 1 mld euro. W sumie obciążeni
zostaniemy sumą ok. 4,5 mld euro, czyli 16-18 mld zł. A to nie
koniec kosztów. Przez najbliższe trzy lata po wstąpieniu Polska wyda
na "restrukturyzację" rolnictwa aż 13,5 mld zł, i to po
uwzględnieniu pewnych ustępstw UE w zakresie norm sanitarnych i
weterynaryjnych. Z tego rolnicy i przedsiębiorstwa branży spożywczej
będą musieli wydać ponad 7 mld zł, a budżet państwa ponad 4 mld zł.
Ponadto będziemy odprowadzać do budżetu brukselskiego ok. 3 mld zł z
tytułu zebranego w kraju VAT. Jest to jedno podstawowych źródeł
zasilania budżetu unijnego. W konsekwencji szereg obciążeń
podatkowych wzrośnie. Już dziś można przewidzieć, że zostanie
podniesiona akcyza na paliwa, papierosy, materiały budowlane.
A jak będą się przedstawiać świadczenia
socjalne?
To jeszcze bardziej ukryte i dolegliwsze społecznie
koszty wstąpienia do UE. Oprócz rolników, inkorporacja do Unii
dotknie najbardziej emerytów i rencistów. Minister Finansów już
poinformował o bardzo intensywnych pracach w celu "odsztywnienia"
wydatków budżetowych. Przekładając ten bełkot na język polski
oznacza to ograniczenie waloryzacji emerytur i rent oraz indeksacji
zasiłków rodzinnych, rent i emerytur rolniczych, itp. Od 2004 r.
zostanie wprowadzona zasada waloryzacji nie według wskaźnika
inflacji zapisanego w budżecie, lecz według realnie wykonanej
inflacji. Ponieważ inflacja wynosi u nas ok. 1 proc. i ma tendencję
spadkową, to ta grupa społeczna nie otrzyma waloryzacji. Podobnie
nie ulegną indeksacji zasiłki dla najuboższych - rodzinne, dodatki
pielęgnacyjne, alimentacyjne itd.
Warunki postawione naszym negocjatorom świadczą
o - skądinąd słusznym - przekonaniu władz Unii, że polskie elity
polityczne zaakceptują każde warunki. To już nie wchodzenie na
czworakach, to już nie pełzanie do Unii na brzuchu, to pokorne
odbieranie kopniaków przez leżącego.
Taka sytuacja była do przewidzenia, ponieważ
pozbawiły się one jakichkolwiek atutów w rokowaniach z Unią
Europejską, wyprzedawszy najbardziej wartościowe segmenty gospodarki
polskiej. Czołowi politycy koalicji i opozycji mówią dziś, że może
to i dobrze, że zostaniemy przyjęci nie 1 stycznia 2004 r., lecz 1
maja, bo poniesiemy mniejsze koszty. W takim razie dlaczego nie
wstrzymać naszej akcesji do roku 2006 czy 2007, wtedy jeszcze więcej
zaoszczędzimy. W sumie koszty naszej akcesji już poniesione (od 1999
r.), ponoszone i te, które poniesiemy zamykają się sumą ok. 40 mld
zł (ok. 10 mld euro), nie licząc deficytu handlowego z krajami Unii,
który wynosi od momentu podpisania Układu Stowarzyszeniowego ca 65
mld USD.
Rachunek ekonomiczny nie ma więc tu nic do
rzeczy.
Akcesja jawi się raczej jako operacja
ideologiczno-polityczna niż ekonomiczno-handlowa. Narody państw
wchodzących w skład UE zdecydowanie negatywnie oceniają poszerzenie
Unii. Tylko Niemcom zależy na przystąpieniu nowych członków. Mają
one bowiem gigantyczne problemy gospodarcze. Dla nich gospodarczy
Drang nach Osten stanowi ucieczkę do przodu przed kryzysem. Kapitał
niemiecki już tak spacyfikował Czechy, że kraj ten ekonomicznie
stanowi de facto nowy land RFN. Podobna sytuacja zarysowuje się
wyraźnie na polskich Ziemiach Zachodnich i Północnych oraz w
Wielkopolsce. Charakterystyczne, że obecnie w Wielkopolsce jest
wydawanych mniej polskich gazet niż w okresie zaborów!
Jak Pan ocenia 25-procentowe dopłaty do
rolnictwa polskiego, w tym uwzględnienie małych gospodarstw?
Oferta 25-procentowych dopłat do rolnictwa sama w
sobie jest karykaturalna. A i tak będą one prawdopodobnie mniejsze,
bo wiążą się z kwotami produkcyjnymi, które Polsce wyznaczono na
śmiesznie niskim poziomie. Aby jednak kupić głosy polskich rolników
w referendum Unia proponuje dopłaty nawet do gospodarstw o
powierzchni 0,3 ha. To zabieg podobny do ustawy o komercjalizacji i
prywatyzacji przedsiębiorstw, w której przewidziano 15 proc. akcji
dla załóg, aby nie protestowały. Potem większość z tych posiadaczy
akcji znalazła się na bruku, a akcjami mogli sobie wytapetować
ściany...
Czy można określić ile statystyczny Polak
otrzyma z UE po naszym ewentualnym wejściu?
W ciągu pierwszych trzech lat członkostwa ok. 400
euro brutto. Po odliczeniu składki wynoszącej ok. 200 euro na głowę
zostanie 200 euro. Z całościowego rachunku wynika, że każdy obywatel
RP otrzymałby ok. 66 euro rocznie, tzn. ok. 256 zł. Gdyby nie
opóźnienie w planowanym przyjęciu stalibyśmy się w pierwszych latach
członkostwa płatnikiem netto do unijnej kasy. W przybliżeniu oznacza
to 800-900 mln euro w skali roku dla całego kraju. Gdyby Polska nie
importowała z Unii takich artykułów jak śrubki, nakrętki, wyroby
papiernicze i tekstylia, to właściwie nic by nie zmieniło się w
sensie finansowym. Tych produktów importujemy za setki milionów euro
rocznie, chociaż doskonale potrafimy sami je wytwarzać.
Poprzednie elity, najpierw Unii Wolności
(obecnie Platforma Obywatelska) i SLD - przede wszystkim, jak
również AWS zrobiły wszystko, by nie było u nas poważnej, naukowej,
eksperckiej dyskusji na podstawowe tematy związane z ewentualną
akcesją do UE: czy do Unii, kiedy do Unii i za ile do Unii, ale nade
wszystko - co ewentualnie w tej Unii?!
W rezultacie, jeśli wejdziemy do Unii, to na
warunkach członka drugiej czy wręcz trzeciej kategorii. Wówczas rok
2004 czy 2005 może okazać się katastrofalny dla naszych warunków
życia. Tych, którzy uwierzyli w bajki o unijnym deszczu pieniędzy
spotka szok. Przypomnę, że Hiszpania przed wejściem do UE miała
bezrobocie na poziomie ok. 5 proc. W pierwszym roku przystąpienia do
Unii wskaźnik ten wzrósł do 15, a następnie 17 proc. Podobnie
sytuacja wyglądała w kilku innych krajach. Polskie bezrobocie wynosi
już dziś 18 proc. oficjalnie. Oznacza to, że po wstąpieniu do UE
bezrobocie przybierze charakter klęski społecznej, bo w ciągu kilku
lat wzrosnąć musi. Czeka nas więc nałożenie się obecnego kryzysu
ekonomiczno-finansowego z nowymi obowiązkami finansowymi i
niemożnością uzyskania nowych źródeł dochodów. Sprzedać praktycznie
nie mamy już co. Obciążeń podatkowych nie można zwiększać, bo są
absurdalnie wysokie. Z kolei szanse na dynamiczny polski eksport
maleją z dnia na dzień.. Nie wykorzystamy także funduszy unijnych,
takich jak AJAX, PHARE. Wstępujące przed nami kraje, przecież bez
komunistycznej przeszłości, wykorzystywały te fundusze w pierwszych
latach członkostwa w granicach 5-25 proc.
Czy ewentualne wejście Polski do UE odbije się
także na cenach?
To oczywiste. Mimo że ceny dla większości Polaków
są horrendalnie wysokie, część artykułów jest u nas o wiele tańsza
niż w UE. Na przykład: niektóre asortymenty mięsa - o ok. 50 proc.,
chleb i produkty zbożowe - o ok. 40 proc., mleko, ser i jaja - ok.
40 proc., owoce - ok. 40 proc., papierosy - 50 proc., paliwa - ok.
30 proc. Po akcesji wzrosną ceny produktów i usług o ok. 40-50
proc.
Po wejściu do Unii zniknie wiele polskich firm.
Co je czeka?
Liczyć się należy z krachem wielu przedsiębiorstw,
szczególnie małych i średnich, niekonkurencyjnych w stosunku do
zachodnich. (A przecież małe i średnie firmy w krajach Unii są
wspomagane oficjalnie lub w sposób ukryty.) Obliczam, że w branży
przetwórstwa rolno-spożywczego nastąpi upadek ok. kilku tysięcy
przedsiębiorstw, ponieważ nie będzie ich stać na zastosowanie norm
unijnych.
Z naszej rozmowy wynika, że prawdziwe problemy
zaczną się dla Polski dopiero po ewentualnej akcesji, tak jakby
dotychczasowych było za mało.
Również problemy polityczne, bo nastąpi wówczas
niewątpliwa radykalizacja nastrojów społecznych, a te elity, które
wprowadzą Polskę na takich warunkach do Unii poniosą klęskę w
najbliższych wyborach - 2005 r., a ewentualnie wcześniejszych. Być
może jelenie, które utrudniły rozpoczęcie wizyty polskim
parlamentarzystom w unijnym parlamencie przypomniały im, że "nowe
przysłowie Polak sobie kupi, że i przed szkodą i po szkodzie głupi".
Aby zadać kłam temu powiedzeniu, najwyższy czas odsunąć do lamusa
obecne elity i dać szansę tym, którzy potrafią targować się o
polskie interesy.
Rozmawiał: Józef Michał Janowski
Nowa Myśl Polska Nr 51-52
|