|
|
2002-06-07
Marek Borowski: Szara eminencja SLD
Romuald Bury
Należy do
tego pokolenia działaczy komunistycznych, które mocno podkreśla, że nie miało
już nic wspólnego ze stalinizmem. Ale kariera Marka Borowskiego wskazuje, że
stalinowscy przodkowie wcale nie musieli być obciążeniem, wprost przeciwnie.
Obecny marszałek sejmu także w okresie "utrwalania władzy ludowej" znakomicie
dałby sobie radę, ze względu na powiązania rodzinne i inne przymioty, przydatne
w sprawowaniu władzy...
Marek Borowski urodził się w 1946 roku, jako syn Wiktora Borowskiego,
wówczas redaktora naczelnego dziennika "Życie Warszawy". Jak wielu ówczesnych
działaczy, jego ojciec miał za sobą bogatą karierę w strukturach komunistycznych
w okresie międzywojennym.
Syn Bermana
Ponadto, co było
wówczas jeszcze ważniejsze od działalności, ojciec marszałka sejmu RP przed
wojną nazywał się Aaron Berman. Było to nazwisko, które nie tylko w kręgach
aktywu partyjnego robiło odpowiednie wrażenie - kojarzono go wszak rodzinnie z
samym Jakubem Bermanem, osobą numer 2 w PPR. Aaron Berman vel Wiktor Borowski
był przed wojną aktywnym członkiem Komunistycznej Partii Polski, ponad rok
spędził w strukturach Kominternu w Moskwie (co było warunkiem dalszej, szybkiej
kariery). Wielokrotnie karany przez II RP za działalność wymierzoną przeciwko
suwerenności i niepodległości Polski, miał na koncie udane ucieczki do Związku
Sowieckiego przed wymiarem sprawiedliwości. W 1939 roku został zwolniony z
więzienia na skutek wybuchu wojny. Nic dziwnego, że władza ludowa powierzyła
mu pracę na odpowiedzialnym odcinku - propagandy. W latach 1951-1967 Wiktor
Borowski był zastępcą redaktora naczelnego najważniejszej w PRL gazety: "Trybuny
Ludu". Odszedł z niej na fali walki partyjnej między "chamami" i "Żydami",
której kulminacją były wydarzenia w marcu 1968 roku.
Partii
oddany
Czerpiąc z takich wzorów rodzinnych, Marek Borowski znał swoje
miejsce w hierarchii społecznej. Nie w głowie była mu jakaś tam "opozycja" wobec
komunistów, czy choćby rola zwykłego zjadacza chleba w PRL. Już w wieku 15 lat
wstąpił do Związku Młodzieży Socjalistycznej (ZMS), następnie podjął studia na
elitarnym, "czerwonym" Wydziale Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Planowania i
Statystyki (SGPiS). Z absolwentów tego wydziału rekrutowały się przyszłe kadry
PZPR. Po pierwszym okresie powojennym, gdy "nie matura, lecz chęć szczera"
wystarczała, aby zostać profesorem, sędzią, oficerem czy sekretarzem, partia
zaczęła się nieco cywilizować i kształcić swe młodsze pokolenie. Kolegą Marka
Borowskiego z roku był na przykład Grzegorz Żemek, obecnie jeden z głównych
oskarżonych w aferze FOZZ, jednej z największych, ujawnionych afer gospodarczych
III RP. W 1967 roku Borowski wstąpił do PZPR. Nie były to jednak najlepsze
czasy dla takich działaczy jak on. Żydowskie pochodzenie i udział w wiecu w 1968
roku spowodowały, że został usunięty z PZPR. Wydawać się mogło, że na zawsze
pożegna się ze strukturami komunistycznymi. Ale nie - czym skorupka za młodu
nasiąknie...
Komunie zawsze wierny
Po ukończeniu studiów
podjął pracę w Domach Towarowych "Centrum" i został tam przewodniczącym ZMS. Być
może dzięki takiemu samozaparciu w dążeniu do ponownego wstąpienia do partii
otrzymał nagrodę, jaką był wyjazd na staż zawodowy do francuskich domów
towarowych. Według niektórych informacji, pomógł mu w tym fakt, że w DT
"Centrum" prowadził specjalny sklep dla wyższych funkcjonariuszy partyjnych -
tak zwany "sklep za żółtymi firankami". Były to miejsca, gdzie samozwańczy
przedstawiciele klasy robotniczej zaopatrywali się po "specjalnych" cenach w
specjalne towary, niedostępne dla pospolitych mieszkańców PRL. Jego starania
szybko zakończyły się sukcesem: już w 1975 roku został ponownie przyjęty do
PZPR. Specjalnej kariery w niej już zrobić nie mógł, ale życie miał ułatwione. W
stanie wojennym został wyższym urzędnikiem w Ministerstwie Rynku
Wewnętrznego.
Miejsce dla Borowskiego w rządzie
Mazowieckiego
W okresie "okrągłego stołu", gdy inni towarzysze
nerwowo krzątali się przy zabezpieczeniu swych - jak się wówczas wydawało -
zagrożonych karier, Marek Borowski był niewidoczny. Ale zadawał się z
odpowiednim towarzystwem: Zbigniewem Siemiątkowskim, Sławomirem Wiatrem,
Tomaszem Nałęczem. Okres PRL zamknął znaczącymi odznaczeniami: Brązowym i
Złotym Krzyżem Zasługi. Docenił go także Tadeusz Mazowiecki - w swym rządzie dał
mu stanowisko wiceministra rynku wewnętrznego. Jest to kolejny dowód, jak
fałszywe panuje przekonanie, że był to pierwszy po 1944 roku rząd
niekomunistyczny. Wprost przeciwnie - był to ostatni rząd tak zwanej Polskiej
Rzeczypospolitej Ludowej, czyli Polski jawnie komunistycznej. Kolejne
przekształcenia partii komunistycznej popychają go coraz wyżej w hierarchii. W
1990 roku Borowski zostaje członkiem Rady Naczelnej SdRP. W okresie jego
wiceministrowania w Ministerstwie Rynku Wewnętrznego doszło do tak zwanej afery
alkoholowej, za co jego ówczesny przełożony miał stanąć przed Trybunałem Stanu.
Nic się jednak nie stało - afera ta była jedną z wielu w tamtym okresie i
powiększyła długi szereg wydarzeń, które trwale zmieniły w dziwny, niewyjaśniony
sposób stosunki własnościowe w post-PRL-u.
Post-komuniści mają się
coraz lepiej
Został posłem I kadencji. Od tej pory jest zawodowym
posłem SdRP, a po zmianie nazwy - SLD. Po zwycięstwie wyborczym SLD i utworzeniu
pierwszej koalicji z PSL w 1993 roku, Borowski został wicepremierem i ministrem
finansów. Stał też na czele Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów. Został więc
obdarowany ogromną władzą w rządzie Waldemara Pawlaka. W tym czasie Borowski
odpowiadał za niezgodną z prawem operację "dofinansowania" Banku Gospodarki
Żywnościowej, kontrolowanego przez PSL. Stał też za prywatyzacją Banku
Śląskiego, a nieprawidłowości z tym związane wyszły na jaw w 1994 roku. W
lutym 1994 roku złożył dymisję z funkcji wicepremiera i ministra finansów na
ręce premiera Pawlaka. Liczył zapewne, że nie zostanie ona przyjęta, ale chciał
wymusić w ten sposób na premierze zmiany w funkcjonowaniu rządu, licząc, że
uzyska jeszcze większe wpływy. Pawlak jednak dymisję przyjął. SLD przyznało
mu zatem (przyzwyczajonemu już do pełnienia wysokich funkcji) stanowisko
wiceprzewodniczącego klubu parlamentarnego. Znany był wówczas jego konflikt z
posłem PSL Bogdanem Pękiem, przewodniczącym Komisji Przekształceń
Własnościowych. Pęk usiłował na forum tej Komisji doprowadzić do wyjaśnienia
prywatyzacji Banku Śląskiego. Borowski zapisał się do tej Komisji i wkrótce
doprowadził do pozbawienia funkcji posła Pęka. Dodatkowe zajęcia posła
Borowskiego z tamtego czasu to przystąpienie do Fundacji Inicjatyw Społecznych
"Polska w Europie", którą założył inny poseł SLD, Włodzimierz
Cimoszewicz.
Marszałek, który śmieci chciał zbierać
Po
kolejnym zwycięstwie SLD w wyborach parlamentarnych jesienią 2001 roku, Marek
Borowski zostaje marszałkiem Sejmu RP. Jest oficjalnie już drugą osobą w
państwie. Należy do czołówki euroentuzjastów w gronie najważniejszych działaczy
SLD. Jak bardzo jest w tym zdeterminowany, może świadczyć jego mało znana
wypowiedź na temat wyników przyszłego referendum w sprawie przystąpienia Polski
do Unii Europejskiej. Wiąże się to z zasadniczą kwestią prawną - co będzie,
jeśli w tym referendum weźmie udział mniej niż polowa uprawnionych do tego osób,
a większość spośród głosujących wybierze odrzucenie Unii. Otóż marszałek
Borowski uznał dialektycznie, że taki wynik pozwoli władzy wykonawczej (czyli
obecnemu rządowi) na ratyfikację umowy o przystąpieniu Polski do struktur UE.
W kręgach SLD ma bardzo silną pozycję - może być nawet głównym konkurentem
Leszka Millera w walce o prezydenturę po Aleksandrze Kwaśniewskim. I kto by
pomyślał, że ten "geniusz" gospodarczy i jak się teraz okazuje, także prawny, w
dzieciństwie pragnął zostać... śmieciarzem! Ujawnił to w dniu 1 czerwca, pytany
prze jedną ze stacji telewizyjnych, jakie były jego marzenia w dzieciństwie.
Doprawdy szkoda, że niektóre dziecięce marzenia funkcjonariuszy SLD nie spełniły
się...
Polskie Jutro
|