Zaktualizowano 11. czerwca 2003 Drukuj
Ojczyzna jest to wielki - zbiorowy - Obowiązek.
Cyprian Kamil Norwid


Inne Strony Integracji PL z UE

Polska a Unia europejska - 21 pytań

Polonijny Katalog


Webring KATOLIKa


nagrodzona
2002-05-31
Tadeusz Mazowiecki: Oportunista - autorytet moralny inaczej

Romuald Bury
Oportunista, przez dwie kadencje (1961-1970) poseł na Sejm PRL z nominacji Zenona Kliszki, na skutek odpowiedniej propagandy stał się "autorytetem moralnym", kreowanym na współtwórcę Polski niepodległej.



Z okazji 75-tej rocznicy urodzin Tadeusza Mazowieckiego Andrzej Romanowski (redaktor "Tygodnika Powszechnego") w hagiograficznym artykule zamieszczonym w "Gazecie Wyborczej" (18 kwietnia tego roku) przedstawił go jako bohatera narodowego: "dokonał przecież Mazowiecki wyczynów niebywałych. Po pierwsze, odebrał władzę komunistom. Po drugie, uczynił to bez jednej wybitej szyby. Po trzecie, do dekomunizacji zaprzągł samych komunistów". Nic, tylko przecierać oczy ze zdumienia...

Założyciel PAX-u

Urodzony w 1927 roku, milczy o swej działalności w okresie okupacji. Nie przedstawia się też jako "kombatant", choć młodsi od niego walczyli z bronią w ręku. Wypłynął dopiero w 1946 roku, gdy jako student znalazł się wśród założycieli prokomunistycznej organizacji "Dziś i Jutro", z której wyłoniło się Stowarzyszenie PAX Bolesława Piaseckiego.
Wbrew obiegowej opinii nie ukończył studiów wyższych. Zamiast prawa wybrał bowiem polityczne dziennikarstwo, co w okresie stalinowskim oznaczało faktyczną kolaborację z reżimem. Został szybko doceniony: w 1953 roku, w wieku zaledwie 26 lat został naczelnym redaktorem "Wrocławskiego Tygodnika Katolickiego". Dodajmy, że katolicki to był on tylko z nazwy...

Wyznanie stalinowskiego dziennikarza

W numerze 17 "WTK" (z 20 grudnia 1953) Mazowiecki zaprezentował skrajnie wysoką samoocenę swej postawy (i ówczesnego środowiska, które współtworzył) i zaangażowania w stalinizm: "nie handlujemy naszą postawą, ale rządzi nami zasada przekonania. Jest ona twarda i bezwzględna. Nie pozwala wydrukować ani jednego słowa, które nie płynie z przekonania, ale równocześnie nie pozwala - gestem strusia chować głowy w piasek - wtedy, gdy to, co płynie z przekonania nakazuje zabierać głos w sprawach trudnych i nieraz drażliwych".

Z partią, przeciw Kościołowi

Jest to przykład wyjątkowego cynizmu - wszak zaledwie trzy miesiące wcześniej Mazowiecki "z całym przekonaniem" zabrał głos w sprawie "trudnej i drażliwej". Chodzi o wyjątkowo perfidnie sfingowany przez komunistów proces biskupa Czesława Kaczmarka, ordynariusza kieleckiego, oskarżonego między innymi o kierowanie "ośrodkiem antypaństwowym i antyludowym", o współpracę z Niemcami, o to, że był zwolennikiem faszyzmu. Biskup został skazany na 12 lat więzienia. Choć dla wszystkich było oczywiste, jak władza ludowa traktuje podejrzanych i aresztowanych, Tadeusz Mazowiecki (przypomnijmy: niedoszły prawnik) - wątpliwości nie miał. Na łamach "WTK" opublikował swoje wnioski, płynące z tego sfingowanego od początku do końca procesu, które - jak to się dziwnie złożyło - były wyjątkowo zgodne z wnioskami resortu bezpieczeństwa, owego "bijącego serca partii". Nie były to wnioski człowieka uważającego, że komunizm jest epoką przejściową i zbrodniczą. Przeciwnie - Mazowiecki tak bowiem wówczas pisał: "Wierzymy bowiem najgłębiej, że nawet najbardziej bolesne i tragiczne pomyłki nie mogą zmienić faktu, iż przyszłość należy do ustroju społecznego, w którym żyjemy (...)". Nie trzeba dodawać, że panował wówczas komunizm i to w najstraszniejszej, stalinowskiej odmianie.

Uciec... niedaleko

W grudniu 1955 roku, na fali potężniejącej politycznej odwilży, Mazowiecki wykonał woltę - wystąpił z PAX-u. Dziś moglibyśmy to nazwać "ucieczką do przodu". Zaledwie rok później ta instytucja była powszechnie potępiana za wyjątkowo mocne zaangażowanie się w stalinizm, ale nasz bohater mógł już powiedzieć: "co złego, to nie ja".
Wkrótce też znalazł sobie nowe środowisko, które wcale nie było takie nowe - "frondyści" z PAX-u znaleźli protekcję w jednej z frakcji PZPR i uzyskali możliwość równoległego działania ze swymi niedawnymi kolegami. Tak powstało środowisko "Więzi", które wkrótce uzyskało też możliwość fasadowego działania w komunistycznym sejmie (jako Koło Znak). Mazowiecki otrzymał poselską posadę w 1961 roku. Tak, posadę, albowiem mówienie o jakichkolwiek wyborach w tamtych czasach, w których posłów wyznaczał Zenon Kliszko, zaufany towarzysz Władysława Gomułki, byłoby kpiną. Nawet w ugodowym środowisku Znaku uchodził za jeszcze bardziej lewicowego, niż reszta jego członków.

"Spisane będą czyny i rozmowy"

W sejmie Mazowiecki zasiadał 10 lat (1961-1971). Warto przypomnieć także jego ówczesne zaangażowanie w budowę PRL-u z tamtego okresu. Jest ono niezwykle rzadko przypominane, przez co powstaje wrażenie, że miał on na swym koncie jedynie stalinowski "epizod"! W latach 60-tych dbał między innymi, aby szkoły w PRL wychowywały młodzież w odpowiednim duchu: "współczesna szkoła nie może abstrahować od dorobku myśli marksistowskiej w dziedzinie nauk społecznych" (przemówienie w sejmie, 1961).
Jako "postępowy katolik" gdzieś musiał czerpać inspirację dla swojej postawy i swych działań. Nie mogła ona jednak płynąć z "reakcyjnego" przecież Watykanu, czy też z kręgów księdza prymasa Wyszyńskiego, uznawanego za przedstawiciela "ciemnogrodu". Mazowiecki znalazł więc natchnienie gdzie indziej - ujawnił to w przemówieniu sejmowym 7 grudnia 1964 roku: "Myślę przede wszystkim o notatkach Togliattiego, a także w pewnej mierze o artykule radzieckiego czasopisma ŤKommunistť o przeobrażeniach w katolicyzmie, gdzie zawarte były również częściowo nowe akcenty. Jest rzeczą zrozumiałą, że dokumenty Togliattiego, a także wszystkie inne symptomy głębokiego ujmowania świadomości religijnej, nie mogą ujść uwadze chrześcijan, zwłaszcza tych, którzy swe zaangażowanie w socjalizm czerpią z pobudek ideowych". Togliatti był przywódcą włoskich komunistów i działaczem Komuninternu.

Ze Związkiem Sowieckim "na wsiegda"...

Mazowiecki nie ukrywał, że widzi rolę Polski w świecie - jako wasala Związku Sowieckiego. W wystąpieniu sejmowym w 1967 roku stwierdził bowiem: "Polska w trwały sposób określiła swoje miejsce na mapie politycznej współczesnego świata." Rok później posunął się jeszcze dalej, twierdząc bez ogródek: "Zasadą ustrojową jest w Polsce socjalistycznej założenie, że kierownictwo polityczne sprawuje Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Na uznaniu tej zasady i my opieramy swą działalność." Nie pozostawiał swym słuchaczom żadnych złudzeń - "nie stawiamy też na erozję socjalizmu".
Nic dziwnego, że środowisko "Więzi" i "Znaku" szybko znalazło wspólny język z ludźmi nie tylko odległymi od wartości katolickich, lecz nawet im wrogimi. Wspomniany hagiograf z "Gazety Wyborczej" ujął to dialektycznie: "katolickich redaktorów oraz indyferentnych wyznaniowo współpracowników dzielił wprawdzie światopogląd, ale łączyła wspólnota wartości, wśród których poczesne miejsce zajmowały wartości tradycyjnie łączone z etosem lewicy. Wszystkich zaś - co charakterystyczne - łączyła niechęć do katolicyzmu ludowego, obrzędowego, wyznawanego w sposób bezrefleksyjny".
To ostatnie stwierdzenie jest bardzo charakterystyczne - istniało zatem coś, co łączyło nieco zbuntowanych marksistów z nieco zbuntowanymi katolikami. Była to wspólna niechęć do... katolicyzmu ludowego. A przecież Ewangelie nie wyszły spod piór "katolików postępowych", lecz, oceniając rzecz w tych kategoriach, były dziełem właśnie chrześcijan jak najbardziej "ludowych".

Trochę opozycji nie zaszkodzi

Pod koniec lat 70-tych Mazowiecki zaangażował się w działalność środowiska, które samo przyjęło dla siebie nazwę "opozycji demokratycznej". Nazwa ta miała odróżniać je od "opozycji niepodległościowej", która głosiła hasła bardziej konkretne i radykalne - odzyskania przez Polskę niepodległości przez wyrwanie się spod sowieckiej kurateli.
W okresie "Solidarności" Mazowiecki zaczynał jako "przewodniczący komisji ekspertów" w Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym w Gdańsku. W marcu 1981 został redaktorem naczelnym "Tygodnika Solidarność". W skład redakcji weszli także ludzie jeszcze bardziej zasłużeni dla budowy socjalizmu w Polsce, niż on sam - jak na przykład pułkownik Artur Hajnicz z Informacji Wojskowej.
Internowanie po 13 grudnia 1981 roku uwiarygodniło Mazowieckiego całkowicie i zostało świetnie wykorzystane propagandowo - wszak w ten sposób jego poprzedni życiorys polityczny mógł pójść w niepamięć...

Premier, prawie prezydent

W 1989 roku Mazowiecki odniósł największy życiowy sukces: w wyniku porozumień z komunistami przy "okrągłym stole" został premierem. Wychodzące w Londynie żydowskie pismo "The Jewish Chronicle" (z 22 września 1989 roku) w artykule "Polski premier mówi: opłakuję holokaust" zauważyło: "są niepotwierdzone wiadomości, że prożydowskie zapatrywania pana Mazowieckiego oparte są na fakcie, iż jest on Żydem z pochodzenia". W sprawę wyjaśniania (!) jego pochodzenia zaangażowały się nawet kręgi kościelne, co nie mogło mieć miejsca bez wiedzy i zgody samego zainteresowanego.
Lewicowa propaganda zrobiła swoje, przedstawiając go jako "pierwszego niekomunistycznego premiera niekomunistycznego rządu". Zapomniano przy tym, że w jego rządzie generał Czesław Kiszczak był wicepremierem i ministrem spraw wewnętrznych i że to on rozdawał karty przy "okrągłym stole". Zresztą nie był to jedyny komunista w jego rządzie.
W pamięci z tamtego okresu nie utrwaliła się jakoś wyjątkowa niechęć Mazowieckiego do wycofania Polski z Układu Warszawskiego, wycofania wojsk sowieckich, czy wystąpienia z RWPG.

Dla komuny - "gruba kreska"!

Na jego nieszczęście jest on jednak kojarzony jako autor "grubej kreski" - rozumianej przez społeczeństwo jako odpuszczenie win komunistom i zalegalizowanie dokonanej przez nich grabieży majątku narodowego pod hasłem "uwłaszczenia". To z tego głównie powodu przegrał sromotnie wybory prezydenckie w 1990 roku (nie tylko z Lechem Wałęsą, ale też z nikomu nie znanym Stanisławem Tymińskim z Kanady).
Z wyborami prezydenckimi wiąże się kolejny, kompromitujący go epizod - wyszło mianowicie na jaw, że nie posiada wyższego wykształcenia, choć taki status wykształcenia oficjalnie podawał. W wydanym z tej okazji oświadczeniu Mazowiecki oficjalnie zaprzeczył, że kiedykolwiek tak twierdził. Wystarczy jednakże zajrzeć choćby do przewodnika "Kto jest kim w Polsce" (do którego biogramy dostarczali przecież sami zainteresowani), aby złapać go na kłamstwie.
Aby pozostać dalej na scenie politycznej, stanął na czele nowej partii politycznej - Unii Demokratycznej, zwanej powszechnie "udecją", która po kilku latach przeobraziła się w Unię Wolności (stąd popularna nazwa jej członków: "uwole"). Po kilku latach, w 1995 roku, przegrał wybory na jej przewodniczącego z Leszkiem Balcerowiczem.
Nie zniknął jednak całkiem z polityki: w 1997 roku doprowadził do poparcia przez UW projektu konstytucji, przygotowanego przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Przypomnijmy, że konstytucja ta przewiduje zrzeczenie się przez Polskę części suwerenności na rzecz struktur ponadnarodowych.
Odnotujmy, że był też specjalnym wysłannikiem Komisji Praw Człowieka ONZ w Bośni, jednakże specjalnej kariery w świecie nie zrobił.

Do Europy, ale... jak?

Ostatnio zaangażował się z całych sił w działalność na rzecz włączenia Polski do UE. Podczas hucznie obchodzonych "Dni Europejskich" 11 maja Mazowiecki otwierał konferencję pod szumną nazwą: "Wobec przyszłości". Odbyła się ona, a jakże, w luksusowym warszawskim hotelu Sheraton, a jej uczestnikami byli przedstawiciele organizacji proeuropejskich. Zwracając się do nich, Mazowiecki oświadczył: "Idziemy do Unii Europejskiej pod biało-czerwoną flagą. Nie dajmy sobie tej symboliki odebrać przeciwnikom integracji. Patriotyzm i obecność europejska nie są przeciwstawne". To "intelektualne" odkrycie Mazowieckiego świadczy, że euroentuzjaści będą się teraz bardziej odwoływać do emocji i tradycyjnych wartości. To nic, że przez dziesiątki lat były one dla nich całkiem obce. Cel uświęca środki...

Polskie Jutro
© W&W Arkitowie 2003 (2000)