|
|
2002-09-20
BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: eurotoman za (duże) pieniądze
Romuald Bury
 Fot. Archiwum Wśród osób zaangażowanych w integrację z
Unią krąży żart, ze jeśli po takiej kampanii Polacy w referendum powiedzą
"tak", będzie to największa sensacja XXI wieku. Na zdjęciu autor programu
telewizyjnego "Sensacje XX wieku".
|
Znany z
telewizji czołowy obecnie propagandzista "proeuropejski", Bogusław Wołoszański,
nie należy do grona decydentów politycznych, nie ma więc bezpośredniego wpływu
na podejmowane decyzje. Jako człowiek, który od 1983 roku ma stałe miejsce w
telewizji publicznej (dzięki czemu zrobił oszałamiającą karierę, choć nie należy
do najciekawszych mówców), dał się wynająć ekipie Sławomira Wiatra do realizacji
"europropagandy". Ponieważ gra była warta świeczki, czyli wpadło mu do kieszeni
sporo publicznych pieniędzy, Wołoszański chętnie przyjął intratną propozycję.
Chciał jednak zrealizować zamówienie jak najtańszym kosztem, wybrał zatem
koncepcję "gadającej głowy" - oczywiście własnej.
Stare porzekadło
jednak mówi: "co za dużo, to niezdrowo". Programy propagandowe Wołoszańskiego
zostały pokazane w ciągu kilku ostatnich miesięcy we wszystkich kanałach
telewizyjnych (publicznych i prywatnych) ponad cztery tysiące razy.
Prawdopodobnie wszystkie badania ich skuteczności pokazały, że efekt może być
odmienny od zamierzonego, dlatego Sławomir Wiatr zdecydował się pośpiesznie
zamienić gasnącą gwiazdę programów sensacyjnych na nikomu nieznanych, młodych
studentów. Oby z podobnym skutkiem...
Gwiazda komunistycznej
telewizji
Bogusław Wołoszański jest dziennikarzem średniego
pokolenia. Urodził się w 1950 roku w Piotrkowie Trybunalskim, w 1971 roku
ukończył Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Następnie studiował dwa lata
w podyplomowym Instytucie Dziennikarstwa UW. Już wówczas "miał dojścia" (zapewne
rodzinne) do telewizji, gdzie przygotowywał programy dla młodzieży. W 1973 roku
rozpoczął pracę etatową w TV (był to okres władzy nad TV gierkowskiego pupilka i
komunistycznego propagandzisty, Macieja Szczepańskiego). W 1983 roku, po
stanie wojennym, gdy większość tych środowisk odmawiała jednak współpracy ze
skompromitowaną doszczętnie telewizją, Wołoszański otrzymał swą wielką "szansę":
rozpoczął realizację własnego programu "Sensacje XX wieku". Program ten był
wówczas skazany na sukces, albowiem brak było wtedy takiej tematyki i władza
musiała dać coś telewidzom. Wołoszański sprawdził się. Od tej pory kariera stała
przed nim otworem. W 1985 roku z ramienia TVP wyjechał na placówkę do Londynu,
jako korespondent telewizyjny i radiowy. Po powrocie (trzy lata póĽniej) czekało
już na niego odpowiednie stanowisko: został szefem publicystyki międzynarodowej.
To już było jednoznaczne - robił wprawdzie swe ulubione programy z cyklu
"Sensacje XX wieku", jednakże jego głównym zajęciem były wówczas programy o
aktualnych wydarzeniach z zakresu polityki międzynarodowej. Oczywiście, ich
linią przewodnią była nachalna, komunistyczna propaganda - władza chciała (i
oczekiwała), że także w ten sposób utrzyma panowanie nad zniewolonym
społeczeństwem. Podsumujmy jego ówczesną karierę w komunistycznej TV:
redaktor naczelny Programów Dziecięcych i Młodzieżowych (1971-1973), Naczelnej
Redakcji Programów o Krajach Socjalistycznych (1973-1979), kierownik Redakcji
"Interstudio" (1979-1982), Redakcji Publicystyki Międzynarodowej (1982),
Programów Oświatowych i Dziecięcych (1983-1985). Prawda, że jest się czym
pochwalić? No, może nie wszystkim, dziś pewnie o kierowaniu niektórymi
redakcjami TV chciałby zapomnieć i wolałby, aby tego mu nie przypominać, i...
nie robić z tego sensacji.
Bez komunizmu też da się
(wy)żyć...
Po 1989 roku Wołoszański, skompromitowany udziałem w
propagandzie, szukał usilnie dla siebie nowego miejsca. Wyjściem z sytuacji
okazała się sensacja (szczególnie tematyka II wojny światowej), której też
przecież poświęcił w życiu sporo czasu. W 1990 roku wydał pierwszą książkę z
tego zakresu, która okazała się wielkim sukcesem, co było zrozumiałe, albowiem
po kilkudziesięciu latach wszechmocnej cenzury wszystko, co uwzględniało
publikacje zachodnie (a nimi przede wszystkim posługiwał się Wołoszański), szło
jak świeże bułeczki. Był to nie tylko sukces komercyjny. Jednocześnie rosła
jego sława jako autora ciekawych programów (często o rzeczach po raz pierwszy
poruszanych publicznie w powojennej Polsce). W następnych latach książki jego
autorstwa ukazywały się regularnie na rynku, stając się na ogół sensacjami
wydawniczymi. Nie są one jednak wynikiem jego własnych badań i przemyśleń, są to
raczej pozycje wykorzystujące dorobek historiografii zachodniej, przede
wszystkim brytyjskiej, amerykańskiej i niemieckiej. Tam bowiem kulisy II wojny
światowej, uwzględniające w dużym zakresie wszelkie dostępne archiwa, są bardzo
dokładnie opisane. W 1993 roku otrzymał nagrodę "Wiktora". Redaktor Bogusław
Wołoszański został odznaczony przez Aleksandra Kwaśniewskiego Krzyżem
Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Postkomunistyczna "Polityka" uznała go za
jedną z czołowych osobistości w historii Telewizji Polskiej (o ile można tak
mówić o tej instytucji przed 1989 rokiem - była ona przecież narzędziem
propagandowym wydziału KC PZPR). W 2000 roku otrzymał nagrodę im. Bolesława
Prusa "za wybitne osiągnięcia dziennikarskie". Wydaje się, że to jeszcze nie
wszystko, że Wołoszański może liczyć na dalsze zaszczyty, szczególnie za
propagandowe programy "europejskie". W dalszym ciągu pracuje formalnie w TV,
teraz w Redakcji Edukacyjnej Telewizji Polskiej Warszawa. Równolegle w Radiu Zet
prowadzi cykliczną audycję "Sensacje".
Dobrze opłacany
agitator
W maju 2002 roku Sławomir Wiatr, minister do spraw
informacji europejskiej w rządzie SLD Leszka Millera, zaproponował mu
prowadzenie telewizyjnej kampanii proeuropejskiej. Cała sprawa rozpoczęła się, a
jakże, od typowej w takim przypadku afery. Ogłoszono przyśpieszony przetarg na
spoty telewizyjne, które wygrała... firma będąca własnością kolegi obecnego
rzecznika rządu, Michała Tobera. Sam Tober był współzałożycielem i
współwłaścicielem tej firmy, co - w świetle kolejnych wyjaśnień czynników
rządowych - nie miało, oczywiście, żadnego znaczenia. Nie miało znaczenia także
to, że zwycięska firma nie miała odpowiednich doświadczeń z tego zakresu. To
nic, nauczą się... Wołoszański, według kolejnych wyjaśnień miał robić te
programy tak tanio, że prawie... za darmo. Podobnie inni, jak na przykład
kompozytor Krzesimir Dębski czy plastyk Andrzej Pągowski. Wszyscy wzięli za swój
"wysiłek" niezłe kwoty, najwięcej jednak sam Wołoszański. Za dwa miesiące
przygotowań (w tym czasie powstały 53 marne filmiki, nie wymagające większego
wysiłku), ich autor i aktor w jednej osobie zgarnął 120 tysięcy złotych, czyli
30 tysięcy dolarów. Okazuje się, że my do Europy idziemy, ale ci, którzy nas tam
naganiają, płacą sobie tak, jakby już swą pracę wykonali do końca. Obok
Wołoszańskiego podobną kwotę otrzymał też Jacek Kęcik - reżyser i scenarzysta, a
Agencja Z i T (która wygrała ten nieszczęsny przetarg) - wzięła 350
tysięcy.
Wielka klapa
Cała - z rozmachem zaplanowana
kampania - którą, przypomnijmy, od strony TV przygotowała firma związana do
niedawna z obecnym rzecznikiem rządu za pieniądze z budżetu państwa, nie zdała
egzaminu. Nawet w oczach jej autorów i organizatorów, czyli biura Sławomira
Wiatra. Najdosadniej oceniają to zwykli telewidzowie, których reakcją jest
najczęściej sarkazm, że już mają dość "tego Wołoszańskiego." Nic dziwnego -
pokazano je już 4 tysiące razy, a (według badań OBOP) przeciętny dorosły
obywatel obejrzał je aż 33 razy! Nic dziwnego, że widzowie mają tego po dziurki
w nosie i zamiast spełniać rolę propagandową od pewnego czasu stały się
antypropagandą, działającą raczej na rzecz eurosceptyków. Nawet sam Wiatr uznał,
że stały się one monotonne. Dlatego teraz będzie mniej Wołoszańskiego, jego rolę
przejmą studenci i eksperci. Chodzi głównie o to, aby pokazać nowe twarze, które
nie drażnią tak telewidza, jak Wołoszański, który był "wszędzie i
zawsze". Będzie to kampania "Nasz dom Europa - pytania o Unię", który
rozpocznie się już w paĽdzierniku. A Wołoszański? Podobno na razie trudno go
będzie całkiem odseparować od tego intratnego interesu. PóĽniej będzie nas
straszył "sensacjami" -a może by tak namówić go na program "Sensacje PRL"?
Niestety, o czymś takim słuchać nawet nie chce. Przyczyna jest prosta - te
środowiska nie chcą wchodzić publicznie w sprawy, które znają od podszewki z
racji powiązań rodzinnych, miejsca pracy, znajomości. Tym bardziej nie można o
tym zapominać.
Polskie Jutro
|