Zaktualizowano 11. czerwca 2003 Drukuj
Kłamstw są tysiące, a prawda jest jedna...



Inne Strony Integracji PL z UE

Polska a Unia europejska - 21 pytań

Polonijny Katalog


Webring KATOLIKa


nagrodzona
2002-06-14
Andrzej Olechowski: wszystko na sprzedaż

Romuald Bury

BeMa
W dawnej Polsce była to rzadkość - człowiek do wynajęcia w polityce. W naszej kulturze przyjęło się, że polityk kieruje się stałymi zasadami, ma ukształtowany system wartości, jest silnie kojarzony z jednoznaczną orientacją. Tak było kiedyś...
Andrzej Olechowski jest typowym dowodem głębokich zmian, jakie zaszły w tej dziedzinie w ostatnich latach. Łatwiej jest wymienić partie, kluby i stowarzyszenia, w których jeszcze nie działał, niż te, z którymi był już bezpośrednio lub pośrednio związany. Jest typowym człowiekiem do wynajęcia: ma odpowiedni wygląd (co w polityce zaczyna liczyć się najbardziej), szerokie znajomości, no i ma doktorat z ekonomii. Ponadto współpracował ze służbami specjalnymi PRL, co w dobie integracji Polski z UE postrzegane jest jako... zaleta.

Polityk po pięćdziesiątce powinien być już od dawna ukształtowany, a jego wizerunek w miarę jednoznaczny. Andrzej Olechowski jest zaprzeczeniem tej zasady. Studia ekonomiczne ukończył w latach 70-tych na SGPiS, która była wówczas wylęgarnią "czerwonych" kadr. Do partii komunistycznej jednak nie wstąpił, mimo że w 1978 roku zrobił tam doktorat. Jego treści nie musi się wstydzić do dziś - nie ma w nim bowiem nadmiaru ideologicznego bełkotu. Tego więc mogą mu tylko pozazdrościć inni "uczeni" z owego okresu.
Jako bezpartyjny fachowiec powinien być - zgodnie z panującą ówcześnie zasadą - na bocznym torze. Wszystkie intratne i zapewniające karierę posady były przecież zastrzeżone dla partyjnej nomenklatury. Olechowski poradził sobie nieco inaczej z tym problemem. Wyjazdy zagraniczne i praca w instytucjach międzynarodowych chociaż dla zwykłych śmiertelników w PRL-u były przedmiotem marzeń. On nie miał z tym żadnych kłopotów.

Współpracownik
Nic nie pomagało tak bardzo, jak współpraca z tajnymi służbami "ludowej ojczyzny". Podjęcie takiej działalności ustawiło Olechowskiego - można tak powiedzieć - na zawsze, wiązały się z tym bowiem wyjazdy zagraniczne a konsekwencją były odpowiednie skutki finansowe, były to bowiem zajęcia intratne. Praca w Genewie, w Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Handlu i Rozwoju (UNCTAD), następnie kierowanie zakładem w Instytucie Koniunktur i Cen Handlu Zagranicznego w Warszawie to był zaledwie początek jego kariery. Dla wielu osób byłoby to spełnienie marzeń, jednak on na tym nie poprzestał. W stanie wojennym wyjechał do pracy w Banku Światowym w Waszyngtonie, po powrocie do kraju nadawał się już na każde stanowisko, oczywiście odpowiednio honorowane finansowo.
Podczas obrad "okrągłego stołu" reprezentował stronę komunistyczną, za co został odpowiednio wynagrodzony posadą pierwszego wiceprezesa Narodowego Banku Polskiego. Później jednak, gdy zabrakło jego dotychczasowych, możnych protektorów politycznych, też umiał zadbać o swoje interesy. Został wiceministrem finansów, a w antykomunistycznym rządzie Jana Olszewskiego był już szefem tego resortu. Zdążył jednak złożyć dymisję z tego stanowiska tuż przed tragiczną nocą 4 czerwca 1992 roku, gdy w niejasnych do dziś okolicznościach rząd ten został brutalnie zniszczony przez intrygi zaplecza politycznego prezydenta Lecha Wałęsy. I Wałęsa znalazł mu zajęcie: uczynił go swym doradcą w sprawach gospodarczych, a następnie mianował ministrem spraw zagranicznych w rządzie Waldemara Pawlaka.

Interesy i polityka
Po dymisji z funkcji szefa MSZ (co miało miejsce w styczniu 1995 roku), Olechowski ponownie wrócił "do interesów", doradzając Lechowi Wałęsie i przede wszystkim zasiadając w radach nadzorczych wielu firm, a w Banku Handlowym i Banku Turystyki szefował im. Do tego "dorabiał" sobie jeszcze jako doradca Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju.
Jest przykładem niezwykłej aktywności politycznej: w monopartyjnej PRL potrafił być bezpartyjny, jednak III RP ujawniła jego niespełnienie na tym polu. Stąd zapewne bierze się jego niestałość i szukanie swego miejsca. Należał bowiem do założycieli efemerycznych tworów politycznych: prowałęsowskiego Bezpartyjnego Bloku Wspierania Reform (BBWR), Ruchu Stu (kto dziś pamięta takie ugrupowanie?).
W kampanii parlamentarnej w 1997 roku ujawnił się początkowo jako zwolennik Akcji Wyborczej Solidarności (AWS), już wkrótce jednak poparł Leszka Balcerowicza z konkurencyjnej dla AWS Unii Wolności. Trzy lata później, podczas kolejnej kampanii prezydenckiej w III RP stanął w szranki o najwyższe stanowisko w państwie: fotel prezydenta. Kampanię rozpoczął jako pierwszy kandydat i to od razu z rozmachem: nie mając własnego zaplecza politycznego (będąc wszędzie, nie jest się przecież nigdzie), wystartował jako "kandydat obywatelski", popierany głównie przez "intelektualistów". Wśród nich znalazł się nawet Leszek Balcerowicz, ówczesny wódz Unii Wolności, który - wbrew stanowisku swej partii - sam nie chciał stanąć w szranki wyborcze, słusznie obawiając się kompromitacji. Byli również: Czesław Miłosz i Jan Nowak-Jeziorański, którzy mieli mu zapewnić głosy osób nie tyle zorientowanych politycznie, co raczej ulegających urokowi "autorytetów".

Zlustrował się sam
Kandydat Olechowski przedstawiał się jako bezpartyjny fachowiec, który nie będzie uwikłany w pajęczynę partyjnych uzależnień, co jest zmorą życia politycznego w Polsce. To zagranie propagandowe zjednało mu wielu wyborców, zmęczonych upartyjnieniem polityki. Nie zaszkodziło mu nawet oświadczenie lustracyjne, w którym przyznał się do związków z wywiadem PRL. I chociaż istniały wątpliwości, czy jego współpraca do tego się ograniczała, Sąd Lustracyjny nie zakwestionował jego oświadczenia. Sprawa Olechowskiego umknęła opinii publicznej, bowiem w świetle jupiterów były wówczas dramatyczne losy lustracji jego przeciwników: Lecha Wałęsy i Aleksandra Kwaśniewskiego.
Jako ostatni kandydat przedstawił swe oświadczenie majątkowe. Okazało się wówczas, że jest najbogatszym wśród ubiegających się o fotel prezydencki. Ujawniony przez niego majątek w 2000 roku przekraczał wartość 5 milionów złotych. Tyle nie zgromadził nawet Aleksander Kwaśniewski, który pokonał go jednak liczbą zgromadzonych głosów. Wynik Olechowskiego był jednak imponujący: uzyskał poparcie ponad 3 milionów wyborców, co dało mu drugie miejsce (17,3 procent głosujących). Próba przeniesienia tego wyniku na budowaną partię polityczną, opartą głównie na komitetach wyborczych z okresu kampanii prezydenckiej, nie powiodła się jednak. Nowa partia Platforma Obywatelska, budowana także na bazie uciekinierów z zanikającej UW, już takiego poparcia nie zdołała uzyskać - nie pomogła w tym nawet osobowość Olechowskiego.
Jest wprawdzie drugą siłą w obecnym parlamencie, jednak i ona nie ustrzegła się typowej choroby rozłamów i kłótni. Zapoczątkowało ją odejście grupy posłów związanych z Arturem Balazsem. Sam Olechowski kandydować do Sejmu nie chciał (choć mandat uzyskałby bez problemów), a partią kieruje wspólnie z Maciejem Płażyńskim (uciekinierem z AWS) i Donaldem Tuskiem (uciekinierem z UW). Długo nie potrafi jednak pozostawać w cieniu - ciągnie go do światła kamer, jak ćmę. Obecnie stanął w szranki o fotel prezydenta Warszawy, co ma mu ułatwić start w walce o prezydenturę kraju po Kwaśniewskim.

W poszukiwaniu straconego "Rzymu"...

Warto odnotować jeszcze jeden ważny szczegół: jest on skrajnym euroforykiem, człowiekiem, który w tej sprawie chyba wszystko postawił na jedną kartę. Jest prezesem Zarządu Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego. We wstępie do propagandowej broszury : "Unia Europejska. Nie taki diabeł straszny..." (wydanej w 1999 roku) Olechowski napisał, że Polska odniesie cztery korzyści z przystąpienia do Unii. Pierwszą z nich ma być uzyskanie międzynarodowej pozycji odpowiadającej potencjałowi naszego kraju; drugą - dostęp do wspólnego rynku; trzecią - wpływ na decyzje, którym i tak trzeba będzie się podporządkować; czwartą wreszcie - realna szansa na zjednoczoną Europę (obejmującą z czasem cały kontynent) i trwały pokój.
Jest to typowy, ubogi intelektualnie przykład proeuropejskiej propagandy. Przykładowo, trzecią "korzyść" dr Olechowski tak uzasadnia: W Unii zapadają decyzje, które rozstrzygają o warunkach politycznych i gospodarczych na naszym kontynencie - tam dziś znajduje się "Rzym". W większości przypadków nie mamy innego wyboru niż podporządkować się tym decyzjom, - tak dyktuje interes lub układ sił. Wybór jest więc prosty: zostając członkiem Unii, uzyskamy wpływ na te decyzje, pozostając poza nią, będziemy jej wasalem. Tu widać całą nędzę europropagandy - jeśli bowiem nie mamy innego wyboru, to po co na siłę szukamy korzyści takiego stanu rzeczy? Dodajmy do tego wątek "Rzymu", który według niego znajduje się obecnie w Brukseli, a widać, jak niezbyt samodzielną umysłowość on prezentuje.
Olechowski jest wykładowcą katolickiego Uniwersytetu im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego, ale - jak widać, nie jest tym faktem do niczego zobowiązany. Rzym był zawsze punktem odniesienia dla cywilizowanej, chrześcijańskiej Europy. Przeniesienie Rzymu (w sensie ideowym) w inne miejsce, w tym przypadku do Brukseli, jest odrywaniem się od wartości, które są fundamentem naszej cywilizacji. Dla osób i środowisk, wychowanych w atmosferze służalczości (dla których do 1989 roku Moskwa była centrum świata) takie poszukiwania nowego centrum w Brukseli jednak nie dziwią. Nie taki diabeł straszny! - przymilnie uspokaja nas dr Andrzej Olechowski. Bądźmy zatem tym bardziej krytyczni, diabeł bowiem nigdy nie działa wprost. Czasami ma swych ziemskich pomocników.

Polskie Jutro
© W&W Arkitowie 2003 (2000)