|
|
2002-06-14
Andrzej Olechowski: wszystko na sprzedaż
Romuald Bury
 BeMa
| W dawnej Polsce była to
rzadkość - człowiek do wynajęcia w polityce. W naszej kulturze przyjęło się, że
polityk kieruje się stałymi zasadami, ma ukształtowany system wartości, jest
silnie kojarzony z jednoznaczną orientacją. Tak było kiedyś... Andrzej
Olechowski jest typowym dowodem głębokich zmian, jakie zaszły w tej dziedzinie w
ostatnich latach. Łatwiej jest wymienić partie, kluby i stowarzyszenia, w
których jeszcze nie działał, niż te, z którymi był już bezpośrednio lub
pośrednio związany. Jest typowym człowiekiem do wynajęcia: ma odpowiedni wygląd
(co w polityce zaczyna liczyć się najbardziej), szerokie znajomości, no i ma
doktorat z ekonomii. Ponadto współpracował ze służbami specjalnymi PRL, co w
dobie integracji Polski z UE postrzegane jest jako... zaleta.
Polityk
po pięćdziesiątce powinien być już od dawna ukształtowany, a jego wizerunek w
miarę jednoznaczny. Andrzej Olechowski jest zaprzeczeniem tej zasady. Studia
ekonomiczne ukończył w latach 70-tych na SGPiS, która była wówczas wylęgarnią
"czerwonych" kadr. Do partii komunistycznej jednak nie wstąpił, mimo że w 1978
roku zrobił tam doktorat. Jego treści nie musi się wstydzić do dziś - nie ma w
nim bowiem nadmiaru ideologicznego bełkotu. Tego więc mogą mu tylko pozazdrościć
inni "uczeni" z owego okresu. Jako bezpartyjny fachowiec powinien być -
zgodnie z panującą ówcześnie zasadą - na bocznym torze. Wszystkie intratne i
zapewniające karierę posady były przecież zastrzeżone dla partyjnej
nomenklatury. Olechowski poradził sobie nieco inaczej z tym problemem. Wyjazdy
zagraniczne i praca w instytucjach międzynarodowych chociaż dla zwykłych
śmiertelników w PRL-u były przedmiotem marzeń. On nie miał z tym żadnych
kłopotów.
Współpracownik Nic nie pomagało tak bardzo, jak współpraca z
tajnymi służbami "ludowej ojczyzny". Podjęcie takiej działalności ustawiło
Olechowskiego - można tak powiedzieć - na zawsze, wiązały się z tym bowiem
wyjazdy zagraniczne a konsekwencją były odpowiednie skutki finansowe, były to
bowiem zajęcia intratne. Praca w Genewie, w Organizacji Narodów Zjednoczonych do
spraw Handlu i Rozwoju (UNCTAD), następnie kierowanie zakładem w Instytucie
Koniunktur i Cen Handlu Zagranicznego w Warszawie to był zaledwie początek jego
kariery. Dla wielu osób byłoby to spełnienie marzeń, jednak on na tym nie
poprzestał. W stanie wojennym wyjechał do pracy w Banku Światowym w
Waszyngtonie, po powrocie do kraju nadawał się już na każde stanowisko,
oczywiście odpowiednio honorowane finansowo. Podczas obrad "okrągłego stołu"
reprezentował stronę komunistyczną, za co został odpowiednio wynagrodzony posadą
pierwszego wiceprezesa Narodowego Banku Polskiego. Później jednak, gdy zabrakło
jego dotychczasowych, możnych protektorów politycznych, też umiał zadbać o swoje
interesy. Został wiceministrem finansów, a w antykomunistycznym rządzie Jana
Olszewskiego był już szefem tego resortu. Zdążył jednak złożyć dymisję z tego
stanowiska tuż przed tragiczną nocą 4 czerwca 1992 roku, gdy w niejasnych do
dziś okolicznościach rząd ten został brutalnie zniszczony przez intrygi zaplecza
politycznego prezydenta Lecha Wałęsy. I Wałęsa znalazł mu zajęcie: uczynił go
swym doradcą w sprawach gospodarczych, a następnie mianował ministrem spraw
zagranicznych w rządzie Waldemara Pawlaka.
Interesy i polityka Po
dymisji z funkcji szefa MSZ (co miało miejsce w styczniu 1995 roku), Olechowski
ponownie wrócił "do interesów", doradzając Lechowi Wałęsie i przede wszystkim
zasiadając w radach nadzorczych wielu firm, a w Banku Handlowym i Banku
Turystyki szefował im. Do tego "dorabiał" sobie jeszcze jako doradca
Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Jest przykładem niezwykłej aktywności
politycznej: w monopartyjnej PRL potrafił być bezpartyjny, jednak III RP
ujawniła jego niespełnienie na tym polu. Stąd zapewne bierze się jego niestałość
i szukanie swego miejsca. Należał bowiem do założycieli efemerycznych tworów
politycznych: prowałęsowskiego Bezpartyjnego Bloku Wspierania Reform (BBWR),
Ruchu Stu (kto dziś pamięta takie ugrupowanie?). W kampanii parlamentarnej w
1997 roku ujawnił się początkowo jako zwolennik Akcji Wyborczej Solidarności
(AWS), już wkrótce jednak poparł Leszka Balcerowicza z konkurencyjnej dla AWS
Unii Wolności. Trzy lata później, podczas kolejnej kampanii prezydenckiej w III
RP stanął w szranki o najwyższe stanowisko w państwie: fotel prezydenta.
Kampanię rozpoczął jako pierwszy kandydat i to od razu z rozmachem: nie mając
własnego zaplecza politycznego (będąc wszędzie, nie jest się przecież nigdzie),
wystartował jako "kandydat obywatelski", popierany głównie przez
"intelektualistów". Wśród nich znalazł się nawet Leszek Balcerowicz, ówczesny
wódz Unii Wolności, który - wbrew stanowisku swej partii - sam nie chciał stanąć
w szranki wyborcze, słusznie obawiając się kompromitacji. Byli również: Czesław
Miłosz i Jan Nowak-Jeziorański, którzy mieli mu zapewnić głosy osób nie tyle
zorientowanych politycznie, co raczej ulegających urokowi
"autorytetów".
Zlustrował się sam Kandydat Olechowski przedstawiał się
jako bezpartyjny fachowiec, który nie będzie uwikłany w pajęczynę partyjnych
uzależnień, co jest zmorą życia politycznego w Polsce. To zagranie propagandowe
zjednało mu wielu wyborców, zmęczonych upartyjnieniem polityki. Nie zaszkodziło
mu nawet oświadczenie lustracyjne, w którym przyznał się do związków z wywiadem
PRL. I chociaż istniały wątpliwości, czy jego współpraca do tego się
ograniczała, Sąd Lustracyjny nie zakwestionował jego oświadczenia. Sprawa
Olechowskiego umknęła opinii publicznej, bowiem w świetle jupiterów były wówczas
dramatyczne losy lustracji jego przeciwników: Lecha Wałęsy i Aleksandra
Kwaśniewskiego. Jako ostatni kandydat przedstawił swe oświadczenie majątkowe.
Okazało się wówczas, że jest najbogatszym wśród ubiegających się o fotel
prezydencki. Ujawniony przez niego majątek w 2000 roku przekraczał wartość 5
milionów złotych. Tyle nie zgromadził nawet Aleksander Kwaśniewski, który
pokonał go jednak liczbą zgromadzonych głosów. Wynik Olechowskiego był jednak
imponujący: uzyskał poparcie ponad 3 milionów wyborców, co dało mu drugie
miejsce (17,3 procent głosujących). Próba przeniesienia tego wyniku na budowaną
partię polityczną, opartą głównie na komitetach wyborczych z okresu kampanii
prezydenckiej, nie powiodła się jednak. Nowa partia Platforma Obywatelska,
budowana także na bazie uciekinierów z zanikającej UW, już takiego poparcia nie
zdołała uzyskać - nie pomogła w tym nawet osobowość Olechowskiego. Jest
wprawdzie drugą siłą w obecnym parlamencie, jednak i ona nie ustrzegła się
typowej choroby rozłamów i kłótni. Zapoczątkowało ją odejście grupy posłów
związanych z Arturem Balazsem. Sam Olechowski kandydować do Sejmu nie chciał
(choć mandat uzyskałby bez problemów), a partią kieruje wspólnie z Maciejem
Płażyńskim (uciekinierem z AWS) i Donaldem Tuskiem (uciekinierem z UW). Długo
nie potrafi jednak pozostawać w cieniu - ciągnie go do światła kamer, jak ćmę.
Obecnie stanął w szranki o fotel prezydenta Warszawy, co ma mu ułatwić start w
walce o prezydenturę kraju po Kwaśniewskim.
W poszukiwaniu straconego
"Rzymu"...
Warto odnotować jeszcze jeden ważny szczegół: jest on
skrajnym euroforykiem, człowiekiem, który w tej sprawie chyba wszystko postawił
na jedną kartę. Jest prezesem Zarządu Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego. We
wstępie do propagandowej broszury : "Unia Europejska. Nie taki diabeł
straszny..." (wydanej w 1999 roku) Olechowski napisał, że Polska odniesie
cztery korzyści z przystąpienia do Unii. Pierwszą z nich ma być uzyskanie
międzynarodowej pozycji odpowiadającej potencjałowi naszego kraju; drugą
- dostęp do wspólnego rynku; trzecią - wpływ na decyzje, którym i tak
trzeba będzie się podporządkować; czwartą wreszcie - realna szansa na
zjednoczoną Europę (obejmującą z czasem cały kontynent) i trwały pokój.
Jest to typowy, ubogi intelektualnie przykład proeuropejskiej
propagandy. Przykładowo, trzecią "korzyść" dr Olechowski tak uzasadnia: W
Unii zapadają decyzje, które rozstrzygają o warunkach politycznych i
gospodarczych na naszym kontynencie - tam dziś znajduje się "Rzym". W większości
przypadków nie mamy innego wyboru niż podporządkować się tym decyzjom, - tak
dyktuje interes lub układ sił. Wybór jest więc prosty: zostając członkiem Unii,
uzyskamy wpływ na te decyzje, pozostając poza nią, będziemy jej wasalem. Tu
widać całą nędzę europropagandy - jeśli bowiem nie mamy innego wyboru, to po co
na siłę szukamy korzyści takiego stanu rzeczy? Dodajmy do tego wątek "Rzymu",
który według niego znajduje się obecnie w Brukseli, a widać, jak niezbyt
samodzielną umysłowość on prezentuje. Olechowski jest wykładowcą
katolickiego Uniwersytetu im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego, ale - jak widać,
nie jest tym faktem do niczego zobowiązany. Rzym był zawsze punktem odniesienia
dla cywilizowanej, chrześcijańskiej Europy. Przeniesienie Rzymu (w sensie
ideowym) w inne miejsce, w tym przypadku do Brukseli, jest odrywaniem się od
wartości, które są fundamentem naszej cywilizacji. Dla osób i środowisk,
wychowanych w atmosferze służalczości (dla których do 1989 roku Moskwa była
centrum świata) takie poszukiwania nowego centrum w Brukseli jednak nie dziwią.
Nie taki diabeł straszny! - przymilnie uspokaja nas dr Andrzej
Olechowski. Bądźmy zatem tym bardziej krytyczni, diabeł bowiem nigdy nie działa
wprost. Czasami ma swych ziemskich pomocników.
Polskie Jutro
|