Zaktualizowano 11. czerwca 2003 Drukuj
Życie podobne jest do drogi pełnej zakrętów. Widzimy tylko odcinek do kolejnego zakrętu. Ale wiemy, że Bóg ogarnia wzrokiem całą drogę.
Kner Anton


Inne Strony Integracji PL z UE

Polska a Unia europejska - 21 pytań

Polonijny Katalog


Webring KATOLIKa


nagrodzona
2002-11-09
NiepodlegŁoŚć - Zmarnowane Szanse?

Ryszard Terlecki
Historia nie odpowiada na pytanie, co by było, gdyby... Dlatego nie ma sensu zastanawiać się, czy antykomunistyczne powstanie w 1956 roku, społeczny bunt w 1968 roku czy powszechna odmowa posłuszeństwa w 1981 roku zakończyłyby się sukcesem, skróciły okres niewoli i przybliżyły powstanie III Rzeczypospolitej. Ale można i trzeba zadawać pytanie, dlaczego Polacy nie podjęli dziejowego wyzwania.

We wtorek 23 października 1956 roku pod pomnikiem Bema w Budapeszcie, pod transparentem "Polska dała nam przykład" oraz wśród okrzyków "precz z Rosjanami" rozpoczął się pierwszy akt węgierskiego powstania. Następnego dnia studenci i młodzi robotnicy walczyli już na ulicach z sowieckimi czołgami. Powstanie przeciw stalinowskiej dyktaturze przerodziło się w walkę o narodowe wyzwolenie. Kilka dni później, 30 października, rząd Imre Nagya przeszedł na stronę powstania i przekształcił się w gabinet koalicyjny. Nazajutrz premier zapowiedział wystąpienie Węgier z Paktu Warszawskiego, a 1 listopada zaapelował do Narodów Zjednoczonych o uznanie neutralności swego kraju. Drugi, zwycięski akt powstania trwał zaledwie parę dni.

Czwartego listopada szesnaście sowieckich dywizji podjęło atak na Węgry. Przeciwko regularnej armii stanęło do walki kilkanaście tysięcy słabo uzbrojonych powstańców. W połowie listopada inwazja zakończyła się sukcesem, rozpoczął się okres odwetu i masowych represji.

Zanim wybuchło węgierskie powstanie, w Polsce było już po krytycznym dniu 19 października, gdy sowieckie jednostki pancerne, stacjonujące na Śląsku i Pomorzu podjęły marsz na Warszawę, do Zatoki Gdańskiej wpłynęły sowieckie okręty wojenne, a kilka dywizji stanęło w gotowości bojowej nad polską granicą. W takich okolicznościach zmiana składu Biura Politycznego KC PZPR, mianowanie Gomułki - za zgodą Chruszczowa - pierwszym sekretarzem KC oraz opanowanie napiętej sytuacji wielu Polakom wydawały się zwycięstwem.

Zaniechane powstanie

Kiedy na placu Defilad wczesnym popołudniem w rodę 24 października Gomułka przemawiał do wielotysięcznego tłumu, do Warszawy docierały już pierwsze wiadomości o walkach w Budapeszcie. Wieczorem część uczestników wiecu wyruszyła przed budynek Komitetu Centralnego oraz ambasady sowiecką i węgierską. Do poważniejszych rozruchów nie doszło, co było zasługą robotniczej straży porządkowej, ale milicja i KBW musiały rozpędzać najbardziej agresywne grupy. W tych dniach fala wieców i manifestacji rozlała się po całym kraju. 22 i 23 października we Wrocławiu demonstranci palili czerwone flagi, niszczyli sowieckie emblematy, obrzucali kamieniami interweniującą milicję. 23 i 24 października milicja i oddziały KBW rozpędzały demonstrantów w Legnicy, gdzie zdemolowano sowieckie kasyno wojskowe i obrzucono kamieniami gmach UB. Do starć ulicznych doszło w Gliwicach i Katowicach, gdzie skandowano "precz z Ruskimi", "Rokossowski na Sybir", "żądamy wolności słowa", "chcemy polskiego Wilna i Lwowa". Wielkie manifestacje przetoczyły się ulicami Torunia, Elbląga, Gniezna, Poznania, Gdańska, Lublina. 30 października w Olsztynie na wiecu zorganizowanym przez studentów domagano się powrotu do Polski rządu emigracyjnego.

A jednak fala uniesienia opadła, chociaż wiadomości z Węgier przykuwały do radioodbiorników, rozpalały wyobraźnię, budziły nadzieję. Odbywały się jeszcze zebrania na uczelniach i w zakładach pracy, ale tłumy nie wyszły już na ulicę. Powszechnie spodziewano się daleko idących zmian na lepsze, ale nadzieje pokładano w Gomułce, a nie - jak podczas czerwcowego powstania w Poznaniu - w wolnych wyborach i obaleniu komunistycznej dyktatury. Także powrót do Warszawy kardynała Stefana Wyszyńskiego wpłynął na uspokojenie nastrojów.

Nie jesteśmy i nigdy nie będziemy w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy inny przebieg wydarzeń w Polsce mógł ocalić Węgry. Gdyby na wiadomość o wystąpieniu Węgier z Układu Warszawskiego w Polsce zwołano masowe wiece poparcia dla rządu Nagya, doszłoby zapewne do starć z milicją, z wojskiem, może nawet z oddziałami sowieckimi. Czy w takiej sytuacji Sowieci zdecydowaliby się interweniować równocześnie w Polsce i na Węgrzech? W Polsce interwencja wojskowa wymagałaby znacznie poważniejszych sił niż atak na Węgry. A gdyby Sowieci przystąpili do tłumienia buntu w Polsce, to może Węgry, kraj dla Rosjan mniej ważny, odzyskałyby suwerenność? Nawet taki wariant mógł być opłacalny, bo przecież przykład kraju, który sam wyzwolił się spod sowieckiej dominacji, byłby zaraźliwy dla innych, w tym także dla chwilowo pokonanych Polaków.

Zadawanie pytania, czy powstanie w Polsce na przełomie października i listopada 1956 roku, równocześnie z wybuchem na Węgrzech, miało choćby niewielką szansę powodzenia, to zajęcie z dziedziny political fiction. Jednak powinniśmy odpowiedzieć sobie na inne pytanie: dlaczego, kiedy koniunktura zdawała się nam sprzyjać, w Polsce nie doszło do antykomunistycznego zrywu? Dlaczego dwanaście lat po "Burzy" i powstaniu w Warszawie, jedenaście lat po utracie połowy terytorium przedwojennej Rzeczypospolitej, dziewięć lat po sfałszowanych wyborach i pogromie demokratycznej opozycji, pięć lat po ostatnich epizodach partyzanckiej wojny, trzy lata po uwięzieniu prymasa, cztery miesiące po buncie Poznania Polacy postąpili wbrew narodowej tradycji, wbrew hasłu "za naszą i waszą" i nie podjęli nierównej walki? Może zresztą obeszłoby się bez powstania, może wystarczyłby masowy ruch odmowy posłuszeństwa? Jeżeli geopolityka rzeczywiście nie pozwalała na niepodległość, to może przynajmniej była szansa na finlandyzację, modną dwadzieścia lat później?

Warszawskiej wiosny nie było

W październiku 1967 roku od rozpędzenia studenckiej demonstracji na Strahovie rozpoczęła się praska wiosna. Zwolennicy pałki i knebla ustąpili miejsca komunistycznym liberałom: 4 stycznia 1968 roku szefem KPCz został Aleksander Dubczek, zwolennik socjalizmu z ludzką twarzą. Rozpoczęła się demokratyzacja rządzącej partii, usuwanie twardogłowych aparatczyków, rehabilitowanie ofiar stalinizmu, reformowanie gospodarki. Pojawiły się zalążki partii opozycyjnych: Klub 231 zrzeszał ofiary komunistycznych represji, a Klub Zaangażowanych Bezpartyjnych podważał monopol władzy KPCz. W czerwcu 1968 roku zniesiona została cenzura, a opublikowany przez pisarza Ludwika Vaculika manifest polityczny "Dwa tysiące słów" podpisywali zarówno intelektualiści, jak i robotnicy. Czechosłowacja zmierzała ku reformie systemu, ale społeczna aktywność już znacznie wykraczała poza ramy kierowniczej roli partii oraz nierozerwalnego sojuszu ze Związkiem Sowieckim.

Ani Breżniew, ani jego namiestnicy w Polsce, Niemczech wschodnich czy na Węgrzech nie zamierzali w swoim sąsiedztwie akceptować nowej politycznej odwilży. Szczególnie gorąco na zbrojną pacyfikację Czechosłowacji nalegał Gomułka. W marcu przez Polskę przetoczyła się fala studenckich zamieszek, brutalnie stłumionych przez milicję. Jednak sytuacja była wciąż napięta, opór na uczelniach tlił się do połowy maja. Gomułka straszył Rosjan, że jeżeli nie uderzą na Czechosłowację, to Polska może pójść jej śladem. 21 sierpnia ponaddwustutysięczna armia wkroczyła na teren Czech i Słowacji. Do dziś nikt nie rozliczył dowódców polskiego wojska z haniebnego udziału w tym napadzie. A nie był to udział symboliczny: Gomułka i Jaruzelski w pierwszym rzucie wysłali czterdzieści tysięcy polskich żołnierzy.

Polski marzec wydarzył się za wcześnie, praska wiosna rozkwitła dopiero wczesnym latem. Ale w Pradze i Bratysławie już w kwietniu manifestowano sympatię dla ofiar pomarcowych czystek i represji w Polsce - kierownictwo PZPR oprotestowało te manifestacje w oficjalnej nocie. Czy Polacy mogli przyłączyć się do czechosłowackiej rebelii? Czy była szansa na obalenie Gomułki na drodze społecznego nacisku i pokojowych manifestacji? Cała Polska czeka na swego Dubczeka - brzmiało popularne hasło warszawskich salonów. Czy w PZPR mógł znaleźć się kandydat na kolejnego bohatera narodowej legendy?

Jedno jest pewne: sowiecka interwencja wojskowa w Czechosłowacji nie byłaby możliwa, gdyby Polska stanęła u boku czeskich reformatorów. Jugosławia i Rumunia od początku - z różnych powodów - popierały eksperymenty Dubczeka. Bez Gomułki doktryna Breżniewa byłaby tylko pobożnym życzeniem. Tym bardziej że kilka miesięcy później, w styczniu 1969 roku, doszło nad rzeką Ussuri do pierwszego z serii zbrojnych incydentów sowiecko-chińskich. Sowiety, nawet u szczytu swej potęgi, nie mogły pozwolić sobie na zaatakowanie dwóch państw w środku Europy, tym bardziej że w Polsce nie można było się spodziewać jedynie biernego oporu.

O ile jednak w 1956 roku szansa obalenia komunistycznego reżimu wydawała się realna, o tyle w 1968 roku sytuacja była inna, społeczeństwo było bardziej zatomizowane i ogłupione kolejną dekadą intensywnej propagandy (jednym z jej elementów był odgrzebany antysemityzm), a rządząca ekipa mocniej usadowiła się w partii, wojsku i milicji. Jesienią 1956 roku nowe władze PZPR zapewne wahałyby się przed wydaniem rozkazu strzelania do demonstrantów - dziesięć lat później Gomułka nie miał już takich skrupułów, co udowodnił wraz ze swoimi zausznikami, masakrując miasta Wybrzeża w grudniu 1970 roku.

Kapitulacja u progu wolności

Polski kryzys z lata 1980 roku był dla Sowietów o wiele poważniejszy niż powstanie na Węgrzech i próba reform w Czechosłowacji razem wzięte. Tym bardziej że od grudnia 1979 roku trwała sowiecka operacja wojskowa w Afganistanie, gdzie zaangażowano stutysięczną armię, od początku ponoszącą dotkliwe straty. W przeciwieństwie do końca lat sześćdziesiątych Związek Sowiecki znajdował się w politycznej defensywie, a od czterech lat jednym z moralnych przywódców wolnego świata był Polak, papież Jan Paweł II. Admirał Ludwik Janczyszyn, dowódca peerelowskiej Marynarki Wojennej, na początku września 1980 roku miał przestrzegać sowieckich generałów: - Jeśli obce wojska zostaną wprowadzone do Polski, to popłynie rzeka krwi. Zrozumcie, że tym razem będziecie mieć do czynienia z Polakami, a nie z Czechami.

Sowieckie kierownictwo bało się Polski, ale wojskowe lobby na wszelki wypadek szykowało interwencję w grudniu 1980 roku. Zdeterminowana reakcja Zachodu, a nawet Trzeciego Świata na ujawnione przez Amerykanów sowieckie przygotowania ostatecznie zniechęciła Breżniewa do kampanii w Polsce. Rok później, 10 grudnia 1981 roku, na posiedzeniu sowieckiego Politbiura poglądy zebranych wyraził Andropow, szef KGB: - Nie mamy zamiaru wkraczać do Polski. Jest to właściwe stanowisko i powinniśmy się go trzymać do końca. Nie wiem, jak rozwinie się sytuacja w Polsce, ale nawet jeśli Polska znajdzie się pod kontrolą "Solidarności", to trudno, tak musi zostać.

W tym samym czasie - według raportów KGB - kończąc ostatnie przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego, Jaruzelski lamentował, że w razie niepowodzenia milicyjno-wojskowej operacji "ogłoszą nas spiskowcami i powieszą". Jednak w grudniowe dni opór okazał się znikomy, a większość społeczeństwa biernie czekała na dalszy rozwój wydarzeń.

Z pewnością zewnętrzne szanse sukcesu antykomunistycznej insurekcji były wtedy największe. Ale "Solidarność" zmarnowała okres największego poparcia, jakim dysponowała wiosną 1981 roku, a jej przywódcy od politycznych analiz woleli słuchać podszeptów panikarzy i oportunistów. Polska straciła kolejne dziesięć lat, jednak zysk tego doświadczenia okazał się ważny dla przyszłości. Zarażone wolnością pokolenie walczyło na ulicach z ZOMO w regularnie powtarzających się demonstracjach, a Jaruzelski dobrze zapamiętał nauczkę z 1981 roku, gdy Sowieci pozostawili go na pastwę losu. Kiedy opór społeczny nasilił się, a zwartość obozu władzy uległa korozji, nie czekał na nowy kryzys i przystąpił do pertraktacji z opozycją w zamian za gwarancje ograniczonego udziału w rządach.

Prezent historii

Po zakończeniu drugiej wojny światowej antykomunistyczna partyzantka w Polsce liczyła na konflikt dotychczasowych aliantów i na wybuch nowej wojny. Jednak rządy państw Zachodu potrzebowały czasu, aby przekonać własne społeczeństwa, że dobry wujek Stalin, który pomógł pokonać złego Hitlera, teraz sam okazał się równie ponurym zbrodniarzem. Zanim opinia publiczna w Stanach Zjednoczonych dojrzała do wyrzeczeń i wydatków na rzecz zbrojeń, Sowieci dorobili się własnej broni atomowej i przez następne dziesięciolecia mogli skutecznie szantażować jej użyciem.

W październiku 1956 roku Zachód był zajęty kryzysem sueskim i brytyjsko-francuską interwencją w Egipcie. Pomimo obowiązywania doktryny "odpychania" komunizmu i "wyzwalania" podbitych państw, prezydent Eisenhower ograniczył się do werbalnych protestów i przeforsowania w ONZ rezolucji potępiającej Sowiety. Czy jednak Zachód pozostałby bierny, gdyby kryzys objął również Polskę?

W 1968 roku, gdy dywizje Układu Warszawskiego okupowały Czechosłowację, prezydent Johnson znów tylko protestował. Po zimowej ofensywie Wietkongu wojna w Wietnamie wchodziła w fazę przewlekłej katastrofy. Z kolei przywódcy zachodniej Europy zabiegali o dobre stosunki z ZSRR i gotowi byli drogo płacić za złudne postępy polityki odprężenia.

O wojskowej pomocy Zachodu nie można było też marzyć w 1981 roku. Jednak pojawiła się inna, skuteczna forma nacisku na sowieckie imperium: sankcje ekonomiczne. To w obawie przed nimi przywódcy Kremla gotowi byli zrezygnować ze swej władzy w Polsce. Tym razem nie tylko zamieszanie w bloku wschodnim, ale także międzynarodowa koniunktura sprzyjała Polsce.

Trzy razy Polacy nie wykorzystali nadarzającej się okazji. Największe szanse odzyskania utraconej niepodległości stracili w 1981 roku, ale też sytuacja narodu, sowietyzowanego od trzydziestu pięciu lat, była wówczas najtrudniejsza. Bieda, zapaść cywilizacyjna, słabość zdziesiątkowanych elit, kompleks niższości wobec bogatego i wolnego Zachodu, wreszcie dziesięciolecia strachu i upokorzeń poczyniły spustoszenia, których odrabianie będzie zajęciem kilku pokoleń. Chociaż najwięcej wiemy o przyczynach naszej słabości w 1981 roku, to jeszcze wiele pytań wymaga żmudnego poszukiwania odpowiedzi.

Szanse odbudowy demokracji i przynajmniej ograniczonej suwerenności w 1968 roku były skromne, ale lekceważyć ich nie wolno. Pokolenie marcowej młodzieży zachowało uraz do społeczeństwa za to, że zamiast na wiece pod hasłami "Syjoniści do Syjamu" nie poszło demonstrować w obronie swoich bitych dzieci. Najmniej - paradoksalnie, bo przecież dystans czasowy jest najdłuższy - wiemy o przyczynach powszechnego odurzenia szalbierstwami Gomułki w 1956 roku.

Na te pytania trzeba będzie kiedyś znaleźć odpowiedź. Może się okazać, że należy przeorientować nasze myślenie o PRL, zweryfikować historiografię, na nowo ocenić ówczesną myśl polityczną w kraju i na emigracji.
Rzeczpospolita Nr 45

© W&W Arkitowie 2003 (2000)