|
2003-06-06
A teraz coś tylko o mnie (Wiktorii)
Wiktoria Arkita
Urodziłam się i wychowałam w Głogowie. Tam też chodziłam do żłobka, dwóch
przedszkoli, podstawówki, do szkoły muzycznej, dwóch liceów i studium wokalnego.
Jako trzyletnia dziewczynka postanowiłam, że "będę grała na skrzypcach,
mówiła po angielsku i będę lekarzem od dzidziusiów". Grać się uczyłam (choć
niestety zaprzepaściłam tę umiejętność... może pora odświeżyć?). Po angielsku
mówię. Lekarzem już nie zostanę, chyba, że od własnych dzieci, lecz mam
nadzieję, że taka potrzeba będzie się pojawiać jak najrzadziej, gdy już zjawią
się maluszki w naszym domu.
Od dziecka miałam dużo zajęć i nigdy się nie nudziłam. Byłam zuchem, potem
harcerzem. Jednak w piątej czy szóstej klasie zauważyłam, że niestety nie zawsze
to, o czym się mówi na zbiórkach, jest tym samym, co się czyni i odeszłam.
Dzięki koleżankom odnalazłam się w grupie oazowej. I tak mi już zostało na
wiele lat :-) Moją formację duchową zawdzięczam głównie Ruchowi
Światło-Życie i kapłanom, animatorom, osobom tam poznanym. Dziękuję Wam
wszystkim, szczególnie Ani - mojej pierwszej animatorce i ojcu Januszowi.
Będąc w Ruchu włączyłam się do Krucjaty Wyzwolenia Człowieka.
Najpierw od 1991 co roku odnawiałam moją przynależność, następnie w dniu 27.
lipca 1997 postanowiłam trwać w krucjacie, dopóki będzie ona istnieć, czyli aż w
naszej Ojczyźnie nie zniknie problem alkoholizmu.
Jednak moja przygoda przy kościele i w Kościele nie rozpoczęła się wraz ze
wstąpieniem do Oazy.
Wszystko rozpoczęło się od scholi dziecięcej. Bylam w trzeciej
klasie szkoły podstawowej, gdy zaproszono mnie na próby. I tak mi zostało
na długie lata, bo z "Klemensiątkami" rozstałam się w zasadzie dopiero
po ślubie... Nie, nie spiewałam tam cały czas, potem to ja byłam współprowadzącą
zespół.
Niejedne z piękniejszych wspomnień z dzieciństwa wiążą się z tą rozśpiewaną grupą.
Wspólne wyjazdy na festiwale, ferie zimowe i te dwa letnie wyjazdy, które
najbardziej utkwiły w pamieci: do Wisły, gdzie nagraliśmy dwie nasze kasety.
Wiązało się to z wielkim wysiłkiem, poświęceniem wielu godzin na przygotowanie
materialu, jednak pobyt i praca w prawdziwym studiu nagraniowym wynagrodziły
poniesiony trud.
Także ostatni okres współpracy ze scholką bardzo mile wspominam i do dziś
mi brak "moich" dzieciakow, choć trzeba przyznać, że potrafiły dać czasami w kość.
Urwisy! Zawsze mi się ciepło kolo serducha robi, gdy o nich myślę. I tylko
smutno się robi, że śpiew w czasie naszej Eucharystii ślubnej był ostatnim wspólnym
śpiewaniem.
Bo śpiewu tak w ogóle wcale to koniec nie był. W Krakowie spędziłam sporo
czasu w szkole wokalno-aktorskiej. Wreszcie mialam prawdziwe lekcje spiewu, a także
gry na fortepianie. Niestety nie dane mi było szkoły skończyć - dostaliśmy pracę
w Warszawie i trzeba było się przeprowadzić. Tam też tylko raptem 3 czy 4
prywatne lekcje i kolejna przeprowadzka - do Dortmundu. W chwili kiedy to piszę
(6. czerwca 2003) wiemy już, że znowu będziemy się przenosic, lecz gdzie...?
Nie wiemy. Projekt się kończy i od lipca musimy się wynieść :-(
Jak już spomniałam o różnych miejscach zamieszkania, to cofnijmy się
jeszcze w tym wspominkach do zakończenia głogowskiego liceum.
Miałam kilka różnych pomysłów na kierunek studiów, a że z nauką generalnie
nie miałam żadnych problemów, różne opcje były realne. Jednak zinteresowania
i zdolności matematyczne zwyciężyły. Wśród propozycji między innymi
psychologii, polonistyki wybrałam informatykę matematyczną na Politechnice
Wrocławskiej. I z radością muszę przyznać, że gdybym wybierała
ponownie, to zdecydowałabym tak samo.
Przez pierwsze dwa lata mieszkałam na stancji u Pani Oli, potem zdecydowałam
się na akademik. Oba miejsca, choć tak różne, na dobre mi wyszły. Zwłaszcza
na początku studiów, gdy trzeba było przysiąść i powalczyć o stypendium naukowe,
stancja miała swoje plusy.
Od samego początku związałam się duszpasterstwem akademickim "Redemptor".
Na początku byłam tylko w diakonii muzycznej, po kilku miesiącach włączyłam
się do wspólnoty oazowej, której poźniej byłam animatorką.
cdn....
|