Zaktualizowano 11. czerwca 2003 Drukuj
Wolność wyposaża politykę w moralność.



Inne Strony Integracji PL z UE

Polska a Unia europejska - 21 pytań

Polonijny Katalog


Webring KATOLIKa


nagrodzona
2003-04-02
Czyja Wojna

Pat Buchanan
Ameryka nigdy nie była tak odizolowana od starych przyjaciół jak teraz. Co gorsza, prezydent Bush jest wciągany w pułapkę zastawioną przez neokonserwatystów. Może nie tylko stracić urząd, lecz zaprzepaścić lata pokoju wypracowane w wyniku wyrzeczeń dwóch generacji w czasie zimnej wojny
"Partia Wojny" ma, czego chciała. Oprócz wojny dostała coś, o co nigdy nie zabiegała. Wyeksponowano listę jej członków i stowarzyszeń, podważono motywy działania. W rzadkim w amerykańskim dziennikarstwie momencie dociekania prawdy Tim Russert spytał bezpośrednio Richarda Perle: Czy może pan zapewnić Amerykanów, że wojna i usunięcie Saddama Husajna rzeczywiście ma związek z bezpieczeństwem Stanów Zjednoczonych i w jaki sposób sprawa ta wiąże się z Izraelem?
Ujawnienie izraelskich koneksji nie poszło mu w smak. "Partia Wojny" nie była zachwycona. Nieprzygotowani na konfrontację neokonserwatyści zaczęli robić to, co leży w ich naturze: wycofali się z politycznego dialogu, przytaczając w zamian status prześladowanej grupy mniejszości. Myślałby ktoś, że ludzie, którzy kształtują politykę zagraniczną supermocarstwa, mają sztywniejszy kręgosłup. Nie w tym przypadku.
Nagonkę rozpoczął wydawca "Wall Street Journal" Max Boot: Kiedy buchananiści potrząsają neokonserwatystami, przytaczając takie nazwiska jak Wolfowitz i Conne, to brzmi to tak, jakby naprawdę mówili o "żydowskich konserwatystach" (w podtekście: autor musi być antysemitą). Boot przyznaje jednak, że żarliwe przywiązanie do Izraela jest nieodłącznym elementem neokonserwatyzmu. Twierdzi również, że Strategia Bezpieczeństwa Narodowego prezydenta Busha brzmi tak, jakby wyjęto ją wprost z magazynu "Commentary" - biblii neokonserwatystów (uwaga dla nowicjuszy: "Commentary" jest miesięcznikiem wydawanym przez American Jewish Committee, z którego Boot czerpie duchowe natchnienie).
David Brooks z "Weekly Standard" narzeka, że kojarzenie wojny z Izraelem stało się dla niego piekłem. Teraz dostaję stały strumień antysemickich oszczerstw pocztą elektroniczną, faxem i zwykłą pocztą... Antysemityzm jest żywy i rozwija się dobrze. Zmieniło się tylko tyle, że jego epicentrum nie jest już związane z prawicą Buchanana, lecz z lewicą ruchu pokojowego.
Felietonista z "Washington Post" Robert Kagan donosi o własnym czyśćcu za granicą: W Londynie... natkniesz się na najwspanialszych intelektualistów, którzy wyszukanym językiem z melodyjnym oksfordzkim akcentem wysuwają teorie konspiracji Pata Buchanana o przechwyceniu przez neokonserwatystów (czytaj: Żydów) amerykańskiej polityki zagranicznej.
Lawrence Kaplan z "New Republic" zarzuca, że nasz mały magazyn przekształcił się w forum dla tych, którzy twierdzą, że prezydent Bush podporządkował się... Arielowi Szaronowi i neokonserwatywnej partii wojny.
Powołując się na Charlesa Lindbergha, oskarża Paula Schrödera, Chrisa Matthew, Boba Novaka, Georgie Anne Geyer, Jasona Vest z "Nation" i Gary'ego Harta o dawanie do zrozumienia, że członkowie gabinetu Busha, występując w imieniu Izraela, demonstrują podwójną lojalność. Kaplan grzmi: Prawdziwy problem z takimi roszczeniami to nie to, że są fałszywe, lecz to, że działają jak trucizna. Wyciąganie podwójnej lojalności do wyciszenia krytyk i debat równa się czemuś więcej niż codziennemu zanieczyszczaniu publicznych rozmów. Jest to niedopuszczanie do takich rozmów. Jak można odrzucić oskarżenia tkwiące w etniczności? W rzeczywistości takim zarzutom nie da się zaprzeczyć. Zatem będą tkwić w świadomości słuchaczy.
Co jest grane? Mickey Kaus ("Slate's") odpowiada na to pytanie w artykule pt. Lawrence Kaplan Plays the Anti-Semitic Card [Lawrence Kaplan gra kartą antysemicką - red.].
Kaplan, Brooks, Boot i Kagan robią dokładnie to samo, co robi Jessie Jackson przyłapany na wymuszeniu kontrybucji od bogatej kompanii z listy Fortune 500. Jackson wyciąga kartę rasową. Neokonserwatyści odpierają krytyki, oczerniając charaktery i podważając motywy ich autorów. W rzeczywistości oskarżenie o antysemityzm jest toksyczne. Polega na zniesławianiu i straszeniu przeciwników, cenzurowaniu i szantażowaniu każdego, kto wysunie zastrzeżenia pod ich adresem oraz tych, którzy publikują ich artykuły. Neokonserwatyści utrzymują, że atakujemy ich dlatego, że są żydami. To nieprawda. Atakujemy, ponieważ podżegają do wojny, która zagraża bezpieczeństwu naszego państwa.
Tym razem chłopcy krzyknęli "wilk" o jeden raz za dużo. Kaus zwraca uwagę, że nawet w "New Republic" Kaplana, pisząc o czterech stołecznych ośrodkach władzy nawołujących do wojny, profesor Harvardu Stanley Hoffman tak określa czwarty ośrodek: Luźny zbiór przyjaciół Izraela, którzy wierzą w identyczność interesów żydowskiego państwa i Stanów Zjednoczonych (...). Analitycy ci oceniają politykę zagraniczną na podstawie tego, czy dana decyzja jest dobra, czy zła dla Izraela. Od powstania Izraela w 1948 r. ta grupa myślicieli nigdy nie cieszyła się większym zaufaniem Departamentu Stanu, lecz teraz znalazła wygodne przytulisko koło takich strategów jak Paul Wolfowitz, Richard Perle i Douglas Feith.
Jeśli może o tym mówić Stanley Hoffman, to dlaczego nie może Chris Matthew? - pyta Kaus, zauważając przy okazji, że Kaplan nie wspomniał o najbardziej obciążającym argumencie - o powiązaniach neokonserwatystów z Sharonem i Partią Likud.
9 lutego na pierwszej stronie "Washington Post" Robert Kaiser zacytował słowa przedstawiciela amerykańskiego rządu: Teraz naprawdę rządzą likudnicy. Kaiser wymienia Perle'a Wolfowitza i Feitha jako członków proizraelskiej sieci wewnątrz administracji i dodaje Davida Wurmsera z Departamentu Obrony oraz Elliotta Abramsa z Rady Bezpieczeństwa Kraju (Abrams jest zięciem Normana Podhoretza, redaktora-emerytusa "Commentary" (magazynu, który od dziesiątek lat oskarża krytyków Izraela o antysemityzm).
Podkreślając, że Szaron wielokrotnie mówił o swoich specjalnych związkach z buszystami, Kaiser pisał: Po raz pierwszy amerykańska administracja i rząd Likudu prowadzą niemal identyczną politykę. Warto zapytać, jak to się stało? Podczas gdy bez wątpienia leży to w interesie Szarona, to czy na pewno Ameryka dobrze na tym wyjdzie?
Nastał czas prawdy
Nastąpił czas prawdy. Ameryka stoi na progu podjęcia doniosłej decyzji o tym, czy rozpocząć serię wojen na Bliskim Wschodzie, które mogą doprowadzić do starcia cywilizacji, przed czym przestrzegał profesor Harvardu Samuel Huntington. Wojen, które w naszym pojęciu będą tragedią i katastrofą dla naszej republiki. Ażeby powstrzymać te wojny i odpowiedzieć na oszczerstwa neokonserwatystów, prosimy czytelników o zapoznanie się z ich agendą wyrażoną ich własnymi słowami. Światło dzienne jest najlepszym środkiem dezynfekującym. Jak mówił Al Smith: Nic z tego, co jest amerykańskie, nie utrzyma się w dziennym świetle.
Twierdzimy, że klika polemistów i osób pełniących publiczne stanowiska zmierza do wciągnięcia naszego kraju w serię wojen nie leżących w interesie Ameryki. Oskarżamy ich o zmowę z Izraelem w sprawie rozpętania tych wojen i zniszczenia porozumień z Oslo. Oskarżamy ich o umyślne niszczenie stosunków USA z każdym arabskim państwem, które buntuje się przeciw Izraelowi lub popiera prawo Palestyńczyków do własnego państwa.
Oskarżamy ich o alienację przyjaciół i sprzymierzeńców z całego świata islamskiego i zachodniego poprzez arogancję, wojowniczość i bezpodstawne zarzuty.
Bush wciągnięty w pułapkę
Ameryka nigdy nie była tak odizolowana od starych przyjaciół jak teraz. Co gorsza, prezydent Bush jest wciągany w pułapkę zastawioną przez neokonserwatystów. Może nie tylko stracić urząd, lecz zaprzepaścić lata pokoju wypracowane w wyniku wyrzeczeń dwóch generacji w czasie zimnej wojny.
Oskarżają nas o antysemityzm, tzn. nienawiść do żydów na podstawie wiary, spuścizny i pochodzenia. To błąd. W rzeczywistości ci, którzy rzucają takie oskarżenia, odczuwają gorące przywiązanie do obcego państwa. To sprawia, że podporządkowują mu interesy własnego państwa i działają zgodnie z założeniem, że to, co jest dobre dla Izraela musi być dobre dla Ameryki.
Neokonserwatyści
Kim są neokonserwatyści? Pierwsza generacja wywodziła się spośród byłych liberałów, socjalistów i trockistów, którzy po rewolucji McGoverna zakotwiczyli w GOP-ie po długim marszu konserwatystów do władzy z Ronaldem Reaganem w 1980 r.
Jest bardziej prawdopodobne, że neokonserwatysta to ktoś, kto publikuje magazyn, a nie np. murarz - pisał wówczas Kevin Philips. Dziś on lub ona najczęściej zasiadają w instytucjach polityki publicznej przy American Enterprise Institute (AEI) czy też jeden z jego klonów, takich jak Center for Security Policy lub Jewish Institute for National Security Affairs (JINSA).
Prawie nikt nie wywodzi się ze świata biznesu ani z sił zbrojnych, a jedynie kilku, jeśli w ogóle, wyszło z kampanii Goldwatera. Ich bohaterami są Woodrow Wilson, FDR, Harry Gruman, Marin Luther King oraz demokratyczni senatorzy: Henry "Scoop" Jackson (Wash.) i Pat Moynihan (N.Y.).
Stachanowskie poparcie dla Izraela
Zwolennicy interwencji uważają stachanowskie poparcie dla Izraela za punkt definiujący ich grupę. Wśród luminarzy neokonserwatystów znajdują się Jeane Kirkpatrick, Bill Bennett, Michael Novak i James Q. Wilson.
Publikują m.in. "Weakly Standard", "Commentary", "New Republic", "National Review" i redakcyjną stronę "Wall Street Journal". Choć jest ich stosunkowo niewielu, zapewnili sobie potężną siłę, rozciągając kontrolę nad konserwatywnymi fundacjami i pismami oraz dzięki umiejętności przyssania się do ludzi piastujących wysokie stanowiska.
Walenie w bęben wojenny
Po zakończeniu zimnej wojny neokonserwatyści szukali nowej krucjaty. Ich dzień nadszedł 11 września. Rozpalili gniew Ameryki, by popchnąć ją do wojny przeciw pogardzanym przez siebie wrogom, państwom arabskim i islamskim, które opierają się amerykańskiej hegemonii i nie lubią Izraela.
Plan "Partii Wojny" był przygotowany na długo przed 11 września
Plan "Partii Wojny" powstał długo przed 11 września. Kiedy po pokonaniu Talibanu prezydent Bush szukał nowego frontu w wojnie z terrorem, podano mu gotowy projekt.
Zanim przedstawimy scenarzystów przyszłych wojen amerykańskich, zwróćmy uwagę na pospieszną, zsynchronizowaną reakcję neokonserwatystów w pierwszych dniach po 11 września.
Już 12 września Bill Bennett powiedział w CNN, że znaleźliśmy się w obliczu wojny między dobrem i złem, że Kongres musi ogłosić wojnę przeciw wojującemu islamowi, i że należy użyć druzgocącej siły. Jako cele ataku Bennet wymienił Liban, Libię, Syrię, Irak, Iran i Chiny. O Afganistanie, goszczącym Osamę bin Ladena, nie wspomniał. Skąd Bennett wiedział, które kraje trzeba zniszczyć, kiedy nie mieliśmy pojęcia, kto nas zaatakował?
Listę celów bez zwłoki przedstawił również "Wall Street Journal", wzywając do ataku na obozy terrorystów w Syrii, Sudanie, Libii, Algierii i w niektórych częściach Egiptu. Zwróćmy uwagę, że żaden z krajów wymienionych na obu listach nie miał nic wspólnego z atakiem na USA.
15 września, jak pisze Paul Woodward w Bush at War, Paul Wolfowitz przedstawił argumenty za atakiem na Irak zamiast na Afganistan. Dlaczego Irak? Ponieważ akcja w Afganistanie jest niepewna, podczas gdy Irak jako kruchy reżim łatwo rozbić w proch, po prostu dlatego - argumentował Wolfowitz - że jest to rzecz wykonalna.
Ultimatum
20 września 40 neokonserwatystów wysłało do Białego Domu list otwarty z instrukcjami dla prezydenta Busha, jak ma prowadzić wojnę z terroryzmem.
Podpisany między innymi przez Bennetta, Podhoretza, Kirkpatrick, Perle'a, Kristola i Charlesa Krauthammera list stanowił ultimatum.
Prezydenta zawiadomiono, że za utrzymanie poparcia sygnatariuszy (ludzi kształtujących opinię publiczną w amerykańskich mediach - przyp. red.) Bush musi zniszczyć Hezbollah, wziąć odwet na Syrii i Iranie, jeśli nie zerwą stosunków z tą organizacją i utrącić Saddama. Sygnatariusze ostrzegli prezydenta: Niezaatakowanie Iraku zostanie odczytane jako porażka w wojnie z międzynarodowym terroryzmem.
Co Hezbollah miał wspólnego z 11 września? Nic! Hezbollah poniżył Izrael, zmuszając armię Szarona do opuszczenia Libanu.
Jednym słowem, 9 dni po ataku na Amerykę klika intelektualistów zagroziła naszemu Commander-in-Chief, że jeśli nie przyjmie ich wojennego planu, to zostanie oskarżony o wystawienie narodu na łaskę i niełaskę terrorystów.
Bush został ostrzeżony. Teraz miał wykorzystać atak na USA do rozpoczęcia serii wojen przeciw arabskim reżimom. Żaden z nich nie podniósł ręki na USA, za to wszyscy byli wrogami Izraela. "Bibi" Netanjahu, były premier Izraela, szalał w amerykańskiej telewizji, wzywając nas do skruszenia imperium terroru. Jak się okazało "imperium" to składa się z Hamasu, Hezbollahu, Iranu, Iraku i palestyńskiej enklawy.
Bez względu na to, jak dokuczliwe mogą być te reżimy i grupy, chciałbym wiedzieć, co zrobiły Ameryce.
Doktryna Ledeena, czyli Ameryka ma rządzić światem
"Partia Wojny" popycha do wojen, zanim zaczniemy myśleć nad całą sprawą. Tom Donnelly z Project for the New American Century (PNAC) wzywa do natychmiastowej inwazji na Irak. Nie musimy czekać z atakiem na zgromadzenie u granic Iraku pół miliona żołnierzy... Większym wyzwaniem będzie okupacja Iraku po zakończeniu walk.
Słowa Donnelly'ego powtórzył Jonah Goldberg w "National Review": Stany Zjednoczone muszą iść na wojnę z Irakiem, ponieważ trzeba wytoczyć wojnę w tym regionie, a atak na Irak ma najwięcej sensu.
Goldberg poparł tzw. doktrynę Ledeena zwaną tak od nazwiska jej autora, byłego pracownika Pentagonu Michaela Ledeena. Doktryna brzmi mniej więcej tak: Co 10 lat Stany Zjednoczone powinny rzucić o ścianę byle jakim gównianym państewkiem, żeby wiedziano, kto rządzi. (Kiedy ambasador Francji w Londynie w czasie przyjęcia zapytał, dlaczego mamy ryzykować wybuch III wojny światowej z powodu małego gównianego państewka (myśląc o Izraelu), magazyn Goldberga nie był specjalnie rozbawiony.
W kolejce czeka Arabia Saudyjska
Ledeen nie pozwala sobie na frywolne uwagi. W pracy The War Against the Terror Masters dokładnie identyfikuje państwa, które Ameryka musi zniszczyć: Trzeba rozpocząć od wielkiej trójki terrorystycznych reżimów: Iranu, Iraku i Syrii. Następnie rozprawimy się z Arabią Saudyjską. Po usunięciu tyranów, pozostaniemy na miejscu... Musimy dopilnować rozwoju demokratycznej rewolucji... Stabilizacja nie jest warta amerykańskiej misji, jest konceptem, który należy odrzucić. Nie chcemy stabilizacji w Iranie, Iraku, Syrii, Libanie ani w Arabii Saudyjskiej. Chcemy zmian. Nie mamy pytań "czy", lecz "jak" wywołać destabilizację.
Odrzucając stabilizację jako rzecz poniżej godności Ameryki, Ledeen definiuje historyczną misję Stanów Zjednoczonych: Naszym przeznaczeniem jest kreatywna destrukcja, zarówno wewnątrz naszego społeczeństwa, jak i za granicą. Każdego dnia zrywamy ze starym porządkiem świata, od biznesu do nauki, literatury, sztuki, architektury, kinematografii, polityki i praw. Nasi nieprzyjaciele zawsze nienawidzili tego przypływu energii i kreatywności, który zagraża ich tradycjom i uwypukla ich niezdolność do dotrzymania nam kroku... Musimy ich zniszczyć, by wypełnić naszą historyczną misję.
Dla "Weekly Standard" lista wrogów Ledeena była zbyt ograniczona: Nie tylko musimy deklarować wojnę przeciw organizacjom terrorystycznym i państwom, które dają im schronienie, lecz powinniśmy rozpocząć wojny z każdą grupą lub rządem podejrzanym o inklinacje do popierania takich grup w przyszłości - upomina "Standard".
IV wojna światowa o krok
Robert Kagan i William Kristol z podnieceniem mówili o perspektywie Armagedonu. Nadchodząca wojna rozszerzy się i obejmie wiele państw. Będzie przypominać starcie cywilizacji... Zniknięcie z mapy "umiarkowanych" reżimów arabskich jest całkiem prawdopodobne.
Norman Podhoretz twierdzi wręcz, że powinniśmy dążyć do wojny między cywilizacjami, ponieważ historia wyznaczyła George'owi W. Bushowi misję poprowadzenia walki w IV wojnie światowej - wojnie przeciw wojującemu islamowi.
Podhoretz podpowiadał, że Bush musi odrzucić bojaźliwe porady niepoprawnie ostrożnego Colina Powella i znaleźć wewnętrzną siłę do narzucenia nowej kultury politycznej na pokonany świat islamu.
Możemy być zmuszeni do pokonania pięciu, sześciu, a nawet siedmiu więcej tyranii islamskich, łącznie z Autonomią Palestyńską. Mogę sobie wyobrazić, że zawierucha wojenna wyłoni nowy rodzaj imperialistycznej misji Ameryki, mianowicie pilnowania, by nowe rządy w tym regionie były bardziej podatne na reformy i modernizację niż obecni despoci... Mogę wyobrazić sobie również ustanowienie amerykańskiego protektoratu nad saudyjskimi polami naftowymi, kiedy zaczną padać pytania, dlaczego pozwala się 7000 książąt utrzymać nad nami wpływ z powodu ropy - pisze Podhoretz.
Frazę o IV wojnie światowej Podhoretz przypisuje Eliotowi Cohenowi, autorowi książki o mistrzowskich posunięciach cywilnych przywódców w czasach wojennych. Wkrótce później widziano Busha z egzemplarzem tej książki.
Na liście celów do zniszczenia przez siły amerykańskie na Bliskim Wschodzie, wysuniętej przez Podhoretza, Bennetta, Ledeena, Netanyahu i "Wall Street Journal", znalazły się: Algieria, Libia, Egipt, Sudan, Liban, Syria, Irak, Arabia Saudyjska, Iran, Hezbollah, Hamas, Autonomia Palestyńska i wojujący islam.
cdn.
Pat Buchanan, były doradca trzech prezydentów i trzykrotny kandydat na prezydenta. Założyciel-panelista czterech telewizyjnych programów politycznych. Obecnie gospodarz programu MSNBC Buchanan and Press. Często występuje w The McLaughlin Group. Autor wielu artykułów i sześciu książek, w tym ostatniego bestselleru The Death of the West. Stale pisze dla "The American Conservative".

"Dziennik Związkowy" z 23.03.2003 - Chicago
© W&W Arkitowie 2003 (2000)