|
2003-04-02
Czyja Wojna
Pat Buchanan
Ameryka nigdy nie była tak odizolowana od starych
przyjaciół jak teraz. Co gorsza, prezydent Bush jest wciągany w pułapkę
zastawioną przez neokonserwatystów. Może nie tylko stracić urząd, lecz
zaprzepaścić lata pokoju wypracowane w wyniku wyrzeczeń dwóch generacji w
czasie zimnej wojny
"Partia Wojny" ma, czego chciała. Oprócz wojny dostała
coś, o co nigdy nie zabiegała. Wyeksponowano listę jej członków i
stowarzyszeń, podważono motywy działania. W rzadkim w amerykańskim
dziennikarstwie momencie dociekania prawdy Tim Russert spytał bezpośrednio
Richarda Perle: Czy może pan zapewnić Amerykanów, że wojna i usunięcie
Saddama Husajna rzeczywiście ma związek z bezpieczeństwem Stanów
Zjednoczonych i w jaki sposób sprawa ta wiąże się z Izraelem?
Ujawnienie izraelskich koneksji nie poszło mu w smak.
"Partia Wojny" nie była zachwycona. Nieprzygotowani na konfrontację
neokonserwatyści zaczęli robić to, co leży w ich naturze: wycofali się z
politycznego dialogu, przytaczając w zamian status prześladowanej grupy
mniejszości. Myślałby ktoś, że ludzie, którzy kształtują politykę
zagraniczną supermocarstwa, mają sztywniejszy kręgosłup. Nie w tym
przypadku.
Nagonkę rozpoczął wydawca "Wall Street Journal" Max Boot:
Kiedy buchananiści potrząsają neokonserwatystami, przytaczając takie
nazwiska jak Wolfowitz i Conne, to brzmi to tak, jakby naprawdę mówili o
"żydowskich konserwatystach" (w podtekście: autor musi być
antysemitą). Boot przyznaje jednak, że żarliwe przywiązanie do Izraela
jest nieodłącznym elementem neokonserwatyzmu. Twierdzi również, że
Strategia Bezpieczeństwa Narodowego prezydenta Busha brzmi tak, jakby
wyjęto ją wprost z magazynu "Commentary" - biblii neokonserwatystów (uwaga
dla nowicjuszy: "Commentary" jest miesięcznikiem wydawanym przez American
Jewish Committee, z którego Boot czerpie duchowe natchnienie).
David Brooks z "Weekly Standard" narzeka, że kojarzenie
wojny z Izraelem stało się dla niego piekłem. Teraz dostaję stały
strumień antysemickich oszczerstw pocztą elektroniczną, faxem i zwykłą
pocztą... Antysemityzm jest żywy i rozwija się dobrze. Zmieniło się tylko
tyle, że jego epicentrum nie jest już związane z prawicą Buchanana, lecz z
lewicą ruchu pokojowego.
Felietonista z "Washington Post" Robert Kagan donosi o
własnym czyśćcu za granicą: W Londynie... natkniesz się na
najwspanialszych intelektualistów, którzy wyszukanym językiem z melodyjnym
oksfordzkim akcentem wysuwają teorie konspiracji Pata Buchanana o
przechwyceniu przez neokonserwatystów (czytaj: Żydów) amerykańskiej
polityki zagranicznej.
Lawrence Kaplan z "New Republic" zarzuca, że nasz mały
magazyn przekształcił się w forum dla tych, którzy twierdzą, że prezydent
Bush podporządkował się... Arielowi Szaronowi i neokonserwatywnej
partii wojny.
Powołując się na Charlesa Lindbergha, oskarża Paula
Schrödera, Chrisa Matthew, Boba Novaka, Georgie Anne Geyer, Jasona Vest z
"Nation" i Gary'ego Harta o dawanie do zrozumienia, że członkowie gabinetu
Busha, występując w imieniu Izraela, demonstrują podwójną lojalność.
Kaplan grzmi: Prawdziwy problem z takimi roszczeniami to nie to, że
są fałszywe, lecz to, że działają jak trucizna. Wyciąganie podwójnej
lojalności do wyciszenia krytyk i debat równa się czemuś więcej niż
codziennemu zanieczyszczaniu publicznych rozmów. Jest to niedopuszczanie
do takich rozmów. Jak można odrzucić oskarżenia tkwiące w etniczności? W
rzeczywistości takim zarzutom nie da się zaprzeczyć. Zatem będą tkwić w
świadomości słuchaczy.
Co jest grane? Mickey Kaus ("Slate's") odpowiada na to
pytanie w artykule pt. Lawrence Kaplan Plays the Anti-Semitic Card
[Lawrence Kaplan gra kartą antysemicką - red.].
Kaplan, Brooks, Boot i Kagan robią dokładnie to samo, co
robi Jessie Jackson przyłapany na wymuszeniu kontrybucji od bogatej
kompanii z listy Fortune 500. Jackson wyciąga kartę rasową.
Neokonserwatyści odpierają krytyki, oczerniając charaktery i podważając
motywy ich autorów. W rzeczywistości oskarżenie o antysemityzm jest
toksyczne. Polega na zniesławianiu i straszeniu przeciwników, cenzurowaniu
i szantażowaniu każdego, kto wysunie zastrzeżenia pod ich adresem oraz
tych, którzy publikują ich artykuły. Neokonserwatyści utrzymują, że
atakujemy ich dlatego, że są żydami. To nieprawda. Atakujemy, ponieważ
podżegają do wojny, która zagraża bezpieczeństwu naszego
państwa.
Tym razem chłopcy krzyknęli "wilk" o jeden raz za dużo.
Kaus zwraca uwagę, że nawet w "New Republic" Kaplana, pisząc o czterech
stołecznych ośrodkach władzy nawołujących do wojny, profesor Harvardu
Stanley Hoffman tak określa czwarty ośrodek: Luźny zbiór przyjaciół
Izraela, którzy wierzą w identyczność interesów żydowskiego państwa i
Stanów Zjednoczonych (...). Analitycy ci oceniają politykę zagraniczną na
podstawie tego, czy dana decyzja jest dobra, czy zła dla Izraela. Od
powstania Izraela w 1948 r. ta grupa myślicieli nigdy nie cieszyła się
większym zaufaniem Departamentu Stanu, lecz teraz znalazła wygodne
przytulisko koło takich strategów jak Paul Wolfowitz, Richard Perle i
Douglas Feith.
Jeśli może o tym mówić Stanley Hoffman, to dlaczego nie
może Chris Matthew? - pyta Kaus, zauważając przy okazji, że Kaplan nie
wspomniał o najbardziej obciążającym argumencie - o powiązaniach
neokonserwatystów z Sharonem i Partią Likud.
9 lutego na pierwszej stronie "Washington Post" Robert
Kaiser zacytował słowa przedstawiciela amerykańskiego rządu: Teraz
naprawdę rządzą likudnicy. Kaiser wymienia Perle'a Wolfowitza i Feitha
jako członków proizraelskiej sieci wewnątrz administracji i dodaje Davida
Wurmsera z Departamentu Obrony oraz Elliotta Abramsa z Rady Bezpieczeństwa
Kraju (Abrams jest zięciem Normana Podhoretza, redaktora-emerytusa
"Commentary" (magazynu, który od dziesiątek lat oskarża krytyków Izraela o
antysemityzm).
Podkreślając, że Szaron wielokrotnie mówił o swoich
specjalnych związkach z buszystami, Kaiser pisał: Po raz pierwszy
amerykańska administracja i rząd Likudu prowadzą niemal identyczną
politykę. Warto zapytać, jak to się stało? Podczas gdy bez wątpienia leży
to w interesie Szarona, to czy na pewno Ameryka dobrze na tym wyjdzie?
Nastał czas prawdy
Nastąpił czas prawdy. Ameryka stoi na progu podjęcia
doniosłej decyzji o tym, czy rozpocząć serię wojen na Bliskim Wschodzie,
które mogą doprowadzić do starcia cywilizacji, przed czym przestrzegał
profesor Harvardu Samuel Huntington. Wojen, które w naszym pojęciu będą
tragedią i katastrofą dla naszej republiki. Ażeby powstrzymać te wojny i
odpowiedzieć na oszczerstwa neokonserwatystów, prosimy czytelników o
zapoznanie się z ich agendą wyrażoną ich własnymi słowami. Światło dzienne
jest najlepszym środkiem dezynfekującym. Jak mówił Al Smith: Nic z
tego, co jest amerykańskie, nie utrzyma się w dziennym świetle.
Twierdzimy, że klika polemistów i osób pełniących
publiczne stanowiska zmierza do wciągnięcia naszego kraju w serię wojen
nie leżących w interesie Ameryki. Oskarżamy ich o zmowę z Izraelem w
sprawie rozpętania tych wojen i zniszczenia porozumień z Oslo. Oskarżamy
ich o umyślne niszczenie stosunków USA z każdym arabskim państwem, które
buntuje się przeciw Izraelowi lub popiera prawo Palestyńczyków do własnego
państwa.
Oskarżamy ich o alienację przyjaciół i sprzymierzeńców z
całego świata islamskiego i zachodniego poprzez arogancję, wojowniczość i
bezpodstawne zarzuty.
Bush wciągnięty w pułapkę
Ameryka nigdy nie była tak odizolowana od starych
przyjaciół jak teraz. Co gorsza, prezydent Bush jest wciągany w pułapkę
zastawioną przez neokonserwatystów. Może nie tylko stracić urząd, lecz
zaprzepaścić lata pokoju wypracowane w wyniku wyrzeczeń dwóch generacji w
czasie zimnej wojny.
Oskarżają nas o antysemityzm, tzn. nienawiść do żydów na
podstawie wiary, spuścizny i pochodzenia. To błąd. W rzeczywistości ci,
którzy rzucają takie oskarżenia, odczuwają gorące przywiązanie do obcego
państwa. To sprawia, że podporządkowują mu interesy własnego państwa i
działają zgodnie z założeniem, że to, co jest dobre dla Izraela musi być
dobre dla Ameryki.
Neokonserwatyści
Kim są neokonserwatyści? Pierwsza generacja wywodziła się
spośród byłych liberałów, socjalistów i trockistów, którzy po rewolucji
McGoverna zakotwiczyli w GOP-ie po długim marszu konserwatystów do władzy
z Ronaldem Reaganem w 1980 r.
Jest bardziej prawdopodobne, że neokonserwatysta to ktoś,
kto publikuje magazyn, a nie np. murarz - pisał wówczas Kevin Philips.
Dziś on lub ona najczęściej zasiadają w instytucjach polityki publicznej
przy American Enterprise Institute (AEI) czy też jeden z jego klonów,
takich jak Center for Security Policy lub Jewish Institute for National
Security Affairs (JINSA).
Prawie nikt nie wywodzi się ze świata biznesu ani z sił
zbrojnych, a jedynie kilku, jeśli w ogóle, wyszło z kampanii Goldwatera.
Ich bohaterami są Woodrow Wilson, FDR, Harry Gruman, Marin Luther King
oraz demokratyczni senatorzy: Henry "Scoop" Jackson (Wash.) i Pat Moynihan
(N.Y.).
Stachanowskie poparcie dla Izraela
Zwolennicy interwencji uważają stachanowskie poparcie dla
Izraela za punkt definiujący ich grupę. Wśród luminarzy neokonserwatystów
znajdują się Jeane Kirkpatrick, Bill Bennett, Michael Novak i James Q.
Wilson.
Publikują m.in. "Weakly Standard", "Commentary", "New
Republic", "National Review" i redakcyjną stronę "Wall Street Journal".
Choć jest ich stosunkowo niewielu, zapewnili sobie potężną siłę,
rozciągając kontrolę nad konserwatywnymi fundacjami i pismami oraz dzięki
umiejętności przyssania się do ludzi piastujących wysokie
stanowiska.
Walenie w bęben wojenny
Po zakończeniu zimnej wojny neokonserwatyści szukali
nowej krucjaty. Ich dzień nadszedł 11 września. Rozpalili gniew Ameryki,
by popchnąć ją do wojny przeciw pogardzanym przez siebie wrogom, państwom
arabskim i islamskim, które opierają się amerykańskiej hegemonii i nie
lubią Izraela.
Plan "Partii Wojny" był przygotowany na długo przed 11
września
Plan "Partii Wojny" powstał długo przed 11 września.
Kiedy po pokonaniu Talibanu prezydent Bush szukał nowego frontu w wojnie z
terrorem, podano mu gotowy projekt.
Zanim przedstawimy scenarzystów przyszłych wojen
amerykańskich, zwróćmy uwagę na pospieszną, zsynchronizowaną reakcję
neokonserwatystów w pierwszych dniach po 11 września.
Już 12 września Bill Bennett powiedział w CNN, że
znaleźliśmy się w obliczu wojny między dobrem i złem, że Kongres
musi ogłosić wojnę przeciw wojującemu islamowi, i że należy użyć
druzgocącej siły. Jako cele ataku Bennet wymienił Liban, Libię,
Syrię, Irak, Iran i Chiny. O Afganistanie, goszczącym Osamę bin Ladena,
nie wspomniał. Skąd Bennett wiedział, które kraje trzeba zniszczyć, kiedy
nie mieliśmy pojęcia, kto nas zaatakował?
Listę celów bez zwłoki przedstawił również "Wall Street
Journal", wzywając do ataku na obozy terrorystów w Syrii, Sudanie,
Libii, Algierii i w niektórych częściach Egiptu. Zwróćmy uwagę, że
żaden z krajów wymienionych na obu listach nie miał nic wspólnego z
atakiem na USA.
15 września, jak pisze Paul Woodward w Bush at War,
Paul Wolfowitz przedstawił argumenty za atakiem na Irak zamiast na
Afganistan. Dlaczego Irak? Ponieważ akcja w Afganistanie jest niepewna,
podczas gdy Irak jako kruchy reżim łatwo rozbić w proch, po prostu dlatego
- argumentował Wolfowitz - że jest to rzecz wykonalna.
Ultimatum
20 września 40 neokonserwatystów wysłało do Białego Domu
list otwarty z instrukcjami dla prezydenta Busha, jak ma prowadzić wojnę z
terroryzmem.
Podpisany między innymi przez Bennetta, Podhoretza,
Kirkpatrick, Perle'a, Kristola i Charlesa Krauthammera list stanowił
ultimatum.
Prezydenta zawiadomiono, że za utrzymanie poparcia
sygnatariuszy (ludzi kształtujących opinię publiczną w amerykańskich
mediach - przyp. red.) Bush musi zniszczyć Hezbollah, wziąć odwet na Syrii
i Iranie, jeśli nie zerwą stosunków z tą organizacją i utrącić Saddama.
Sygnatariusze ostrzegli prezydenta: Niezaatakowanie Iraku zostanie
odczytane jako porażka w wojnie z międzynarodowym terroryzmem.
Co Hezbollah miał wspólnego z 11 września? Nic! Hezbollah
poniżył Izrael, zmuszając armię Szarona do opuszczenia Libanu.
Jednym słowem, 9 dni po ataku na Amerykę klika
intelektualistów zagroziła naszemu Commander-in-Chief, że jeśli nie
przyjmie ich wojennego planu, to zostanie oskarżony o wystawienie narodu
na łaskę i niełaskę terrorystów.
Bush został ostrzeżony. Teraz miał wykorzystać atak na
USA do rozpoczęcia serii wojen przeciw arabskim reżimom. Żaden z nich nie
podniósł ręki na USA, za to wszyscy byli wrogami Izraela. "Bibi"
Netanjahu, były premier Izraela, szalał w amerykańskiej telewizji,
wzywając nas do skruszenia imperium terroru. Jak się okazało
"imperium" to składa się z Hamasu, Hezbollahu, Iranu, Iraku i
palestyńskiej enklawy.
Bez względu na to, jak dokuczliwe mogą być te reżimy i
grupy, chciałbym wiedzieć, co zrobiły Ameryce.
Doktryna Ledeena, czyli Ameryka ma rządzić światem
"Partia Wojny" popycha do wojen, zanim zaczniemy myśleć
nad całą sprawą. Tom Donnelly z Project for the New American Century
(PNAC) wzywa do natychmiastowej inwazji na Irak. Nie musimy czekać z
atakiem na zgromadzenie u granic Iraku pół miliona żołnierzy... Większym
wyzwaniem będzie okupacja Iraku po zakończeniu walk.
Słowa Donnelly'ego powtórzył Jonah Goldberg w "National
Review": Stany Zjednoczone muszą iść na wojnę z Irakiem, ponieważ
trzeba wytoczyć wojnę w tym regionie, a atak na Irak ma najwięcej sensu.
Goldberg poparł tzw. doktrynę Ledeena zwaną tak od
nazwiska jej autora, byłego pracownika Pentagonu Michaela Ledeena.
Doktryna brzmi mniej więcej tak: Co 10 lat Stany Zjednoczone powinny
rzucić o ścianę byle jakim gównianym państewkiem, żeby wiedziano, kto
rządzi. (Kiedy ambasador Francji w Londynie w czasie przyjęcia
zapytał, dlaczego mamy ryzykować wybuch III wojny światowej z powodu
małego gównianego państewka (myśląc o Izraelu), magazyn Goldberga
nie był specjalnie rozbawiony.
W kolejce czeka Arabia Saudyjska
Ledeen nie pozwala sobie na frywolne uwagi. W pracy
The War Against the Terror Masters dokładnie identyfikuje państwa,
które Ameryka musi zniszczyć: Trzeba rozpocząć od wielkiej trójki
terrorystycznych reżimów: Iranu, Iraku i Syrii. Następnie rozprawimy się z
Arabią Saudyjską. Po usunięciu tyranów, pozostaniemy na miejscu... Musimy
dopilnować rozwoju demokratycznej rewolucji... Stabilizacja nie jest warta
amerykańskiej misji, jest konceptem, który należy odrzucić. Nie chcemy
stabilizacji w Iranie, Iraku, Syrii, Libanie ani w Arabii Saudyjskiej.
Chcemy zmian. Nie mamy pytań "czy", lecz "jak" wywołać destabilizację.
Odrzucając stabilizację jako rzecz poniżej godności
Ameryki, Ledeen definiuje historyczną misję Stanów Zjednoczonych:
Naszym przeznaczeniem jest kreatywna destrukcja, zarówno wewnątrz
naszego społeczeństwa, jak i za granicą. Każdego dnia zrywamy ze starym
porządkiem świata, od biznesu do nauki, literatury, sztuki, architektury,
kinematografii, polityki i praw. Nasi nieprzyjaciele zawsze nienawidzili
tego przypływu energii i kreatywności, który zagraża ich tradycjom i
uwypukla ich niezdolność do dotrzymania nam kroku... Musimy ich zniszczyć,
by wypełnić naszą historyczną misję.
Dla "Weekly Standard" lista wrogów Ledeena była zbyt
ograniczona: Nie tylko musimy deklarować wojnę przeciw organizacjom
terrorystycznym i państwom, które dają im schronienie, lecz powinniśmy
rozpocząć wojny z każdą grupą lub rządem podejrzanym o inklinacje do
popierania takich grup w przyszłości - upomina "Standard".
IV wojna światowa o krok
Robert Kagan i William Kristol z podnieceniem mówili o
perspektywie Armagedonu. Nadchodząca wojna rozszerzy się i obejmie
wiele państw. Będzie przypominać starcie cywilizacji... Zniknięcie z mapy
"umiarkowanych" reżimów arabskich jest całkiem prawdopodobne.
Norman Podhoretz twierdzi wręcz, że powinniśmy dążyć do
wojny między cywilizacjami, ponieważ historia wyznaczyła George'owi W.
Bushowi misję poprowadzenia walki w IV wojnie światowej - wojnie
przeciw wojującemu islamowi.
Podhoretz podpowiadał, że Bush musi odrzucić bojaźliwe
porady niepoprawnie ostrożnego Colina Powella i znaleźć wewnętrzną siłę do
narzucenia nowej kultury politycznej na pokonany świat islamu.
Możemy być zmuszeni do pokonania pięciu, sześciu, a nawet
siedmiu więcej tyranii islamskich, łącznie z Autonomią Palestyńską. Mogę
sobie wyobrazić, że zawierucha wojenna wyłoni nowy rodzaj
imperialistycznej misji Ameryki, mianowicie pilnowania, by nowe rządy w
tym regionie były bardziej podatne na reformy i modernizację niż obecni
despoci... Mogę wyobrazić sobie również ustanowienie amerykańskiego
protektoratu nad saudyjskimi polami naftowymi, kiedy zaczną padać pytania,
dlaczego pozwala się 7000 książąt utrzymać nad nami wpływ z powodu ropy -
pisze Podhoretz.
Frazę o IV wojnie światowej Podhoretz przypisuje Eliotowi
Cohenowi, autorowi książki o mistrzowskich posunięciach cywilnych
przywódców w czasach wojennych. Wkrótce później widziano Busha z
egzemplarzem tej książki.
Na liście celów do zniszczenia przez siły amerykańskie na
Bliskim Wschodzie, wysuniętej przez Podhoretza, Bennetta, Ledeena,
Netanyahu i "Wall Street Journal", znalazły się: Algieria, Libia, Egipt,
Sudan, Liban, Syria, Irak, Arabia Saudyjska, Iran, Hezbollah, Hamas,
Autonomia Palestyńska i wojujący islam.
cdn.
Pat Buchanan, były doradca trzech prezydentów i
trzykrotny kandydat na prezydenta. Założyciel-panelista czterech
telewizyjnych programów politycznych. Obecnie gospodarz programu MSNBC
Buchanan and Press. Często występuje w The McLaughlin Group.
Autor wielu artykułów i sześciu książek, w tym ostatniego bestselleru
The Death of the West. Stale pisze dla "The American
Conservative".
"Dziennik Związkowy" z 23.03.2003 - Chicago
|