| ||||
|
2003-04-08
Jeden Fołksfront w trzech Volkslistach Stanisław Michalkiewicz "Kto drzewo trzęsie, tego owoc. Tak jakby zrywał, wlazłszy na nie" - zadekretował Jan IV Dobry, Król Warszawski, ogłaszając "prawa chłopackie", a co skrupulatnie odnotował w "Kwiatach polskich" Julian Tuwim. Dzięki temu bez zdziwienia przyjęliśmy zmianę w stosunkach między Festung Europa a Stanami Zjednoczonymi po wizycie pana sekretarza stanu Colina Powella w brukselskiej siedzibie NATO. Ponieważ sytuacja w Mezopotamii wyraźnie wskazuje na rychły sukces bojowników o pokój, we Francji i w Niemczech musiała dojść do głosu troska o lepsze jutro dla Iraku i w ogóle. Najwyraźniej jakimś szóstym zmysłem wyczuł te nastroje pan sekretarz Colin Powell i, jak mówi poeta, "zadzwonił kieską pomału". Właśnie "pomału", dając do zrozumienia, że tylko ten będzie miał udział w budowaniu lepszego jutra, kto już dziś będzie grzeczny. Dlatego też z wielkim zaniepokojeniem przyjąłem wiadomość o spóźnieniu się pana ministra Cimoszewicza na spotkanie z panem Powellem, czy aby nie uzna on tego za jakiś afront z naszej strony. Na szczęście pan Powell nieobecności pana min. Cimoszewicza chyba w ogóle nie zauważył, więc nie jest wykluczone, że w budowaniu lepszego jutra Polska też otrzyma swój dyferencjał ("niech mi chociaż dyferencjał dadzą!" - śpiewał Kazimierz Grześkowiak), tym bardziej, że nasz oręż prawdopodobnie okrył się w Iraku nieśmiertelną chwałą. Na przyszłość trzeba będzie jednak popracować nad punktualnością, bo tak to już u nas jest, że do walki o pokój jesteśmy pierwsi, ale na podział zadań w budowie lepszego jutra zawsze jakoś się spóźniamy. Dobre chociaż to, że dzięki wielkoduszności pana sekretarza Powella, nie utopimy się w Atlantyku, próbując siedzieć na dwóch rozstępujących się krzesłach. Jak widzimy, wszystko zaczyna układać się pomyślnie, zgodnie z oczekiwaniami całej miłującej pokój ludzkości. Na tym tle okropnym zgrzytem rozległ się lament przewielebnego ojca Stanisława Musiała z Krakowa, że "Bóg nie jest po naszej stronie". Nie miał przy tym na myśli tylko strony polskiej, bo w to nietrudno byłoby nam jeszcze uwierzyć, jako że Pan Bóg jest zazwyczaj po stronie silniejszych batalionów, a nasze, cóż - szkoda gadać, ale w ogóle, że nie jest po stronie bojowników o pokój. W to już uwierzyć trudniej, nawet jeśli przewielebny o. Musiał powołuje się na autorytet kardynała Daneelsa z Brukseli. Ten dostojnik miał powiedzieć, że Pan Bóg błogosławi wszystkim. Niby tak, zauważyła to jeszcze w czasie II wojny Kazimiera Iłłakowiczówna: "Tego się nie da obejść: Bóg jest wszędzie! (...) Jeśli w Żydzie prowadzonym przez Niemców na mękę, to także w Niemcach tych?". Taki pogląd, aczkolwiek oczywiście słuszny, może jednak prowadzić do dysonansów poznawczych, zwłaszcza w momentach wymagających szybkiej decyzji. Więc Pan Bóg jest oczywiście ze wszystkimi, to jasne, ale przecież z niektórymi bardziej niż z innymi. Zapewniał nas o tym wielokrotnie nie kto inny, jak właśnie sam przewielebny o. Musiał, mówiąc o "braciach starszych". A w tym przypadku tak się akurat składa, że nasi "bracia starsi" gorąco walkę o pokój w Iraku popierają. Skoro zaś tak, to czyż nam, "braciom młodszym", będącym z Panem Bogiem w znacznie mniej zażyłej konfidencji, wypada wierzgać przeciwko ościeniowi? Wygląda zatem na to, że utrzymując, jakoby Pan Bóg nie był w tej sprawie po naszej stronie, przewielebny o. Musiał, kto wie, czy nie pod wpływem jakichś pokus, chwilowo pogrążył się w sprośnych błędach Niebu obrzydłych. O tyle tylko może mieć rację, że Pan Bóg nie jest po żadnej "naszej" stronie, bo to my, również wyczuleni na brzęk wiadomej kieski, po prostu znaleźliśmy się po stronie Pana Boga. Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, niech zapyta pana prof. Geremka albo pana Mazowieckiego, którego JE abp Życiński udekorował właśnie medalem Lumen Mundi, zwiastującym zazwyczaj rychłą apoteozę. Skoro już mowa o panu prof. Geremku, to wracam do mojej propozycji sprzed bodaj roku, by budowanie lepszego jutra w Iraku odbywało się pod jego majestatem, jako tamtejszego wicekróla. Przypominam, że sama pani Albright gratulowała Polsce posiadania takiego skarbu w osobie "drogiego Bronisława", a my naszymi skarbami chętnie dzielimy się z innymi, zwłaszcza gdy idzie o lepsze jutro. Sprawa jest aktualna, tym bardziej że słychać, jakoby Amerykanie rozpuścili grono przyszłych irackich przywódców demokratycznych, szkolonych do niedawna na Węgrzech, a nie ma nic gorszego, jak budowanie lepszego jutra w próżni politycznej. Dlatego też, gwoli wzmocnienia demokratycznego przywództwa w Iraku, można by dodać panu prof. Geremkowi do pomocy pana Mazowieckiego, "bo nie jest Światło, by pod korcem stało". Może nawet, przynajmniej do czasu pomyślnego wyjaśnienia afery Rywina, powinien przenieść się tam również pan red. Michnik? Jestem pewien, że naród polski, który już i tak wiele wycierpiał, przyjmie ten gest, jeśli nawet nie z ulgą, to z pełnym zrozumieniem interesów Pana Boga na Środkowym Wschodzie, a na zachód od "rzeki wielkiej, rzeki Eufrat" w szczególności. W ogóle z przyjemnością stwierdzam, że świadomość dziejowych konieczności wydaje się dziś u nas większa niż nawet za Józefa Stalina. Na przykład historyczna konieczność Anschlussu do Unii Europejskiej jest dzisiaj powszechna zarówno na lewicy, jak i na prawicy, a nawet jeśli wierzyć sondażom, także wśród duchowieństwa. Sprzeciwiają się jej jedynie jacyś pogrobowcy, marzący o cofnięciu nieubłaganego koła historii. Nic tedy dziwnego, że w tak sprzyjających okolicznościach przyrody pan premier Miller zaproponował wszystkim siłom postępu utworzenie Fołksfrontu z Sojuszem Lewicy Demokratycznej na czele, który przeprowadzi Anschluss. W dodatku, kiedy zawarto kompromis w sprawach prywatyzacyjnych, a i prezes PZU pan Montkiewicz obiecał wycofać się z pewnej skomplikowanej transakcji, to okazało się, że wojny nie ma i nigdy nie było nawet między panem prezydentem i panem premierem. Znaczy się: konfitury podzielono sprawiedliwie. Tymczasem opozycja jak zwykle sypie piasek w szprychy rozpędzonego koła historii i kręci nosem, że do Unii chciałaby, i owszem, ale nie z SLD na czele. Znaczy się: nie chcą być z panem premierem Millerem na jednej Volksliście. To oczywiście jest pewna komplikacja, ale myślę, że Niemcy jeszcze raz wykażą wielkoduszność i pójdą nam na rękę. Bo też, powiedzmy sobie szczerze, cóż im szkodzi przygotować dla Polski kilka Volkslist: jedną dla lewicy, drugą dla prawicy, a trzecią dla apolitycznych organizacji pozarządowych? Omne trinum perfectum, więc to nikomu nie szkodzi, zwłaszcza że można odkurzyć odpowiednie formularze z lat 40. Nawet będzie lepiej, bo trzy Volkslisty zaprezentują się w przedterminowych wyborach bardziej demokratycznie i pluralistycznie, a przecież Fołksfront i tak będzie jeden, jak za czasów PRL-u. I o to się właśnie rozchodzi, żeby stworzyć pluralistyczną w formie, ale socjalistyczną w treści przewodnią siłę narodu w budowie socjalizmu. Najwyższy Czas |
|||||||||||||||||||||||||||
| © W&W Arkitowie 2003 (2000) |