| ||||
|
2003-04-11
Na układy nie ma rady? Damian Nogajski
Trudno znaleźć w Polsce takich polityków, którzy nie zmienili po 1989 roku barw klubowych. To stwierdzenie nie dotyczy jednak sierot po PZPR, w tym przypadku mamy bowiem do czynienia wyłącznie z kilkakrotną zmianą nazwy. Takie działania ze strony PZPR mają swój głęboki sens, mianowicie chodziło o zacieranie śladów: politycznych, organizacyjnych i przede wszystkim - finansowych. Od 1944 roku komuniści zgromadzili przecież pokaźne majątki, zarówno w ramach partii, jak też "prywatne". Ta sztuczka udała im się znakomicie. Dziś jakiekolwiek dyskusje na ten temat zbywane są z ich strony (i ich cichych popleczników) pogardliwymi żartami i przemilczeniami. PC - od masówki do kanapy Inni jednak nie potrafili zbudować takich struktur, opartych na takich wartościach, aby ich dzieło okazało się trwałe. Tak było z PC, które pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego na początku lat 90-tych było prawdziwą potęgą: kilkadziesiąt tysięcy członków partii, regularnie płacących składki (a jest to praktycznie jedyne kryterium aktywności tak zwanych "dołów partyjnych"); silna reprezentacja parlamentarna (bez poparcia tego klubu trudno było sobie wówczas wyobrazić zaplecze jakiegokolwiek rządu); ponadto rosnące zaplecze finansowe w postaci wszelkiego rodzaju "fundacji" i przedsięwzięć oraz rozmieszczenie najbliższych współpracowników lidera w ważnych centrach finansowych. Nie minęło jednak zbyt dużo czasu, bo w 1993 roku, po przegranych wyborach parlamentarnych, w których PC nie zdobyło ani jednego mandatu (!), nastąpił masowy odpływ członków, zaczęło też zanikać - z takim mozołem budowane - zaplecze finansowe. Z partii władzy PC stało się kanapą, z której co chwila ubywał jakiś były notabl. Serie rozłamów i sztucznych "porozumień" spowodowały, że podczas następnych wyborów parlamentarnych, czyli w 1997 roku, PC było praktycznie historyczną nazwą a jej lider Jarosław Kaczyński znalazł się na marginesie wydarzeń. Od kanapy do masówki Powołana naprędce Akcja Wyborcza "Solidarność" (AWS), czyli koalicja wszystkiego, co się ruszało nieco na prawo od Sojuszu, wchłonęła wszelkie odłamy i odpryski dawnego PC. Jarosław Kaczyński nie znalazł tam dla siebie miejsca, ale przygarnął go na własną listę wyborczą Jan Olszewski, wówczas lider Ruchu Odbudowy Polski. Dało to Kaczyńskiemu miejsce w parlamencie, choć był tam wyraźnym samotnikiem. Lech Kaczyński pozostawał natomiast w cieniu, poświęcając się pracy naukowo-dydatktycznej. Wyjście Unii Wolności z koalicji AWS, obliczone na tani efekt propagandowy - pod koniec kadencji, gdy notowania rządu Jerzego Buzka gwałtownie spadały - stworzyło vacat na stanowisku ministra sprawiedliwości. Hanna Suchocka, aczkolwiek niechętnie, posłuchała dyrektyw partyjnych i złożyła dymisję. Buzek zaś powołał na jej miejsce Lecha Kaczyńskiego, zwolennika mocnego zaostrzenia prawa karnego i rzecznika gorliwego ścigania wszelkich przestępców, dużych i małych. Ten ruch przysporzył zwolenników premierowi (co i tak niewiele mu pomogło), ale przede wszystkim - wyniósł nowego ministra na szczyty popularności. Hasła, głoszone przez mniej znanego z rodzeństwa Kaczyńskich były tak atrakcyjne dla społeczeństwa, że ten nie musiał już nic więcej robić. Podjęte prace nad nowelizacją prawa karnego i zmiany w funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości dały mu kapitał na nieodległą przyszłość - zbliżały się przecież kolejne wybory. Jerzy Buzek popełnił błąd, dymisjonując najbardziej lubianego i najwyżej ocenianego ministra swego gabinetu, dodając mu w ten sposób dodatkowych walorów - nimb męczennika stał się jego kolejnym atutem. Kampania wyborcza, organizowana była przez braci Kaczyńskich przede wszystkim na popularności Lecha oraz hasłach prawa i sprawiedliwości. W dodatku potrafili oni przyciągnąć do współpracy część środowisk dawnego, idącego w rozsypkę ZChN-u i innych ugrupowań eurosceptycznych, tworząc w ten sposób alternatywę dla bardziej radykalnej Ligi Polskich Rodzin. PiS weszło przebojem do parlamentu, zdobywając tam mocną pozycję. Hasła czystych rąk, bezkompromisowości, zwalczania korupcji i układów (którymi społeczeństwo jest po prostu zmęczone) działały na rzecz PiS. Kolejnym plusem była w miarę rozsądna postawa wobec integracji z UE: nie skrywane obawy o naszą tożsamość, o interesy polskiego przemysłu i rolnictwa, o większą jawność negocjacji i uwzględnianie polskiego interesu narodowego. Na rozstajach Testem prawdy stały się ostatnie wybory samorządowe. Naprędce uchwalona przez SLD (z poparciem Samoobrony) ordynacja wyborcza, preferująca duże ugrupowania, zmuszała wszystkie partie do szukania koalicji i sojuszników. PiS miał jednak rozdwojenie jaźni. Z jednej strony był bowiem kuszony przez dezerterów z Unii Wolności, którzy znaleźli schronienie przed opinią publiczną w Platformie Obywatelskiej (powołanej wokół Andrzeja Olechowskiego), z drugiej zaś - ideowo ciążył bardziej w kierunku Ligi Polskich Rodzin. Walkę wewnętrzną o wybór koalicjanta wygrali zwolennicy PO. Wszystko świadczyło o błędzie takiego wyboru: spadająca popularność tej partii, ciążąca na niej udecko-wuecka przeszłość, nielojalność jej działaczy, wewnętrzne waśnie frakcyjne i świeże rozłamy, słowem - wszystkie dotychczasowe grzechy polityczne takich naprędce, dla doraźnych korzyści kleconych ugrupowań. Przede wszystkim zaś - największą przeszkodą tej właśnie koalicji powinien być lider PO - Andrzej Olechowski. Agent tajnych służb PRL, człowiek daleki od ideowości, materialista nie stroniący od nawet drobnych korzyści, na co zwrócił mu publicznie uwagę Włodzimierz Cimoszewicz (minister sprawiedliwości w rządzie Józefa Oleksego, w którym Olechowski był ministrem spraw zagranicznych). Paradoksem jest to, co powinno być największą przeszkodą w powstaniu koalicji PO-PiS, czyli agenturalna przeszłość lidera PO, zostało wstydliwie przemilczane i PiS-owcy - nolens volens, gładko przełknęli tę gorzką pigułkę. Sukces, który jest klęską W wyborach samorządowych koalicja PO-PiS zdobyła 16,5 procent głosów, co obie partie przedstawiały jako znaczący sukces. To jednak jest zwykła hipokryzja, albowiem wynik ten zawiera także rezultaty wyborów na Mazowszu (gdzie PO i PiS startowały oddzielnie), oraz na Podkarpaciu, gdzie koalicja PO-PiS miała szerszy charakter (zawierała bowiem w ramach lokalnego komitetu także inne grupy partie). Ponadto, należy zauważyć, że tarcia i brak porozumienia we wszystkich województwach pozbawił tę naprędce stworzoną, sztuczną w gruncie rzeczy koalicję, pewnych przywilejów propagandowych, jakie uzyskały inne ogólnopolskie komitety, co świadczy wyłącznie o nastawieniu na własne korzyści obu koalicjantów. Co najmniej błędem był również start do prezydentury w Warszawie liderów obu ugrupowań: Lecha Kaczyńskiego i Andrzeja Olechowskiego, co świadczyło o prawdziwych intencjach obu stron. Przypatrzmy się bliżej tym wynikom: startująca samodzielnie w wyborach samorządowych, jednoznacznie eurosceptyczna LPR uzyskała aż 14,5 procent głosów (prawie tyle samo, co Samoobrona). Dla LPR - w porównaniu do mających miejsce zaledwie kilka miesięcy wcześniej wyborów parlamentarnych - był to wzrost aż o 85 procent. Koalicja PO-PiS zdobyła zaś zaledwie 16,5 procent, czyli tyle, co Samoobrona, ale w przypadku koalicji był to spadek aż o 25 procent głosów! (Samoobrona zyskała natomiast 60 procent). Te wyniki oznaczają, że gdyby PiS startował w wyborach samodzielnie (bez obciążającej go w gruncie rzeczy PO), mógłby uzyskać... lepszy wynik. Szukanie tożsamości Po wyborach nastąpił pewien zwrot w postawie przywódców PiS - Jarosław Kaczyński zaczął nawet publicznie kwestionować "dogmat" lewicowo-liberalny, jakoby Polska musiała wejść do Unii Europejskiej w 2004 roku. Zaczął on dawać do zrozumienia, że stan negocjacji nie jest dla Polski korzystny oraz jeśli w tej sprawie nie nastąpią poważne zmiany, to - jak mówił "Rzeczpospolitej" w wywiadzie - "na tych warunkach nie powinniśmy wchodzić". Podpisał również oświadczenie (wraz z grupą znanych naukowców i polityków), wzywające do poważnej, a nie pozorowanej debaty w Polsce na temat integracji z UE. Korespondowało to zresztą z wcześniej podjętą przez PiS próbą przeforsowania uchwały sejmowej, biorącej w obronę polską tożsamość i kulturowe wartości chrześcijańskie po wejściu Polski do UE. Wybór najgorszy z możliwych To wszystko mogło tylko przysporzyć popularności braciom Kaczyńskim, którzy znowu zaczęli być "na fali". Wygrana Lecha w Warszawie i danie upokarzającej nauczki SLD, rządzącej od początku stolicą, wywołały wzrost poparcia dla PiS. Ale przyszły gesty i działania, które szybko te nastroje ostudziły. Przede wszystkim - niejasne układy w samorządzie warszawskim. PO, wielki przegrany, za wszelką cenę chciał pozostać u władzy. PiS, zbudowany na ideowej i politycznej opozycji nie tylko do SLD, ale i kolaborującej z nim UW, rozpoczął wielką, niczym nie ograniczoną kolaborację z PO, ideowo-organizacyjną następczynią zanikającej UW. Zamiast miotły w samorządach warszawskich, mamy do czynienia z petryfikacją istniejącego stanu rzeczy, tyle, że w dotychczasowej koalicji SLD-PO, partia braci Kaczyńskich zajęła miejsce tych pierwszych. Mówiąc obrazowo, PiS wszedł do ciepłego jeszcze łóżka PO, kładąc się na miejscu, wygrzanym przez SLD. I wreszcie ostatnia, spektakularne rozstrzygnięcie kwestii głosowania w referendum unijnym: w sobotę 18 stycznia podczas kongresu PiS zapadła decyzja, że ta partia zaapeluje o głosowanie na "tak". Nie tyle jednak uchwała ta jest zaskakująca, co skala jej poparcia na kongresie. Otóż za było aż 237 delegatów, 24 było przeciw i 13 wstrzymało się od głosu. Wybór został dokonany przytłaczającą większością, choć wcześniej nic tego nie zapowiadało. Wyborcy tego PiS-owi nie zapomną. Wszak ugrupowania "europejskie" już są na scenie politycznej, zatem jedno więcej różnicy nie czyni. Ale ludzie nie dlatego na PiS głosowali, aby wylądować w koalicji z niedawnymi UD-ekami (wcześniej zaś, niekiedy, PZPR-owcami). Ponadto, taka decyzja stawia PiS de facto w obozie proeuropejskiego Leszka Millera i proeuropejskiego Aleksandra Kwaśniewskiego. Jeśli Kaczyńscy tego nie dostrzegają (samo takie porównanie jest dla nich zapewne oburzające), to świetnie dostrzegają to ich dotychczasowi wyborcy. ** ** ** Jeśli PiS chce do Europy, uważając, że wszystkie dotychczasowe argumenty z ich strony, rzeczowe i starannie wyważone straciły aktualność, to muszą jeszcze przekonać do tego Polaków. Cyniczne przyjęcie zasady, że "na układy nie ma rady" może wymagać wysokiej ceny.Przecież na wejściu do UE stracimy i będą to straty bardzo duże. Przyznają to coraz głośniej nawet liberalne media, nawołujące, aby informować bardziej uczciwie niż dotychczas, albowiem wybuch społecznego gniewu uznają za coraz bardziej realne zagrożenie. Jeśli dojdzie do buntu przeciwko "elitom", to scena polityczna może być bardzo przewartościowana. Ciekawe, co wtedy będą budować od nowa bracia Kaczyńscy? Czy znowu staną na czele odnowy, walcząc... o prawo i sprawiedliwość? Polskie Jutro Czytaj także: |
||||||||||||||||||||||||||||
| © W&W Arkitowie 2003 (2000) |